Gdy przypomniałam ostatnio artykuł o tym, że znacznie bardziej cenię sobie samodyscyplinę niż motywację (znajdziesz go TUTAJ), zauważyłam, że wiele kobiet postrzega samodyscyplinę jako coś kompletnie nieosiągalnego!

I choć uważam, że można się jej nauczyć tak jak każdej innej umiejętności, oczywiście mam świadomość, że z samodyscypliną jest trochę inaczej, ponieważ sama w sobie nie jest działaniem.

Jeśli chcę codziennie się ruszać, wstawać odrobinę wcześniej, rozpoczynać pracę zawsze o tej samej godzinie i nie marnować swojego czasu na pierdoły (oglądanie kotów na FB), to potrzebuję do tego samodyscypliny. Samodyscyplina jest takim cudownym zjawiskiem: im więcej jej masz, tym więcej jej masz.

Jak zatem nauczyć się samodyscypliny?

Po pierwsze, zaakceptuj fakt, że jesteś w stanie to zrobić. Banał, ale przez wiele kobiet niedostrzegany. Niby bardzo chciałyby w końcu zacząć regularnie coś robić, ale wszędzie komunikują, że nie dają rady, że nie potrafią, że są beznadziejnym przypadkiem i że na pewno im się nie uda. Czyli zanim zaczną, już dają sobie po mordzie, a do tego puszczają oko, że niby to taka duża dawka ironii.

Jak dla mnie nie ma w tym niczego zabawnego; jest to bardziej okrzyk rozpaczy. Weź, kobieto, albo zaakceptuj rozlazłą siebie, niezdyscyplinowaną, polub to w sobie i pokochaj (bo przecież nikt Ci nie każe być konsekwentną w działaniu), albo zabierz się za zmianę, a wtedy porzuć wszystkie memy i inne cuda, które pokazują, że niby chcesz, ale tak naprawdę boisz się jak cholera, więc zanurzasz to w sosie ironii i sarkazmu.

Zaplanuj swoje działania

To przecież coś, co chcesz robić systematycznie. Zaplanuj to. Zaplanuj w taki sposób, żebyś nie miała możliwości uniknięcia działania. Zapisz wielkimi literami na wielkiej kartce i powieś na wysokości oczu. Albo na lustrze w łazience. Albo na drzwiach wyjściowych. Tak – ma kłuć Cię w oczy.

Planuj w odpowiednim czasie odpowiednie zadania

Powinnaś wiedzieć, kiedy jesteś najbardziej efektywna, a kiedy najmniej. Kiedy musisz wręcz zmuszać się do działania, a kiedy pewne zadania wykonujesz ze śpiewem na ustach. I coś, co wymaga od Ciebie zdyscyplinowanego działania, zaplanuj w porze, w której masz mnóstwo energii i chęci do życia. Wtedy nowe działania będzie Ci najłatwiej podejmować, a na dodatek ich wykonanie da Ci powera na kolejny etap dnia!

Planuj zadania na bardzo krótki przedział czasu

Błagam Cię, nie zaczynaj od godziny dziennie! Rozumiem, że w pierwszych dniach mamy nieziemską energię i wydaje nam się, że góry możemy przenosić, ale warto realnie spojrzeć na sprawę. Zacznij od 15 minut i uwierz mi, że niekiedy nawet one okażą się wyjątkowo trudne, tym bardziej że przecież nie masz czasu, prawda? Domyślam się, że z wielką chęcią zaplanujesz sobie godzinę na papierze, bo wygląda dobrze, ale jak przyjdzie co do czego, stwierdzisz: „Przecież nie mam czasu” – i wszystko wróci do normy!

Pamiętaj, że Twój plan musi być elastyczny

Nigdy nie jesteśmy w stanie zaplanować wszystkiego na tip-top, bo nie wiemy do końca, jak będzie wyglądała rzeczywistość. Lubię mówić: „Miej cele, ale nie wykuwaj ich w betonie” – i dokładnie tak samo powinna wyglądać Twoja praca z samodyscypliną. W czasie działania może się okazać, że przeceniłaś swoje możliwości lub wręcz przeciwnie – nie doceniłaś ich. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to zmienić w trakcie uczenia się.

Zacznij od jednego obszaru, w którym będziesz stosować samodyscyplinę

Zbyt wiele obszarów, w których zechcesz ją ćwiczyć, spowoduje, że poczujesz się zmęczona i zbytnio się rozproszysz. A na dodatek gdy coś Ci się nie uda w jednym z nich (bo na pewno czasem coś nie wyjdzie), to na 100% odpuścisz też w innych.

Najlepszymi obszarami do tego, aby rozpocząć ćwiczenie się w samodyscyplinie, wcale nie są te dotyczące organizacji, zarządzania czasem itp., lecz te związane z tak zwanymi nawykami fundamentalnymi. Czyli snem, zdrowym odżywianiem i ruchem. Nawet najmniejsza poprawa we wszystkich trzech (lub w którymkolwiek z nich) spowoduje, że wszystko inne stanie się łatwiejsze. Zaczniesz się wysypiać, a to oznacza, że przestaniesz być zmęczona i poszukiwać motywacji bóg wie gdzie, bo zwyczajnie zyskasz energię do działania. Zaczniesz się ruszać, a efekty, jakie pojawią się po pewnym czasie, zmobilizują Cię do wsparcia swoich działań na przykład zdrowym odżywianiem. Gdy zaczniesz zdrowo się odżywiać, znikną spadki cukru w Twoim organizmie, a Ty zaczniesz efektywniej pracować, zamiast rozglądać się za czymś słodkim do zjedzenia.

Pozbądź się pokus

Oczywiście są na tym świecie osoby, które nie mają problemu z przejściem z obojętną miną obok szafki pełnej słodyczy, ale one raczej nie miewają problemów z samodyscypliną. Najlepszym sposobem na to, aby nie wypadać z torów samodyscypliny, jest pozbycie się pokusy, która wyrzuca nas z tych torów. Znam kobiety, które wyłączają sobie WiFi tylko po to, aby w czasie pracy nie odczuwać pokusy pobuszowania w Internecie. Dokładnie temu samemu celowi służą wszelkiego rodzaju programy blokujące wybrane strony internetowe.

Nie myśl, że poczujesz się z tym doskonale

Wiele osób myśli, że uczenie się samodyscypliny stanie się taką superprzygodą. Bo na początku faktycznie jesteśmy na haju, szczególnie gdy zauważamy efekty, które chcemy osiągnąć. Trwa to jednak około tygodnia, a potem wracamy na stare śmieci: nic nam się nie chce, pojawia się zwątpienie, bo przecież miało być tak pięknie.

Warto pamiętać, że zwątpienie pojawia się regularnie jak cholera, choć im dłużej wytrwamy, tym bardziej będziemy w stanie patrzeć wstecz i dostrzegać swoje małe sukcesy. Sukcesy będą pchać nas do przodu i powodować, że dłużej wytrwamy w realizacji swojego planu.

Samodyscyplina nie odnosi się tylko do pracy, obowiązków i Twoich zadań.

Odnosi się także do przyjemności, rozkoszy i Twojego hobby. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś dyscyplinowała siebie do czytania przez pół godziny dziennie czy cowieczornego seksu 🙂

Szczególnie ostatnia opcja jest dla mnie ciekawa, bo wiele kobiet nie wyobraża sobie planowania seksu, uważając, że to, co spontaniczne, jest lepsze. Oczywiście to kwestia gustu, ja jednak zawsze powtarzam, że lepsza przyjemność zaplanowana niż żadna.

Będziesz miała wpadki i wtopy – i musisz to zaakceptować

Wiele kobiet uważa, że wpadka lub wypadnięcie z torów powodują, że nastąpił koniec, mogiła. Nie udało się, trzeba więc postawić krzyżyk i pożegnać się z tym, co tak bardzo próbujemy osiągnąć. A upadki, wpadki, wtopy i potknięcia są normalne. I zawsze będą miały miejsce! Ale nie oznaczają, że jesteś słaba, beznadziejna i do niczego. Świadczą tylko o tym, że jesteś człowiekiem.

Nie obwiniaj siebie za wpadki

Oczywiście nie zamierzamy zakładać różowych okularów i twierdzić, że to przypadek, wina kosmosu, splotu okoliczności itp. Tak, to jest Twoja wina. Nikt nas przecież do tego nie zmusza, ale wystarczy powiedzieć sobie: „To prawda, zawaliłam i za chwilę spróbuję jeszcze raz”. Obwinianie siebie bez końca, rozpamiętywanie itp. prowadzą do poczucia winy, które nie tylko w niczym Ci nie pomaga, lecz także powoduje, że szybciej wracasz na stare tory!

Podziel dzień na etapy, tak abyś nie zaczynała od jutra

Metoda ściśle związana z wpadkami, błędami i potknięciami. Gdy z samego rana zdarza nam się zawalić, mamy tendencję do spisywania dnia na straty i uznawania, że w takim razie zaczniemy jutro. A przecież skoro zawaliłyśmy coś rano, to przed nami jeszcze cały dzień! Podziel zatem dzień na etapy (dowolnie przez Ciebie określone, na przykład poranek do 11.00, południe do 14.00, popołudnie do 17.00, wieczór do 20.00 i późny wieczór do 23.00, w zależności od tego, o której kładziesz się spać). Gdy nie uda Ci się czegoś zrobić do 11.00 – trudno. Zawaliłaś tylko część dnia, którą zawsze możesz nadrobić.

Łącz zadania w pary, aby łatwiej Ci było je wykonać

Jest to strategia łączenia nawyków w pary w taki sposób, aby wybrać nawyk, który mamy mocno zakorzeniony w swoim działaniu, i połączyć go z takim, który dopiero chcemy w sobie wypracować. Aby to zrobić, trzeba wiedzieć, jakie nawyki mamy wyuczone.

Na przykład wyobraźmy sobie, że chcesz regularnie planować swój dzień. Dotychczas tego nie robiłaś. Jeśli codziennie o 8.00 rano pijesz kawę, możesz połączyć ten nawyk z nawykiem planowania, tak aby picie kawy stało się dla Ciebie sygnałem do rozpoczęcia planowania.

Znajdź – lub stwórz – narzędzie do monitorowania swojej samodyscypliny. Nie namawiam Cię do poszukiwania nie wiadomo jakich narzędzi. Uważam, że im prostsze, tym lepiej dla Ciebie.

Weź kartkę. Po lewej stronie napisz, co chciałabyś robić systematycznie, po prawej stwórz 31 kratek (lub tyle, ile dni będzie w danym miesiącu). Powieś ją w widocznym miejscu i codziennie zaznaczaj, czy wykonałaś zadanie czy nie. Pamiętaj, aby odhaczanie odbywało się o określonej porze dnia.

Znajdź kogoś, kto Cię wesprze

Idealnie by było, gdyby ta osoba również uczyła się samodyscypliny na identycznym działaniu jak Ty (albo podobnym). Rozmawiajcie o tym, co Wam się udaje, a co nie. Wspierajcie się w chwilach słabości i gratulujcie sobie, gdy idzie Wam doskonale.

Wsparcie może być na mniej lub bardziej zaawansowanym poziomie – możecie tylko rozmawiać o Waszych efektach, ale możecie też wspólnie je monitorować (na przykład dzięki tabelce, o której pisałam wyżej, zamieszczonej w dokumentach Google), wzajemnie mobilizować się do działania i wypełniać to, co postanowiłyście.

A teraz wisienka na torcie: przetestowałam na sobie wszystkie wymienione sposoby.

Generalnie nie mam problemów z samodyscypliną jeśli chodzi o pracę i aktywności, które powodują, że zarabiam pieniądze (i nigdy nie miałam, bez względu na to, z czym wiązała się praca), ale trzeba przyznać, że odpuściłam, jeśli chodzi o dbanie o siebie. Nie jest mi łatwo przyznać się do tego – w końcu prowadzę biznes online i mogłabym udawać, nie chcę jednak tego robić, bo wiem, że nic bardziej nie pomaga w działaniu niż świadomość tego, że nie tylko my zmagamy się z wyzwaniami.

Dlatego dzisiaj chciałam Ci opisać proces, w którym uczestniczę od 13 listopada, a który wymaga ode mnie wielkiej samodyscypliny.

Wszystko zaczęło się w długi listopadowy weekend, gdy wyjechałam z moją przyjaciółką. Godzinami rozmawiałyśmy. Niezwykle krytycznym okiem spojrzałyśmy na swój styl życia – nie tak dobry i nie tak zdrowy, jak byśmy chciały, więc postanowiłyśmy go zmienić.

Wszystko, co postanowiłyśmy, wymagało samodyscypliny. I to właśnie ją musiałyśmy ćwiczyć, aby osiągnąć założone przez nas efekty.

Jak to wyglądało w praktyce?

Po pierwsze, zrobiłyśmy plan i zwizualizowałyśmy sobie rezultat, który chcemy uzyskać po pół roku. Nietrudno się domyślić, że jest nim mniejsza waga, bo obydwie mamy nadwagę. I choć tak naprawdę to tylko jeden z efektów, jakie chcemy osiągnąć, jednak jest on najbardziej mierzalny.

Plan podzieliłyśmy na małe kawałki, czyli najpierw na miesiące, a później na tygodnie. Dokładnie określiłyśmy, co będzie się działo w każdym tygodniu, oraz jak będziemy monitorować realizację planu.

Wybrałyśmy też sobie nagrodę, którą będzie tygodniowy wypad w Tatry Wysokie w maju. Najfajniejsze było to, że gdy tylko ją wymyśliłyśmy, jeszcze tego samego wieczora ustaliłyśmy termin i zrobiłyśmy rezerwację w tatrzańskich schroniskach! Żeby nie było odwrotu.

Aby monitorować swoje działania i wzajemnie się mobilizować, przygotowałyśmy sobie tabelkę w Google, którą wspólnie wypełniamy. Po lewej stronie są nasze imiona i wszystkie parametry, które chcemy monitorować KAŻDEGO DNIA.

Mój plan obejmuje między innymi to, czy codziennie wypijam na czczo szklankę wody z cytryną i imbirem oraz robię 10 000 kroków i dodatkowe ćwiczenia. Plan przyjaciółki z kolei liczbę przespanych godzin, ponieważ jest to dla niej bardzo ważne. Po prawej stronie mamy daty – każdy dzień w odrębnej kolumnie.

Tabelkę wypełniamy codziennie, a jeśli z jakichś powodów nam się nie udaje, możemy liczyć na wzajemny ochrzan i stawianie do pionu.

Jesteśmy w ciągłym kontakcie (mejlowym i telefonicznym, gdyż mieszkamy daleko od siebie) właśnie po to, aby wzajemnie się wspierać, motywować, ale też opieprzać, gdy trzeba.

Wielokrotnie zdarzały nam się potknięcia, a nawet wielkie upadki. Czasem nie chciało nam się ćwiczyć i olałyśmy sprawę. Czasem o 22.00 zachciało nam się batonów i pożarłyśmy je w dwie minuty (no dobra, mnie się zachciało). Obydwie zachorowałyśmy i nie miałyśmy siły ani na monitorowanie, ani na zmobilizowanie się do działania nawet gdy wyzdrowiałyśmy, bo po tygodniu nicnierobienia miałyśmy wrażenie, że wszystko zaczynamy od nowa. W takich sytuacjach zawsze jedna ciągnęła drugą.

Zdarzało się, że miewałam gorsze dni, w które mówiłam sobie: „Dupa. Dzisiaj nic nie zrobię. Nie chce mi się. Chrzanię to”. A potem otwierałam plik z monitorowaniem postępów i widziałam, że moja przyjaciółka zaliczyła 45 minut jogi. I czułam się zmobilizowana do działania. Wcale nie dlatego, że jest to jakiś rodzaj rywalizacji – bardziej odczuwam pewien rodzaj odpowiedzialności za to, że zadeklarowałam się ją wspierać. A jakie byłoby to wsparcie, gdybym sama nic nie robiła i została w tyle?

Nasz proces trwa. Na bieżąco go modyfikujemy. Do naszej tabelki dodajemy to, na czym nam bardziej zależy, i usuwamy to, co już nie jest nam potrzebne.

W międzyczasie nieco zmieniły się również nasze cele. Moim celem na przykład było schudnięcie. I owszem, nadal jest aktualny, ale stał się efektem ubocznym tego, na czym najbardziej mi zależy, a zależy mi na tym, aby zdrowo żyć. Zdrowo się odżywiać. Bo jestem wegetarianką. Po tym, jak spojrzałam krytycznie na swoje posiłki, okazało się, że jednak nie są tak zróżnicowane, jak powinny być.

I choć lubię się ruszać i żyć aktywnie, nie jestem tak wysportowana, jak chciałabym być, i nie uważam, aby moje ciało było tak zdrowe, jak powinno być.

A jak konkretnie wykorzystuję te sposoby na uczenie się samodyscypliny?

Chciałam na przykład zacząć chodzić na siłownię. Tak naprawdę tylko dlatego, że kocham saunę – za samą siłownią nie przepadam. Ale wiedziałam, że nic – i nikt – nie spowoduje, że zimą o 16.00 będę w stanie ubrać się i wyjść z domu. Dlatego postanowiłam połączyć nawyki.

We wtorek i czwartek rano, gdy wychodzę z chłopakami, aby odprowadzić ich do szkoły i przedszkola, jestem już spakowana na siłownię. Po odprowadzeniu kontynuuję drogę. Odpadają wtedy zastanawianie się i wątpliwości typu: „A czy na pewno chcę mi się wychodzić…?”, „Nie chce mi się ubierać”, „Zimno mi”, „Zmarznę” itp. No i po każdym wycisku na siłowni czeka na mnie nagroda w postaci sauny. Po jakimś czasie, zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej, okazało się, że sprawia mi to wszystko przyjemność i w sobotę nie muszę łączyć nawyków, aby wybrać się do siłowni. Chodzę tam z przyjemnością! 🙂

Niektóre z Was myślą, że mnie wszystko przychodzi z łatwością (wczoraj na naszej grupie Pań Swojego Czasu Ania napisała: „Olu, jak cudownie widziec, że nie tylko my mamy wtopy i Ty też jesteś człowiekiem”), ale to nieprawda. W uczeniu się samodyscypliny dotyczącej zdrowego stylu życia miewam takie same trudności i problemy jak Wy. Zanim napisałam ten artykuł, zapytałam moją przyjaciółkę, czy mogę podzielić się naszym doświadczeniem. „No pewnie – odpisała. – Niech się czują tak dobrze jak my, a pozytywna energia niech zmieni ten kraj, ten kontynent i tę planetę” 🙂

Oczywiście, że te słowa są na wyrost. Nie zmieniamy naszej planety przez to, że ćwiczymy swoją samodyscyplinę, ale zmieniamy siebie. Jesteśmy dumne z siebie. Patrzymy wstecz na to, co było, i na to, co mamy teraz, i jesteśmy pełne optymizmu w odniesieniu do tego, co będzie jutro.

A teraz. Jeśli chcesz dowiedzieć się jeszcze więcej na temat samodyscypliny to zapraszam Cię na jutrzejszy (środa o 21.00) WEBINAR „Zrób to dziś, czyli jak nie odkładać na później”. Webinar to takie szkolenie online – siedzisz sobie wygodnie przed swoim komputerem i widzisz mnie na żywo, a także możesz rozmawiać z innymi kobietami które w webinarze uczestniczą. A na moich webinarach są zawsze TYSIĄCE kobiet i atmosfera w związku z tym jest genialna!

Czeka na Ciebie mnóstwo wiedzy podanej w przystępnym sosie, a na dodatek wielka dawka inspiracji i wirtualnych kopniaków w tyłek. Lubię się dzielić tym, co mam najlepsze, a mobilizowanie kobiet do działania wychodzi mi doskonale.  To co? Będziesz?