3 czerwca 2016 roku rozpoczęłam poszukiwania menedżerki projektu, czyli nowej osoby do gangu PSC (nazwę wymyśliła moja korektorka, Elka Korektelka, a ja ją bardzo polubiłam, bo doskonale oddaje ducha naszego zespołu). Dokładnie 13 lipca poszukiwania zostały zakończone, gdy jedna z kobiet otrzymała informację: „Witaj  w gangu PSC!”.

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać, jak rekrutacja wygląda od kuchni. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że została przeprowadzona zupełnie inaczej niż ogromna liczba rekrutacji, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Zupełnie nieskromnie powiem, że wiele osób mogłoby uczyć się ode mnie przeprowadzania skutecznego naboru. Nieczęsto się zdarza, aby potencjalni kandydaci dziękowali za możliwość wzięcia udziału w rekrutacji i przyznawali, że przez trzy tygodnie nie tylko nauczyli się więcej, niż przez ostatnie pół roku, lecz także przekonali się w praktyce, że to jest to, czym chcą zajmować się zawodowo.

Po drugie, z moich doświadczeń wynika, że proces rekrutacji może wiązać się ze stratą czasu zarówno rekrutującego, jak i rekrutowanego, warto więc dowiedzieć się, co zrobić, by tak nie było.

Zanim przejdę do szczegółów, jedna ważna uwaga: nie jestem, nie byłam i nie będę specjalistką od rekrutacji. Nie uczyłam się tego ani nie stosowałam w praktyce zawodowej – i według mnie to ogromny plus, bo poszukiwałam nie według wytycznych HR-u, lecz zgodnie z oczekiwaniami, jakie miałam wobec kandydatów.

Może się okazać, że moje doświadczenia nie będą przystawać do Twoich wymagań lub w Twoim przypadku okażą się zupełnie nieprzydatne. Jako osoba prowadząca własny biznes miałam 100% swobody w wyborze sposobu, w jaki chcę zredagować ogłoszenie o pracę. Zdecydowałam, że nie będzie to ogłoszenie o pracę, lecz strona WWW, a ja wszystkie kwestie nazwę wprost (na przykład napisałam, że zatrudniam osoby dorosłe, więc traktuję je jak dorosłych i oczekuję konkretnych rezultatów).

Jest bardzo prawdopodobne, że objętość dzisiejszego artykułu będzie podobna do objętości artykułów Michała Szafrańskiego, który opracowuje chyba nie tylko najdłuższe, lecz także najlepsze wpisy w Polsce, dlatego warto je czytać.

Jak wyglądała rekrutacja krok po kroku?

ETAP 1 – INFORMACJA O POSZUKIWANIU NOWEJ OSOBY

Są firmy, które proces rekrutacyjny utrzymują w wielkiej tajemnicy. Zapewne za ich działaniem stoi jakaś strategia; moim celem – poza znalezieniem menedżerki projektów – było wykorzystanie tego faktu również do promocji PSC.

Coraz częściej miewam do czynienia z kobietami, które pytają o wskazówki marketingowe dotyczące ich biznesów (może się okazać, że wkrótce nie będę płaciła za niektóre usługi pieniędzmi, lecz właśnie poradami). Wiesz, jaka jest pierwsza informacja, którą ode mnie słyszą? „Wszystko, co robisz, jest marketingiem i PR-em. Wszystko!”. Dlaczego miałabym nie wykorzystać informacji o powiększaniu swojego zespołu i nie pochwalić się rozwojem swojego biznesu? Przecież mam się czym chwalić! Dla mnie to oczywiste, że te kwestie zawsze idą ze sobą w parze.

STWORZENIE STRONY WWW Z OGŁOSZENIEM

Oczywiste dla mnie było, że rekrutacja na menedżera projektów u Pani Swojego Czasu odbędzie się w formie online na moich platformach. Buduję samowystarczalną markę i tak również miała wyglądać rekrutacja. Jestem przekonana, że sam proces naboru zaczyna się od pierwszego zdania i od momentu, w którym ktokolwiek dowiaduje się, że Pani Swojego Czasu szuka osoby do swojego gangu. Poza tym umieszczenie informacji o pracy na własnej stronie WWW ma tę zaletę, że na bieżąco widzisz statystyki dotyczące odwiedzin strony.

Informację o poszukiwaniu nowej osoby z linkiem do strony zamieściłam na swoim fanpejdżu, w newsletterze, w grupie Pań Swojego Czasu oraz w kilku innych grupach na FB. Żadnych ogłoszeń na portalach, żadnych ogłoszeń prasowych. Dlaczego? Praca menedżerki projektów to praca online w biznesie online, dlatego musi ona znać ten obszar. Ktoś, kto kompletnie nie ma z tym światem styczności, musiałby zbyt długo wdrażać się do pracy w stosunku do moich oczekiwań. Poza tym szukałam kogoś, kto zwyczajnie lubi ten świat. Nie będąc w nim, trudno stwierdzić, czy się go lubi czy nie.

Post na FB miał taką treść:

„SZUKAMY NOWEJ OSOBY DO GANGU PSC. Czy to Ty?
W swoim życiu zawodowym brałam udział w setkach rekrutacji, drugie tyle przeprowadziłam sama. Mam kilka wniosków – nienawidzę CV i listów motywacyjnych, nienawidzę słowa „kompetencje” oraz zwrotów typu: „będę nieocenionym wkładem w Państwa organizację” (sic!).
Po co ten przydługi wstęp?
Bo obecnie szukam nowej osoby do mojego gangu i potrzebuję kogoś, kto:
– rozumie moje podejście – to dla mnie NAJWAŻNIEJSZE!
– chce być sercem i duszą moich projektów, czyli dbać o to, by były one realizowane na tip-top od momentu pomysłu, przez zaplanowanie, wdrożenie, po ocenę, wyciągnięcie wniosków i poprawki;
– jest zorganizowany co najmniej tak dobrze jak ja;
– lubi koordynować kilka, a nawet kilkanaście obszarów w ramach realizacji jednego projektu;
– ma doświadczenie w pracy i we współpracy z ludźmi.
Jeśli myślisz, że nadajesz się do naszego gangu, to wskakuj na stronę i zobacz, co dla Ciebie przygotowałam.
Ps. Jeśli słyszysz: »Gang PSC» i myślisz sobie: »WTF?!«, raczej nie będziesz nadawać się na to stanowisko. Jeśli sam nie chcesz lub nie możesz się zgłosić, będę wdzięczna za puszczenie tej wieści w świat”.

Jak widzisz, najważniejsze w tym poście nie były dla mnie kompetencje danej osoby, lecz to, by rozumiała moje podejście do biznesu i do rozwijania PSC. To dlatego napisałam, że szukam kogoś do gangu; chciałam już na wstępie odsiać osoby, które owszem, szukają pracy, ale które po przeczytaniu czegoś takiego pomyślały: „Co za wariatka…? Jak można tak formułować ogłoszenie o pracę!”. Takie osoby, choćby nie wiem, jak doskonale zarządzały projektem, nigdy nie będą czuły się dobrze w naszym towarzystwie 🙂

ETAP NR 2 – WYPEŁNIENIE ANKIETY

Stronę WWW (możesz zobaczyć ją TUTAJ), na której zamieściłam ogłoszenie, odwiedziło dokładnie 10 tysięcy 806 osób. Ponad pół tysiąca osób zdecydowało się wypełnić ankietę, która była następnym etapem rekrutacji.

W zaproszeniu do wypełnienia ankiety pojawiła się informacja, że nie znoszę korpomowy i chcę, by kandydat napisał o sobie zwyczajnie i normalnie i by broń boże nie wysyłał swojego CV.

Ankiety już nie jesteś w stanie zobaczyć, ale składała się z następujących pytań:

1. Imię i nazwisko.

2. Adres e-mail.

3. Dlaczego ubiegasz się o tę pracę?

4. Dlaczego uważasz, że jesteś odpowiednią osobą na to stanowisko?

5. Jak dobrze znasz markę PSC?

6. Z jakimi projektami miałeś/-aś do czynienia do tej pory?

7. Z jakimi narzędziami do zarządzania projektami pracowałeś-aś do tej pory?

8. Kto jest dla Ciebie autorytetem w dziedzinie marketingu online i dlaczego?

9. Jaki największy błąd może popełnić project manager?

10. Jakie masz doświadczenie we współpracy i zarządzaniu innymi ludźmi?

11. Co zrobiłbyś/-abyś w następującej sytuacji:

„Grafik na 3 dni przed zamknięciem projektu zawala swój termin i nie ma szans, żeby wykonał zleconą mu pracę. Jeśli projekt ma zostać uruchomiony, prace graficzne muszą zostać zakończone dzisiaj”.

12. Gdzie mieszkasz?

13. Jakiego wynagrodzenia oczekujesz netto?

14. Jakiej formy zatrudnienia oczekujesz?

15 Gdzie mogę Cię znaleźć w sieci (FB, Instagram, Pinterest, strona WWW, Twitter, blog itp.)?

16. Inne informacje, które chciałbyś mi przekazać.

Wypełnienie ankiety było czasochłonne, ale takie miało być – stanowiła kolejny element rekrutacji, który miał odsiać osoby, które nie chciały aż tak bardzo się zaangażować.

Uważam, że wysyłanie CV to jeden z bardziej bzdurnych pomysłów na rekrutację. Pamiętam czasy, gdy chodzenie na rozmowy rekrutacyjne traktowałam niemal jako sport; miałam stale ubaw, słysząc te same pytania. Przyznaję, że za mądra nie byłam i zapewne pracy u Budzyńskiej wtedy bym nie dostała.

Napisanie albo podrasowanie CV nie jest żadną sztuką; jeśli tego nie umiemy, istnieje cała armia specjalistów, którzy zrobią to za pieniądze, a my tak czy siak nie mamy żadnej gwarancji, że w CV zobaczymy prawdziwą osobę. Oczywiście wypełnienie ankiety również nie daje gwarancji, ale jesteśmy na pewno bliżej niż dalej.

Jako ciekawostkę napiszę Wam, że nie wiem, jak wygląda CV mojej obecnej menedżerki projektów, podobnie jak nie wiem, jak wygląda CV każdej innej osoby pracującej dla mnie czy też współpracującej ze mną. Nie mam zielonego pojęcia, ile lat ma moja osobista asystentka, za cholerę nie pamiętam, w jakiej miejscowości mieszka moja Elka Korektelka (wybacz, Elu, pamiętam, że kiedyś mi to mówiłaś, ale zapomniałam!) i w życiu nie przyszłoby mi do głowy sprawdzić, jakie formalne wykształcenie ma moja graficzka Natalia. Te informacje są kompletnie nieistotne wobec kwestii najważniejszych, czyli umiejętności i rezultatów, jakie osiągają współpracujące ze mną osoby. Ani efektów, ani rezultatów, ani tym bardziej zaangażowania i motywacji do pracy nie da się zmierzyć dzięki CV; to można sprawdzić tylko przez działanie.

Statystyki programu, w którym była stworzona ankieta, pokazują, że je wypełnienie zajęło kandydatom około 60 minut. 1018 osób weszło na stronę z ankietą, ale tylko połowa faktycznie wypełniła kwestionariusz (tak, po 450 osobach przestałyśmy liczyć). Spodziewałam się jednak tego, zwłaszcza że wiele osób przyznało, że otworzyło ankietę z ciekawości, by przeczytać pytania, jakie przygotowałam.

Zapoznanie się z pół tysiącem zgłoszeń zabrało mi całe 5 dni. Pełne pięć dni pracy poświęciłam na to, by przeczytać ankiety. Jakie wnioski z nich wyciągnęłam?

Wniosek nr 1 – niektórzy nie mają ochoty czytać lub czytają, lecz nie rozumieją.

Niektórzy kompletnie nie rozumieli różnicy między pytaniami nr 2 i 3, czyli pytaniem o to, dlaczego ubiegasz się o tę pracę, oraz o to, dlaczego uważasz, że jesteś odpowiednią osobą na to stanowisko.

Dwa kompletnie różne pytania, a mimo to wiele osób odpowiedziało na nie podobnie albo napisało, że odpowiedź zawarły wyżej – przy ich nazwiskach stawiałam wielki znak zapytania, bo wiedziałam, że musiałyby mnie naprawdę mocno zaskoczyć kolejnymi odpowiedziami, żeby przeszły dalej.

Wniosek nr 2 – niektórzy usilnie starali się zrozumieć, jakie są moje oczekiwania, i rozszyfrować, jakiego rodzaju odpowiedź mam na myśli, tymczasem ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależało, było to, by ktoś zgadywał moje oczekiwania.

Chciałam znaleźć osobę, która podczas udzielania odpowiedzi poczuje się jak ryba w wodzie, w ten sposób dopasowując się do mnie; która ma pewność co do stanowiska, na jakie aplikuje, i działa w naturalny dla siebie sposób.

Wniosek nr 3 – ogólnie przyjęty standard korpomowy i nic nieznaczącego bełkotu ma się dobrze.

Przebrnęłam przez morze akapitów, które można streścić w jednym zdaniu: „Jestem zajebista w zarządzaniu projektami”. Swoją drogą – takie zdanie na pewno bardziej przyciągnęłoby moją uwagę niż te niewiele znaczące, okrągłe i gładkie słowa. Całkiem sporo kandydatek pisało o sobie w rodzaju męskim; naprawdę trzeba niczego nie wiedzieć o PSC, żeby nie zdawać sobie sprawy, że to podziała na mnie jak płachta na byka!

Przyznam, że naszpikowałam ankietę podchwytliwymi pytaniami. Wypowiedzi kandydatów zaczynałam czytać od pytania nr 11, czyli opisu sytuacji z grafikiem, który spóźnia się z oddaniem zadania – często była to jedyna odpowiedź, którą poznałam, ponieważ dzięki niej odkrywałam sposób, w jaki ktoś myśli o pracy menedżera projektów.

Mówiąc wprost – każdy, kto napisał, że w wyniku opóźnień w pracy grafika przesuwamy termin rozpoczęcia projektu, z miejsca odpadał. Dlaczego? Dlatego, że w moim biznesie nie ma miejsca na przesuwanie projektów. Termin projektu może ulec zmianie na początkowym etapie pracy, ale nie 3 dni przed zakończeniem (a tak było w opisywanej sytuacji).

Mój biznes to nie korporacja, w której non stop realizuje się projekty, do tego stopnia, że wiele osób nawet nie kojarzy, jakich, z kim i kiedy. Moje projekty to serce mojego biznesu; bez nich tego biznesu nie ma. Do tej pracy poszukiwałam osoby, która stanie na głowie, ale uruchomi projekt w terminie.

Przy okazji zaobserwowałam, jak duże są naleciałości korporacyjne i jak nikłe jest pojęcie o prowadzeniu jednoosobowej działalności gospodarczej. Wiele osób chciało zwoływać zebranie całego zespołu i wspólnie decydować, co robimy w tej sytuacji (jak wiadomo – w niektórych firmach spotkania są sposobem na unikanie odpowiedzialności za błędy). Inne proponowały, by zlecenie przekazać innemu grafikowi z zespołu (bo przecież w jednoosobowej działalności gospodarczej dysponujemy całym zapleczem grafików), a jeszcze inne przeszukałyby Internet, by znaleźć agencję reklamową, która wykona zadanie.

Wniosek nr 4 – podczas wypełnianiu ankiety widać jak na dłoni, czy ktoś rozumie moje pojęcia związane z organizowaniem się (a szukałam osoby bardzo dobrze zorganizowanej). Umówmy się – naprawdę nietrudno dowiedzieć się, czym jest dla mnie bycie zorganizowaną osobą, bo co wtorek piszę artykuł na ten temat. Jeśli więc ktoś informował mnie, że jest świetnie zorganizowany, bo jest wielozadaniowy lub zrywa się w środku nocy, by zapisać, co jeszcze ma do zrobienia – nie ma opcji, żebym potraktowała to jako atut.

Wniosek nr 5 – wciąż składane są podania o pracę bez choćby znikomej znajomości firmy, która zamieściła ogłoszenie. Żeby było jasne – nie szukałam do pracy swojej fanki, więc nie było obowiązku przeczesania bloga PSC od A do Z, ale pisanie w ankiecie: „Nie mam zielonego pojęcia, kim jesteś ani co oferujesz. Zobaczyłam Twoje ogłoszenie przypadkiem na Fejsie” raczej nie zbuduje nici porozumienia między nami.

Pozostałe wnioski:

  • mierz siły na zamiary i nie porywaj się z motyką na słońce, starając się o pracę menedżera projektów, w której wymogiem jest doświadczenie w koordynowaniu projektami. Nie pisz, że ogarniasz projekty typu „śniadanie dla całej rodziny” (nie, nie zmyślam), bo mnie to nie rozśmieszy, a jedynie rozzłości;
  • powinnaś wiedzieć, że dla osoby zajmującej się zarządzaniem czasem najważniejszy jest czas, nie ma więc sensu 5 razy pisać o tym samym, tyle że w innej formie. Ja rozumiem, że tak właśnie są pisane amerykańskie poradniki, wielokrotnie jednak przyznawałam się, że tego nie znoszę;
  • wszystko, co wysyłasz w ramach rekrutacji, powinno być nadawane z tego samego adresu; naprawdę myślisz, że mam czas zastanawiać się, czy buziaczek83@gmail.com i @buziaczek83@wp.pl to ta sama osoba?
  • wysyłanie zgłoszenia po czasie z informacją, że „nie zdążyłaś wcześniej, bo wypadły Ci inne ważne sprawy”, podczas gdy aplikujesz na stanowisko, na którym wymagana jest „ekstremalna organizacja”, również nie wygląda najlepiej;
  • szczerość popłaca – przynajmniej u mnie. Rekrutując, chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia. Chcę poznać prawdziwą osobą, a nie obraz stworzony na potrzeby rekrutacji. UŚMIECHAŁAM SIĘ Z RADOŚCIĄ, czytając takie zdania:

„Znam PSC dość dobrze. Trafiłam na jej kolor we wzorniku Pantone”;

„Uwielbiam, gdy piękne kobiety zdobywają szczyty, nie pokazując przy tym cycków”;

„Wiem, że jak się nie zgłoszę, to będę sobie pluć w brodę. Hmm, czy takie sformułowanie pasuje w aplikacji?”;

„Jedyna słuszna odpowiedź to: »Jak mogłaś, o głupia, zaplanować zakończenie tak ważnego zadania na 3 dni przed końcem projektu?«”;

„Raz śpiewałaś dla mnie na webinarze »100 lat« i szczerze mówiąc – nie śpiewałaś najlepiej”.

Gdy ktoś pisze szczerze i prosto z serca, widzę, że rozumie sposób, w jaki komunikuję się z innymi i że czuje się na tyle swobodnie, by w podobny sposób komunikować się ze mną. Oczywiście tego typu wypowiedzi nie powodują automatycznie, że dana osoba przechodzi dalej, ponieważ kwestie merytoryczne mają największe znaczenie, ale bywało, że pod względem merytorycznym dwie osoby były bardzo do siebie podobnie, a mnie bardziej przekonały do jednej właśnie szczerość i bezpośredniość.

ETAP NR 3 – ZADANIE PRAKTYCZNE

Zdecydowanie najważniejszy, najtrudniejszy i najbardziej czasochłonny etap rekrutacji – i dla mnie, i dla kandydatek.

Z ponad 500 osób wybrałam 53 osoby (w tym 5 panów), które zakwalifikowały się do dalszego etapu – realizacji zadania praktycznego.

Mejl do wybranych osób był bardzo krótki, a jego główną treścią – zaproszenie do zapoznania się z kolejną stroną WWW (jak wyglądała – możesz zobaczyć TUTAJ), na której jeszcze dokładniej opisałam, jak wygląda praca w PSC, jak obecnie wygląda zespół, no i przede wszystkim – na czym polega zadanie do zrealizowania.

Szczegóły poznasz na stronie, jeśli jednak szkoda Ci czasu na czytanie, powiem tylko, że zadanie polegało na przygotowaniu planu realizacji jednego z planowanych projektów PSC – albo kalendarza PSC na 2017 rok, albo kursu online w styczniu 2017 roku (realizacja kalendarza już trwa!).

Pomysł na zadanie konsultowałam z kilkoma osobami działającymi obecnie w biznesie online; wszystkie zgodnie stwierdziły, że zadanie jest zbyt trudne i że po pierwsze – nie dostanę zbyt wielu odpowiedzi, po drugie – odpowiedzi, które otrzymam, będą kiepskie. Cóż, nie doceniły kobiet starających się o pracę u PSC.

Oczywiście – sporo osób w ogóle nie wykonało zadania. Na 53 osoby, zaproszone do dalszego etapu, 36 przesłało zadania (wśród nich nie było ani jednego mężczyzny). Przyznam, że liczba była dla mnie sporym zaskoczeniem, bo spodziewałam się maksymalnie 25 zadań. Tak, ten etap miał być kolejnym odsiewem osób, które na widok wyzwania stwierdzą: „Chyba zwariowała! Mam poświęcać czas na zrobienie zadania, zanim mnie zatrudni…? Za darmo?!”. Jednak 36 osób nie dało się odsiać i przesłało swoje pomysły.

Na realizację zadania kandydatki miały dokładnie dwa tygodnie; cały ten proces był dla nich jednym wielkim egzaminem.

WNIOSKI po tym etapie:

  • Jeżeli chcesz, to podziałasz; jeżeli nie potrafisz, to się nauczysz; jeżeli nie wiesz, to się dowiesz.

Jedna z kobiet (przeszła do ostatniego etapu, jakim była rozmowa ze mną) już w ankiecie zachwyciła mnie swoim podejściem. Napisała mi bowiem, że nie ma zamiaru czekać na wyniki rekrutacji (a wtedy jeszcze nie wiedziała, że będzie drugi etap, czyli zadanie), lecz już teraz bierze się za naukę tego, czego w tym momencie nie wie. Bardzo mnie tym ujęła, bo ja doskonale wiem, że choć czasem nie mamy wystarczających kompetencji, prawie wszystkiego możemy się nauczyć. Ja sama 2 lata temu nie zdawałam sobie sprawy, jak wygląda biznes online, a dzisiaj prowadzę taki jeden, całkiem prężnie się rozwijający. Skoro ja to opanowałam, kandydatka również może się nauczyć.

  • Informacje są wszędzie, trzeba je tylko znaleźć.

Jednym ze sposobów sprawdzenia znajomości języka angielskiego było wykorzystanie informacji znajdujących się w podcastach Amy Porterfield do stworzenia projektu, o który prosiłam. Byłam ciekawa, ile osób zwyczajnie poprzestanie na plikach, o których wspomniałam, a ile pójdzie dalej. Z ogromną przyjemnością odkryłam, że większość poszła dalej; przesłuchały podcasty i Amy Porterfield, i Pata Flyna, a nawet obejrzały wideo Marie Forleo. Kandydatki przeskanowały mój blog oraz fanpejdż, by dowiedzieć, się z kim dokładnie współpracuję (imiona, nazwiska, strony WWW tych osób), a niektóre bardzo wnikliwie przeanalizowały politykę finansową moich dotychczasowych kursów online. Co więcej – były i takie, które w czasie przewidzianym na realizację zadania wysłały zapytania na przykład do drukarni, by stworzyć budżet planu, który miały przygotować.

  • Po zadaniu poznasz, czy ktoś wie, na czym ma polegać jego praca.

Odesłane zadania wyraźnie pokazywały, w jaki sposób kandydatki traktują pracę menedżera projektu i jak rozumieją swoją rolę na tym stanowisku. Dostałam zadania, które były przecudowne w formie graficznej, ale przedstawiały niewielką wartość merytoryczną. Zdarzyły się również nieziemsko kreatywne projekty w odniesieniu do działań marketingowych i sprzedażowych związanych z produktem, jednocześnie nie zawierające ani harmonogramów, ani podziału zadań, ani przyporządkowania zadań do konkretnych osób. Były i takie, na widok których nogi mi się uginały, bo zawierały na przykład:

  1. ogólne założenie co do projektu;
  2. plan projektu;
  3. harmonogram projektu;
  4. budżet projektu;
  5. plan komunikacji w projekcie.

Tak przy okazji – celem tego zadania nie było odgadnięcie niedookreślonych kwestii (tytułu kursu, ceny, liczby uczestniczek itp.); oczywiste było dla mnie, że kandydatka będzie musiała poczynić pewne założenia i bazować na nich; celem zadania było sprawdzenie, w jaki sposób ktoś myśli o pracy menedżera projektów i jak ją postrzega.

  • Liczb zadanych pytań ma znaczenie.

Ten obszar wywołał we mnie największe rozczarowanie. Byłam przekonana, że zostanę zalana pytaniami, tymczasem spośród 36 osób tylko 1 zadała mi dodatkowe pytania.

Większość dziewczyn wolała przygotować plan na podstawie błędnych założeń, zamiast zapytać mnie o wytyczne projektu. Wydaje mi się, że w dużej mierze powodem takiej sytuacji jest system, w jakim wciąż funkcjonujemy, uczymy się, kształcimy, a potem pracujemy. Ludzie boją się zadawać pytania, bo a nuż wyjdą na głupka lub a nuż powinni to wiedzieć? Dla mnie menedżer projektów, który woli popełnić błąd, zamiast poznać szczegóły, nie jest zbyt dobrym kandydatem do pracy. Gdyby część osób zadała dodatkowe pytania, mogłaby przygotować dużo lepsze zadanie.

  • Termin odesłania zadania ma znaczenie.

Było dla mnie oczywiste, że opracowane zadanie to miniprojekt dla przyszłego menedżera projektów, które da mi pogląd na ogólne podejście do pracy nad projektami. Choć ostatecznym terminem odesłania zadania była niedziela, nie miałam wątpliwości, że osoby, które zrobią to w niedzielę, nie zostaną wzięte pod uwagę – nie potrzebuję menedżera projektów, który swój projekt zostawia na ostatnią chwilę.

 5. ROZMOWA

Do ostatniego etapu rekrutacji, jakim była rozmowa na Skypie, zakwalifikowałam 10 kobiet. Brałam pod uwagę przede wszystkim dokładność w przygotowaniu projektu, uszczegółowienie projektu i zaangażowanie w jego opracowanie.

Od razu wyjaśnię, że przeszły tylko te zadania, które zostały wykonane dokładne i szczegółowo; prace składające się z trzech stron w Wordzie nie miały szans z tymi, które nie tylko były bardziej precyzyjnie opisane i przygotowane, lecz także udowadniały znajomość poszczególnych narzędzi. Jakich? Kandydatki dawały mi dostęp do projektów realizowanych w Asanie i Trello; harmonogramy często dostawałam w specjalnie do tego celu stworzonych programach (wykresy Gannta i Tom’s Planner), a elementy opracowane w arkuszach Excella dosłownie rozłożyły mnie na łopatki (sama na pewno nie umiałabym zrobić tego tak dobrze!).

Dodatkowym elementem weryfikującym kandydatki było sprawdzenie ich aktywności online. W ankiecie pytałam o miejsca, w jakich mogę znaleźć daną osobę. Zależało mi na takiej kandydatce, za którą (mówiąc bardzo wprost) nie będę się wstydzić przez to, co wyczynia na swoich profilach w mediach społecznościowych. W biznesie online WSZYSTKO, co robisz online, ma znaczenie, a jeśli wydaje Ci się, że cokolwiek, co zamieszczasz, jest prywatne (nawet na prywatnych profilach), to jesteś w błędzie.

Podczas rozmowy nie zadawałam tak durnych pytań jak na przykład: „Jak sobie radzisz w sytuacji stresowej?”, bo sama rozmowa jest dla wielu osób sytuację stresową, więc czarno na białym widać, że sobie radzi, lub nie.

Pytałam o to, jak musiałaby wyglądać praca menedżera projektów, by dana osoba czuła z niej radość i miała satysfakcję. Osoby, które odpowiadały, że jest im to obojętne, nie plasowały się wysoko w moim rankingu; bardzo ważne jest dla mnie pracowanie z ludźmi, którzy naprawdę lubią to, co robią, i do pracy idą z radością. Oczywiste więc, że powyższe odpowiedzi nie wróżyły niczego dobrego.

Pytałam także, czego, w przypadku zatrudnienia, będą oczekiwały ode mnie; ponownie nie byłam zadowolona, słysząc, że nie wiedzą, z wielką radością natomiast witałam odpowiedzi, w których kandydatki faktyczne miały oczekiwania co do sposobu, w jaki będziemy się komunikować, raportować działania, oceniać ich pracę, przyznawać premię czy realizować zadanie/projekt, żebym była zadowolona.

Rozmowy z kandydatkami były wisienkami na torcie. Chciałam się przekonać, czy potrafią opowiedzieć o swoim projekcie tak przekonująco, jak zrobiły to w formie pisemnej. Chciałam też empirycznie przekonać się, czy się dogadujemy, i czy jest szansa, że się polubimy, bo przy tak ścisłej współpracy to dla mnie niezwykle istotne.

Asia, którą ostatecznie zatrudniam jako moją menedżerkę – poza doskonałym planem na projekt kalendarza Pani Swojego Czasu oraz doświadczeniem w zakresie koordynowania projektów PR-owych i marketingowych – ujęła mnie swoją szczerością, uśmiechem i ogromnym entuzjazmem, którego po prostu nie da się udawać na potrzeby rozmowy rekrutacyjnej. Osoby z takim zapałem da się wyczuć na kilometr – sama mam go na tony, więc specjalny radar wyczuwa w innych podobnie energiczne i pozytywne nastawienie.

Tak więc, Moje Drogie, po wakacjach spodziewajcie się, że PSC pofrunie w kosmos, bo taki teraz mamy power 🙂

Ps. W przyszłości chciałabym, by takie artykuły – pokazujące działalność PSC od kuchni, miały formę podcastów, czyli nagrań audio do odsłuchania. Co Ty na to? Czy będziesz zainteresowana taką formą wypowiedzi? Czy podoba Ci się w ogóle taka tematyka? Czy dostarcza Ci czegoś wartościowego? Podcasty chciałabym zacząć realizować już jesienią, więc Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne!