Wszyscy wkoło piszą o magii świąt. Każda szanująca się blogerka pisze o tym, jakie prezenty wybrać, jak zrobić własnoręcznie stroik/bombkę/choinkę (niepotrzebne skreślić). Perfekcyjne Panie Domu piszę o tym jak ugotować dwanaście potraw, napiec ciasta, umyć okna i wypolerować cały dom w mniej niż godzinę z uśmiechem na twarzy o długości banana.

Blogerzy finansowi piszą o tym jak nie przepłacać na prezenty świąteczne.

Blogerzy parentingowi napiszą o tym jak to jest ważne spędzać święta razem w rodzinnej atmosferze.

O czym może tu napisać Pani Swojego Czasu?

Pani Swojego Czasu przygotowała Wam buntowniczy wpis o tym, czego nie robi w święta, bo owszem – w święta też idziemy pod prąd i robimy to po swojemu

Pamiętacie mój wpis o tym czego pani nie robi – swego czasu wzbudził on niezłą burzę w szklance wody, bo nagle okazało się, że jest jakaś Pani na świecie, która nie tylko nie znosi sprzątać, a nawet nie sprząta i jeszcze głośno o tym mówi i się tego nie wstydzi.

Postanowiłam więc pokazać Wam czego również nie robię w okresie świątecznym i jak w związku z tym oszczędzam całą masę cennego czasu!

CZEGO PANI NIE ROBI, BY W ŚWIĘTA NIE ZWARIOWAĆ?

NIE SPRZĄTAM I NIE MYJĘ OKIEN

Nie powinno to być dla Was nic nowego prawda? Pewne „wartości” są niezmienne i mój wstręt do własnoręcznego sprzątania jest właśnie taki. Muszę też przyznać, że w święta mam zadanie dużo bardziej ułatwione, gdyż presja społeczna działa na wszystkich (oprócz mnie) w tak mocny sposób, że do sprzątania u mnie w domu, a już szczególnie do mycia okien, mam całą armię chętnych kobiet. Moja Mama, moja Teściowa i moja Pani do sprzątania – Monika – nie są w stanie przejść obok moich okien, w związku z czym prędzej czy później któraś się za nie zabierze. A ja mam więcej czasu.

Tak tak, pewnie myślicie jak to strasznie wykorzystuję te biedne kobiety. Ale to nieprawda. Ja im tego nie karzę robić. Co więcej – uczciwie im mówię, żeby to zostawiły w świętym spokoju, bo mi to nie przeszkadza. Ale nie chcą.

NIE KUPUJĘ PREZENTÓW W GALERIACH HANDLOWYCH

Generalnie przed świętami rzadko kiedy kupuję prezenty. Zazwyczaj jest tak, że do 13 grudnia wszystkie prezenty mam już z głowy, bo jest to dzień urodzin mojego męża i mój swoisty deadline. Galerii handlowych nie lubię tak po prostu – jest w nich zbyt dużo ludzi, zbyt głośna muzyka, zbyt duża zapachów i wszystkiego jest po prostu zbyt. Jeśli miałabym sobie wyobrazić jedno z gorszych sposobów na spędzenie przedpołudnia, popołudnia, kawałka soboty itp. to na pewno czas spędzony w jakiejkolwiek galerii handlowej plasowałby się bardzo wysoko.

Prezenty dla dzieci kupujemy na bieżąco – widząc coś po prostu kupujemy i nie ma znaczenia czy jest to marzec, lipiec czy listopad. Najwyżej poleży i poczeka na swoją kolej. Nawet jeśli nie na święta to zawsze się znajdzie jakaś okazja – Jaś ma 5,5roku i ostatnio coraz częściej wpada do niego wróżka zębuszka.

Większość zakupów robię w internecie – rozmiary wszystkich zainteresowanych osób znam na pamięć, a i tak przeważająca większość prezentów świątecznych w naszej rodzinie to książki, których nie muszę wcześniej oglądać, żeby wiedzieć, że chcę je kupić (albo już je oglądałam w księgarni i kupno zostawiłam na tę właśnie możliwość).

Dobrą praktyką jest zapisywanie przez cały rok na bieżąco tego, co słyszymy od innych – co chcieliby mieć, co by im się przydało. Mając to spisane nie będziesz musiała zastanawiać się co komu kupić.

NIE DOSTAJĘ ŚWIRA NA PUNKCIE OZDÓB ŚWIĄTECZNYCH

Do ozdób świątecznych, choinek, stroików i w ogóle świątecznego wystroju mieszkania mam bardzo specyficzny stosunek – jako dziecko miałam zawsze sztuczną, niezbyt wielką choinkę plus jeden stroik w moim (małym pokoju). Na choince wisiały zawsze eleganckie bombki, które kolorem były zawsze dopasowane do koloru łańcucha. Wszystko było ładnie i symetrycznie rozłożone. Na naszej choince nie było waty, która wyglądała nieestetycznie. Na naszej choince zawsze największe bombki wisiały na samym dole, potem te trochę większe, a bliżej czubka te najmniejsze.

Ubieranie choinki nie jest zbyt wielką frajdą, gdy z góry się wie, jak ta choinka ma wyglądać i nie można z nią poszaleć.

W związku z tym w naszym domu do ozdabiania i tworzenia scenerii świątecznej podchodzę zupełnie inaczej. Po pierwsze raczej nie kupuję ozdób świątecznych. Jeśli już to jakieś wiklinowe, materiałowe itp. Wszystkie plastikowe bombki, które mamy są czyjeś – to znaczy ktoś je nam sprezentował, no bo jak to może być choinka bez czerwonych bombek 🙂

W zasadzie już od początku grudnia twa u nas w domu produkcja domowych ozdób świątecznych. Łańcuchy choinkowe powstają z dawnych rysunków chłopaków pociętych na paski, większe ozdoby z rolek papieru toaletowego. Dodatkowo na choince wiszą pierniczki, cukierki, suszone plasterki cytryny i pomarańczy i generalnie wszystko, co akurat chłopaki mają ochotę przywiesić. Nie ma tu żadnych zasad i reguł. Ubieranie żywej, dużej choinki ma być tylko i wyłącznie przyjemnością, więc każdy z nią robi, co chce. Czasem jest goła z jednej strony a obsypana kokardkami z drugiej, czasem ma światełka tylko na dole, lub tylko na górze, ale radość z jej ubierania jest niezastąpiona.

Dodatkowo cały nasz salon jest ozdobiony sznurkami, do których przywieszone są wszelkie ozdoby świąteczne. Królują własnoręcznie robione gwiazdki, wycięte z tektury i pomalowane mazakami, kredkami, klejem z brokatem itp. Bardzo dobre są też proste ozdoby z origami.

W związku z całą tą procedurą nie robię przeglądu ozdób świątecznych i nie sprawdzam co mam, a czego nie – własnoręczne robienie ozdób razem z dziećmi jest taką przyjemnością, że nie zrezygnuje z tego, nawet jeśli będę miała już kilometry łańcuchów

NIE PIEKĘ

Może tak – nie chodzi o to, że nie piekę w ogóle. Słodkości, które piekę na święta to głównie pierniczki, które później wieszamy na choince i w zasadzie również nie robię tego sama, tylko towarzyszą mi w tym chłopaki. Uwielbiają babrać się z ciastem piernikowym, a potem wycinać kształty i ozdabiać (lub obrzydzać) lukrem. Oczywiście robię to około 2 tygodnie przed świętami, bo jak wiadomo piernik musi poczekać na swoje. A plus jest taki, że w ostatniej chwili mam więcej czasu.

Innych ciast nigdy nie chciało mi się piec i w związku z tym ich nie było. A w tym roku ze względu na cukrzycę Jaśka, nie będzie ich tym bardziej.

NIE GOTUJĘ 12 DAŃ

Szczerze mówiąc do głowy by mi nie przyszło, żeby w tak spektakularny sposób marnować czas, no chyba, że wodę, herbatę i kawę i sok traktujemy jako cztery osobne dania, a rybę, panierkę do niej i jej ości jako kolejne trzy 🙂

Z gotowaniem jest w ogóle u nas ciekawa sytuacja, bo ja nie jem karpia, ale za to jem ziemniaki, a mój maż nie je ziemniaków, ale za to je karpia. Tak przynajmniej jadało się u nas w domach. W związku z czym postanowiliśmy stworzyć własną nową i świecką tradycję, w której jemy barszcz z uszkami, jakąś rybę (i nie jest to karp lecz jakiś filet) z chałką (nie trzeba gotować ziemniaków i jest mniej roboty). Uszka są zawsze kupne, bo nic na świecie nie zagoni ani mnie ani męża do ich lepienia. Natomiast naszymi świątecznym daniem są drożdżowe paszteciki faszerowane najróżniejszym farszem i w tworzeniu tego farszu (który ma co najmniej cztery warianty) króluje mój mąż. Procedura tworzenia pasztecików jest prosta – weź jedno popołudnie i zagoń wszystkich Budyniowych Chłopaków do robienia drożdżowego ciasta. Podsycaj zaangażowanie tak, by go wystarczyło na wycinanie trzech milionów krążków, z których później sklecisz paszteciki. Wygoń dzieci do zabawy podczas faszerowania i sklejania pasztecików i zaproś ponownie na mazanie żółtkiem jajka koniecznie pozwalając mazać po sobie i wszystkim dokoła. Wstaw do piekarnika i upiecz, a później trzymaj kciuki, by wystarczyło choć do pierwszego dnia świąt. Od kilku lat robimy paszteciki i w pierwszym dniu świąt już je sobie wydzielamy, a drugiego dnia już z reguły słuch po nich zaginął.

Dodatkowo zasada związana z gotowaniem jest taka, że w naszym domu obowiązują nasze zasady. O ile ktoś nie ma choroby lub alergii pokarmowej, to je to, co mu podamy, a jak nie je to jest głodny, bo nie ma nic innego, no chyba, że był tak miły i przyniósł ze sobą.

DELEGUJĘ, DZIELĘ SIĘ, WYMAGAM

Przygotowanie do świąt, kupowanie prezentów, ozdabianie domu, gotowanie barszczu, mycie okien, pranie firanek, kupno choinki i milion innych rzeczy, które robimy przed świętami nie są naszą odpowiedzialnością. Nie są tylko i wyłącznie naszą odpowiedzialnością. Jeśli Rodzina spędza ten czas razem, to rodzina razem się do świąt szykuje i razem je przygotowuje a potem razem leży do góry brzuchem i sobie odpoczywa.

U mnie sprawa jest prosta – jeśli coś mam robić tylko i wyłącznie sama i czuć z tego powodu frustrację, zmęczenia, przeciążenie itp. to kicham na takie święta. I decyduję, że tego nie robię.

NIE MARUDZĘ WSZYSTKIM DOKOŁA JAK BARDZO JESTEM UMĘCZONA PRZYGOTOWANIAMI ŚWIĄTECZNYMI

Bo nie jestem, więc nie mam o co marudzić. Znam natomiast wiele Kobiet, które potrafią odpocząć dopiero wtedy, gdy są już praktycznie zajechane na śmierć. Bo w przeciwnym wypadku czują wyrzuty sumienia. Tymczasem w moim rozumieniu święta nie są po to, by zamęczyć się na śmierć, by coś komuś, lub sobie udowadniać, by realizować czyjeś oczekiwania w stosunku do siebie.

Dla mnie święta są po to, by spędzić czas z rodziną i odpocząć.

A jak u Ciebie wyglądają przygotowania do świąt? Szaleństwo czy spokój?

Ola (Pani Swojego Czasu)

Aleksandra Budzyńska