Często odnoszę wrażenie, że do organizacji kobiety podchodzą na zasadzie zerojedynkowej: albo organizują wszystko, albo nie organizują niczego.

O tym, jak głupie jest stosowanie zasady „wszystko albo nic”, pisałam TUTAJ, więc jeśli nie czytałaś, to proponuję zerknąć.

Są kobiety, które w swoim życiu idą totalnie na żywioł – niczego nie planują, nie ustalają, nie tworzą harmonogramów ani list zadań, a potem są zdziwione, że mija kolejny rok, a im nie udało się czegoś zrealizować, wciąż tkwią w pracy, w której niewiele zarabiają, nie nauczyły się niczego nowego i generalnie do dupy to wszystko.

Są też takie, które przeginają w drugą stronę: na wszystko tworzą listy zadań, harmonogramy i checklisty. Nie kichną, jeśli wcześniej nie wrzuciły tego na swoją listę „to do”, a potem są zdziwione, że życie stało się dla nich jedną wielką listę obowiązków i spraw do odhaczenia.

Ani jedno, ani drugie podejście nie jest fajne. I nie mam na myśli takiej życiowej fajności, czyli tego, co nas kręci, bo to przecież indywidualna sprawa, bardzo TWOJA sprawa i nie mnie decydować, co sprawia Ci przyjemność, a co nie. Mam na myśli nieefektywność.

Innymi słowami: żadne z tych podejść nie poprawia jakości Twojego życia, nie powoduje, że masz więcej czasu i czujesz się szczęśliwsza (bo może jeszcze tego nie wiesz, ale według mnie celem zarządzania sobą w czasie nie jest posiadanie większej ilości czasu, lecz po prostu bycie szczęśliwszą w tym, co robisz).

Uświadomiłam to sobie w czasie tych wakacji (z których właśnie wróciłam).

Przez ten czas jedyne, co robiłam w mediach społecznościowych, to wrzucałam piękne widoczki miejsc, w których mieliśmy przyjemność przebywać. (Przy okazji – dla tych z Was, które prowadzą swój biznes może to być ciekawe, napiszę Wam, że takie widoczki sprzedawały moje produkty, co było dla mnie totalnym zaskoczeniem!) I pod jednym z takich widoczków – akurat nie najpiękniejszym, bo przedstawiającym nasze domostwo, czyli namiot, w którym spaliśmy (a jesteśmy rodziną, która lubi spać pod namiotem) – poproszono mnie o opisanie swoich wakacji pod kątem organizacji.

Przyznam, że nie wiedziałam, o co chodzi. Serio!

Zaczęłam dopytywać: czy chodzi o odpowiednie spakowanie się? Wybór miejsca? Zaplanowanie dojazdu?

Zapytałam akurat o te kwestie, bo moja znajoma (tak jak my posiadająca dwójkę dzieci w wieku podobnym do naszych) wyznała mi kiedyś, że nienawidzi pakować się na wyjazd, zwłaszcza że pakowanie rozpoczyna tydzień przed wakacjami, żeby niczego nie zapomnieć.

Ale okazało się, że chodzi o to, jak znaleźć dobre miejsce na nocleg, jak sprawdzić, co warto robić w danym miejscu, co i gdzie jeść itp.

I wiesz, co się okazało? Że w tym temacie nie jestem w stanie pomóc. Bo my wakacji nie organizujemy! Nie jest nam to potrzebne do szczęścia i nie zwiększa to naszej przyjemności z odpoczynku. Zwyczajnie tego nie robimy.

Zacznijmy od początku.

  • Wybór miejsca na wakacje.

Często to u nas zupełny przypadek. Bo akurat była promocja na tanie bilety (w kwietniu dzięki temu polecieliśmy na Sardynię). Bo akurat znajomy polecił dobre wspinanie (w zeszłym roku w ten sposób polecieliśmy do Grecji).

W tym roku byliśmy we Włoszech, a miejsce wybraliśmy z kilku powodów: są tam cudowne warunki do jazdy na rowerze (więc mogliśmy zabrać rowery dla całej rodziny), góry (a my kochamy góry), tuż obok miejscowość Arco (znana z rejonów wspinaczkowych) i pole namiotowe (które znajdowało się 50 metrów od jeziora Garda). No i przede wszystkim – to są Włochy, a my uwielbiamy włoskie jedzenie, lody, język i ludzi (choć uczciwie trzeba przyznać, że w Riva del Garda częściej usłyszysz język niemiecki niż włoski).

Jak widać – o miejscu, do którego się wybieraliśmy, wiedzieliśmy całkiem sporo, ale tylko dlatego, że… kiedyś już tam byliśmy. Gdy starszy syn miał 3,5 roku, a młodszy 8 miesięcy, też spaliśmy tam pod namiotem, aczkolwiek wtedy był to wyjazd niejako emerycki, bo nie robiliśmy niczego poza spacerowaniem (jedynym elementem hardcorowym było posiadanie niemowlaka pod namiotem, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej).

  • Pakowanie się

Mister B. (czyli mój osobisty mąż) jest mistrzem pakowania się. Potrafi spakować wszystko. Do wszystkiego. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby powiedział, że czegoś nie możemy zabrać, bo się nie zmieści.

Zwykle pytam tylko, do czego mam zapakować nasze rzeczy (swoje i dzieci, bo mąż oczywiście pakuje się sam). Jeżeli zastanawiasz się, dlaczego to ja pakuję rzeczy dzieci, a nie mąż, to od razu odpowiadam: ponieważ mąż pakuje cały nasz sprzęt sportowy, którego jest więcej niż wszystkich innych rzeczy razem wziętych). Mister B. ma swoją koncepcję pakowania – czasem to mają być pudełka, czasem lniane torby, a czasem walizki.

Odkąd zachorował nasz starszy syn, trzy rzeczy absolutnie muszą być zawsze zapakowane: rzeczy cukrzycowe syna, dokumenty i pieniądze. I te sprawy ogarniamy checklistą, czyli spisujemy dokładnie, co mamy zabrać. Jest to szczególnie ważne właśnie w wypadku rzeczy cukrzycowych, bo nawet w Polsce nie możesz ot tak pójść do apteki i je kupić; musisz mieć dokument upoważniający Cię do ich zakupu w odpowiedniej ilości. No i zawsze musisz mieć ich odpowiedni zapas, gdyby – odpukać – coś (tfu, tfu!) się podziało.

Dodatkowo gdy planujemy podróż samolotem, musimy pamiętać o zabraniu specjalnego dokumentu ze szpitala, który zaświadcza, że Jasiek jest chory i ma prawo mieć ze sobą (w bagażu podręcznym, a więc na pokładzie samolotu) te wszystkie urządzenia, igły, insulinę, wkłucia, peny itp. Akurat dla niego to radocha, bo jego pompa insulinowa piszczy przy każdej bramce kontrolnej na lotnisku, a on sam jest dodatkowo sprawdzany przez celników; taka uwaga bardzo mu pasuje.

Tak więc owszem, w odniesieniu do powyższych spraw dodatkowa organizacja jest potrzebna. Być może właśnie dlatego znacznie mniej uwagi poświęcamy reszcie?

Bo cała reszta jest opcjonalna. Większość można kupić, a jeśli nie można (albo jeśli się nie chce, skoro ma się całkiem dobrą rzecz w domu), to świat się nie zawali. Ubrań i tak bierzemy zawsze za dużo, więc połowy z nich można zapomnieć.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy kiedykolwiek, gdziekolwiek cierpieli z powodu braku czegoś. A zdarzało nam się zapominać. Pamiętam, że kiedyś pojechałam bez szczotki do włosów i przez siedem dni się nie czesałam. Ale spokojnie, nie wróciłam z kołtunem. Innym razem pojechałam bez bielizny. Owszem, dokupiłam sobie, ale też przekonałam się, że wiele elementów kobiecej garderoby jest stanowczo przereklamowanych i można się bez nich spokojnie obyć! 🙂

  • Trasa do i trasa z

Oczywiście sprawdzamy mapę. Przed wyjazdem (jechaliśmy samochodem) sprawdziliśmy, że droga zajmie nam około dwunastu godzin. Mimo że spokojnie można ją przebyć w jeden dzień, nie chcieliśmy tego robić z dwóch powodów. Po pierwsze, miesiąc temu miałam poważne problemy z kręgosłupem (które zresztą uaktywniły się po dziewięciogodzinnej jeździe samochodem) i nie chciałam powtórki z rozrywki.

Po drugie, długie siedzenie w samochodzie jest niewskazane u Jasia, ponieważ brak ruchu podnosi poziom cukru we krwi. Częste i długie przerwy (co najmniej półgodzinne) okazywały się konieczne.

Zabraliśmy ze sobą piłkę, aby podczas postoju na parkingach, na których były duże połacie trawy, kopać w nią do upadłego.

Wiadomo było, że po drodze zaliczymy nocleg, jednak ani nam się śniło rezerwować konkretne miejsce (bo wtedy musielibyśmy pamiętać, aby zjawić się o konkretnej godzinie. A tego nie chcieliśmy. Lubimy podróżować w takim tempie, na jakie akurat mamy ochotę).

Stwierdziliśmy, że zobaczymy, co przyniesie trasa – może będziemy spać w hotelu, może na campingu, a może zupełnie na dziko, więc wzięliśmy mały turystyczny namiot (oprócz tego dużego, w którym spaliśmy we Włoszech).

Akurat z mężem jesteśmy zaprawieni w spaniu w rowach, krzaczorach i na stacjach benzynowych, bo w trakcie studiów podróżowaliśmy po Europie autostopem i spaliśmy chyba w każdych możliwych warunkach. Gdy uznaliśmy, że odechciało nam się jechać i czas odpocząć, po prostu wrzuciliśmy w mapy Google: „szukaj campingu w pobliżu” i znaleźliśmy śliczny mały camping w pobliżu lotniska.

Dokładnie tak samo sytuacja wyglądała w drodze powrotnej. Jedyna różnica polegała na tym, że w nocy rozpętała się masakryczna burza. Nasz turystyczny namiocik (choć był przeznaczony dla dwóch osób, spaliśmy w nim we czwórkę) został totalnie zalany. Rano nie mogliśmy od razu wyruszyć, ponieważ musieliśmy wszystko wysuszyć. Oczywiście nie stanowiło to dla nas problemu, bo – jak zawsze podczas wakacji – nie mieliśmy ustalonych godzin wyjazdu czy powrotu do domu.

  • Miejsce

Znam osoby, które – zanim udadzą się w konkretne miejsce – sporządzają listę miejsc do zobaczenia i „zadań do wykonania”. My ZAWSZE jeździmy z czystą, białą kartą. Oczywiście, że jeśli zabieramy rowery, to liczymy na to, że będzie okazja na nich pojeździć, a jeśli pakujemy sprzęt wspinaczkowy, to wiadomo, że zechcemy się powspinać, ale NIGDY nie planujemy na sztywno, że danego dnia o danej porze pojedziemy gdzieś, aby coś zrobić.

W tym obszarze moje planowanie wakacji jest kompletnie odmienne od planowania, które stosuję w biznesie.

W czasie wakacji nie robimy ani planów, ani list zadań. W czasie wakacji nie mamy ani harmonogramów, ani godzin. Często nie wiemy, która jest godzina ani jaki dzień.

Bywa, że poprzedniego wieczora ustalaliśmy, kto zaczyna następny dzień na rowerze i zdobywa okoliczne szczyty (bo to oznaczało, że drugi rodzic zostaje z dziećmi, szykuje śniadanie itp.), ale nawet wtedy nie zrywałam się z budzikiem, lecz po prostu programowałam swoją głowę na: „Wstaję rano, żeby wybrać się na rower”. Czasem była to 6.00, czasem 7.00, gdy jechałam przed siebie.

Oczywiście jedna kwestia działała jak w zegarku, a mianowicie mierzenie poziomu cukru u Jasia – co trzy godziny, także w ciągu nocy: 22.00, 1.30, 4.30. Tego nie przeskoczymy; takie już jest nasze życie i tyle.

Na wakacjach nie obowiązuje codzienna rutyna, dlatego chodzimy spać, o której chcemy, i wstajemy, o której chcemy.

A potem zjadamy śniadanie, pijemy kawkę i myślimy o tym, co dzisiaj zrobimy i czy w ogóle nam się chce. Nie zauważyłam, żeby chłopcy cierpieli z tego powodu. Kładli się dosyć późno (bo mieszkanie na polu namiotowym rządzi się swoimi prawami i zwyczajnie nie można iść spać, gdy inne dzieci skaczą na trampolinie; twoje dziecko też wtedy musi i już) i wstawali, gdy się wyspali.

Wieczorem nie oglądali bajki, lecz tańczyli na plaży do muzyki granej na żywo albo puszczali kaczki na jeziorze. Albo grali w piłkę. Albo poznawali inne dzieci i próbowali zrozumieć, co one mówią. Zabawek z domu wzięli tyle, co kot napłakał (pamiętasz, jak pisałam o tym, że to ja pakuję rzeczy synów? Mam na myśli te rzeczy, które muszą mieć: majty, buty, gacie i takie tam. Zabawki chłopcy pakują sobie sami). Zabrali kilkanaście klocków lego (mam na myśli kilkanaście sztuk, nie zestawów), plastikowe postaci Minionków, piłkę, no i oczywiście książki. Cała reszta była dokoła – piasek, kamienie, szyszki, woda, trawa, trampolina na polu namiotowym, namiot, mama, tata, las. Wystarczająca liczba rozrywek.

  • Jedzenie na miejscu, rozrywki, miejsca do odwiedzenia

Uwielbiam włoską kuchnię. Włoską pizzę (tę naprawdę włoską, na supercienkim cieście) mogłabym jeść non stop.
I makarony. No i pić włoską kawę.

Czy zastanawialiśmy się, gdzie będziemy się stołować? Gdzie jeść, pić kawę, wcinać lody? Oczywiście, że nie! Jadaliśmy w najbliższej restauracji, bo tak było nam wygodnie. Codziennie zamawialiśmy coś innego, żeby poznać jak najwięcej smaków.

Jeśli chciało nam się gotować, to gotowaliśmy na kuchence pod namiotem (oczywiście taką mieliśmy). Gotowanie w miejscu, w którym jest baaaardzo ciepło, nie należy do superwypasionych atrakcji, więc zdecydowanie nie wpasowaliśmy się w klimat sąsiadów z pola namiotowego, którzy gotowali dwudaniowe obiady i do tego podawali deser. Jesteśmy z tych, którzy pod namiotem robili raczej grzanki, spaghetti czy risotto, bo więcej nie chciało nam się pichcić. Jeżeli mieliśmy ochotę zjeść coś więcej, szliśmy do restauracji.

Nie zastanawialiśmy się, gdzie podają najlepsze lody. W tym celu nie wertowaliśmy sterty przewodników, tylko kupowaliśmy tam, gdzie akurat przebywaliśmy. Niepisana reguła próbowania wszystkiego działała także w tym wypadku, bo każdy z nas zamawiał codziennie inny smak. Powodowało to, że spróbowaliśmy naprawdę wieeeelu smaków, bo we Włoszech oferują ich naprawdę mnóstwo.

Przy okazji zdradzę Wam ciekawostkę: UWIELBIAM słodycze. Mogę je zjadać na tony. Gdybyś mi dała kilogram tiramisu, jestem pewna, że zjadłabym kilogram. Ale WSZYSTKIE lody są dla mnie zawsze za słodkie. Bez względu na to, jaki smak zamawiam (jak na przykład superkwaśne grejpfrutowe albo superorzeźwiające melonowe), po kilku liźnięciach i tak stają się dla mnie za słodkie. Z reguły mój mąż dojadał po mnie lody i po jakimś czasie tak się wycwanił, że na etapie wybierania smaków nieznacznie sugerował mi, że na pewno mam ochotę akurat na te lody, których on chciałby dzisiaj spróbować.

Możesz sobie myśleć, że brak organizacji wakacji jest z naszej strony lenistwem, olewaniem tematu, niechlujstwem itp. Masz do tego prawo. Ale właśnie takie wakacje sprawiają nam przyjemność. Właśnie wtedy czujemy, że jest fajnie. Gdy niczego nie musimy, a wszystko możemy. Gdy działamy w swoim tempie. Gdy niejako swoim tempem dostosowujemy się do tempa otoczenia (we Włoszech raczej nikt się nie spieszy).

Bo szczęśliwe życie – a w tym wypadku: udane wakacje – nie polega na tym, aby zacisnąć zęby i z grymasem frustracji na twarzy mieć wszystko zorganizowane i zapięte na ostatni guzik, lecz aby czerpać z niego radość i przyjemność.

A przynajmniej ja tak uważam.

A tak przy okazji. Jeszcze tylko do jutra trwa promocja produktów w moim sklepie, a konkretnie zniżka 20% na WSZYSTKO!
Warto skorzystać, bo od czwartku ceny w sklepie idą w górę!