Jestem pewna, że dzisiejszym artykułem narażę się – i to bardzo.

Uderzę bowiem w coś, co jest ładne, kochane, miłe i przyjemne, a dodatkowo co wiele z Was po prostu uwielbia robić, często wmawiając sobie, że dzięki temu staje się bardziej efektywna, ma fajniejsze życie i realizuje swoje cele.

O co chodzi?

W grupie „Panie Swojego Czasu” padło takie pytanie:

„Dziewczyny, która z Was ma tablicę marzeń albo tablicę/plakat z wypisanymi celami? Szukam inspiracji”.

Posypały się mapy marzeń na portalu Pinterest, inspiracje i przypinanie pinów, kolekcjonowanie zdjęć i wycinków gazet na tablicy korkowej.

Pojawiły się wypowiedzi typu:

„Warto wypełnić pola tematyczne obrazami, hasłami zaczerpniętymi z czasopism lub własnoręcznie zrobionymi. Ważne, by podobało nam się to, co wklejamy, i by było to zgodne z naszą energią i przekonaniami”

oraz rady, żeby najpierw zrobić sobie coachingowe ćwiczenie – „Koło życia”, bo to, „co w nim jest najciekawsze, to dynamika i obserwowanie, jak zmienia się nasze postrzeganie różnych obszarów życia w czasie”.

To wszystko brzmiało na tyle interesująco, że inne dziewczyny zaczęły dopytywać:

„Dziewczyny, a może mi ktoś w paru słowach zdefiniować te piękne tablice celów? Pierwszy raz o tym słyszę. Zainteresowałyście mnie”.

A we mnie – przyznaję – aż się zagotowało. Zawrzało. Na tyle mocno, że postanowiłam o tym napisać.

Nie jest moim celem bycie lubianą przez Kobiety, lecz to, by realizowały swoje cele. Bo w zarządzaniu czasem nie chodzi o metody i techniki, nie chodzi nawet o organizację, lecz o to, by osiągać to, co dla nas najważniejsze. Organizacja, metody i techniki po prostu w tym pomagają. Oczywiście dla uproszczenia zakładam, że to, co dla nas najważniejsze, jest wyrażone w formie celów.

Tymczasem wciąż częściej zauważam u Kobiet pseudodziałanie zamiast działania. Czym jest pseudodziałanie? Proszę bardzo:

– Czytanie mojego bloga od deski do deski (to jest dobrych kilkanaście godzin czytania, a może nawet kilka dni! Jest w końcu na nim X artykułów), a potem wysyłanie mi opisu swojej sytuacji życiowej wraz z podsumowaniem, że nie wiesz, za co się zabrać. Pseudodziałanie.

– Czyszczenie szczoteczką do zębów fug między płytkami (zwanych w Krakowie flizami – tak, wiem, dla mnie to też był kiedyś szok!), umieranie po godzinie ze zmęczenia i dziwienie się, że mąż, który miał zająć się kuchnią, zamiast zapierniczać ze szczoteczką – posprzątał pomieszczenie w pół godziny i ma teraz wolną sobotę. Pseudodziałanie.

– Przeglądanie FB, namiętne lajkowanie haseł motywacyjnych oraz wypowiedzi w rodzaju: „Żeby chciało mi się tak, jak mi się nie chce”, kwitowanie ich słowami: „Święta racja!” i szerowanie na swoim wallu, ZAMIAST wzięcia się do roboty. Pseudodziałanie.

– Przypinanie cudownych pinów na portalu Pinterest i tworzenie miliona tablic w celu znalezienia inspiracji i prowadzenia kreatywnego życia; tablic, których nigdy do niczego nie wykorzystujemy, a z których inni przepinają być może wybrane piny do siebie. Wow, ale fajnie! Mam fejm! Pseudodziałanie.

I przechodzimy do sedna sprawy. Czyli pseudodziałania, o którym chcę Ci napisać. Proszę bardzo:

pseudodziałaniem jest robienie map marzeń i celów, wycinanie, wyklejanie, rysowanie, przypinanie, ozdabianie wstążeczkami (washi tapes to się chyba nazywa, prawda?), spędzanie godzin w sieci w poszukiwaniu specjalnych mazaczków, podkreślaczy, spinaczy, zapinaczy i bóg-wie-czego-jeszcze po to, by stworzyć cudowną, super piękną, kreatywną mapę marzeń i celów ZAMIAST realizowania tychże celów!

Jeśli właśnie oburzyłaś się i postanowiłaś przestać czytać mój artykuł, bo akurat jesteś Kobietą, która robi podobne mapy, poczekaj chwilę, chciałam coś wyjaśnić.

Nie chodzi o to, że robienie map jest złe. Nie chodzi o to, że masz ich nie tworzyć i nie cieszyć się z ich tworzenia. Chodzi o to, żebyś trzy razy zastanowiła się, czy nie wykonujesz ich ZAMIAST. Czy przypadkiem myślenie o celach, zapisywanie ich, kolorowanie, wyklejanie i poszukiwania zdjęć, które w najlepszy sposób je zobrazują, nie powodują, że zaczynasz myśleć, że realizujesz te cele…?

Bo, niestety, tak nie jest.

Realizowanie celów to nie kolorowanie, malowanie i wycinanie. Realizowanie celów to ciężka praca; ogromna liczba godzin spędzonych na pracy. To często fantastyczne i satysfakcjonujące zajęcie, ale czasem także brodzenie w kupie. Niezależnie od wszystkiego – to jest robota!

I doszłam do wniosku, że tak jak nienawidzę, gdy kobiety planują w swoich cudownych planerkach, klejąc, wycinając i zaznaczając kolorowymi mazaczkami, zamiast wykonywać to wszystko, co tak pieczołowicie i w czasochłonny sposób opisują, tak samo nie lubię, gdy bawią się w koła życia, mapy marzeń i celów, ZAMIAST spiąć tyłek i poświęcić jeśli nie optymalną, to choćby minimalną ilość czasu na zapisanie i realizowanie tego, co zapisały!

Jednak na tym nie poprzestałam. Chciałam bowiem dowiedzieć się, czy jest to tylko moje podejście, czy też może więcej osób myśli tak jak ja. Bo nie ma co ukrywać, że mogę mieć spaczone postrzeganie (sama w życiu nie wykonałam ani jednej mapy marzeń czy celów, a koło życia – choć wypełnione kilkakrotnie – nie uważam, żeby w czymkolwiek mi pomogło).

W związku z tym postanowiłam zapytać przedsiębiorców, którzy w moim mniemaniu realizują cele. Może pomyślisz: „OK, ale dlaczego przedsiębiorców? Ja nie mam firmy, pracuję na etacie/wychowuję dziecko/jestem na rencie (wpisz swoją aktualną sytuację życiową), więc po co mi zdanie jakiegoś przedsiębiorcy?”.

Już wyjaśniam.

Otóż przedsiębiorcy (mam na myśli osoby, które osiągają sukces, czyli osoby, których firmy przynoszą zyski), są maszynami skonstruowanymi do realizacji celów. Po pierwsze sam fakt, że ktoś jest przedsiębiorcą, oznacza, że ma do zrealizowania jakiś cel. Po drugie napędza go to, co ma w środku, a nie sytuacja na zewnątrz, bo przecież na etatach ludzie też realizują cele, ale nie da się ukryć, że z każdej strony mają jakiś bacik, który ich do tego „zachęca”. Pracowałam na etacie i pamiętam coroczne rozmowy, miesięczne i kwartalne cele, rozmowy z szefem (jak ja nie zrealizuję swojego celu, to on nie zrealizuje swojego, więc dużo o tych celach gadaliśmy). Aha, no i szefowie ciągle pytają o to, jak zmotywować swoich pracowników, bo przecież ciągle trzeba ich motywować, prawda?

Tymczasem jeśli przedsiębiorca chce utrzymać swoją firmę na rynku, nie myśli o tym, jak siebie zmobilizować; nie myśli o tym, czy mapę celów lepiej opracować w postaci kolażu, czy może namalować. On po prostu realizuje te cele.

Tak sobie myślałam, bo dokładnie od 10 lat jestem przedsiębiorcą i kieruję własną firmą. Postanowiłam jednak sprawdzić to również u innych osób prowadzących swój biznes.

Moje przypuszczenia potwierdziły się.

Michał Szafrański, który jest największym w Polsce specem nie tylko od oszczędzania, lecz także od zarabiania, napisał krótko: „Nie”. To bardzo zajęty człowiek, więc byłam przekonana, że mając tyle obowiązków, nie zawraca sobie głowy mapami marzeń.

Katarzyna Kędzierska, która oprócz prowadzenia bloga Simplicite jest prawniczką (posiada kancelarię patentową) oraz dyrektorem zarządzającym siecią biur coworkingowych, napisała, że drażnią ją te wszystkie motywacyjne plansze i cytaty głównie dlatego, że zamiast je czytać i szerować, woli wprowadzać je w życie.

Agnieszka Kaczanowska i Joasia Gotfryd, które prowadzą portal MamoPracuj.pl, napisały, że w biznesie szkoda im na to czasu, ale – uwaga – robią to raz do roku ze swoimi dziećmi.

Agnieszka Skupieńska, która uczy, jak zarabiać w sieci, również odpisała, że nie sporządza map marzeń i celów.

Michał Jaworski, spec od wtyczek, programów i systemu WordPress (dbający między innymi o wszystkie moje platformy z kursami) nie robi map celów, choć czasem robi mapy myśli, które są formą  usystematyzowania wiedzy, przygotowania prezentacji itp.

Joasia Glogaza, która prowadzi bloga StyleDigger.com, a dodatkowo oferuje własną linię bielizny nocnej dla Kobiet, również nie robi podobnych rzeczy.

Ula Phelep, która uczy Kobiety marketingu online, także się w to nie bawi.

Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego osoby bez problemu realizujące swoje cele nie zajmują się kreatywnym wycinaniem i malowaniem? Wszystkie w zasadzie zgodnie potwierdzają, że może i fajne to jest (podobnie jak, zapewne, jazda na słoniu, uprawa róż hodowlanych i skoki na bunjee), ale nie mają na to czasu, bo skupiają się na osiąganiu swoich zamierzeń.

A może jest tak, że takie mapy pomagają w znalezieniu celu? Może jest tak, że osoby, które nie wiedzą, co mają robić w życiu, dzięki podobnym ćwiczeniom odkrywają, czym się zająć? W tym przypadku jednak mam wątpliwość, bo ja też bardzo długo nie wiedziałam, co robić, więc zwyczajnie testowałam, wykonując wiele zawodów, by dowiedzieć się, czego na pewno nie chcę robić.

W ten sposób dowiedziałam się, że na pewno nie chcę zostać na uczelni w charakterze pracownika naukowego, choć promotor namawiał mnie do pisania doktoratu. W ten sposób dowiedziałam się, że na pewno nie chcę pracować w kinie oraz wspinać się po szczeblach kariery w branży hotelarskiej. W ten sposób dowiedziałam się, że na pewno nie chcę przez całe życie być stewardesą, choć zwiedzanie świata było super fajne. W ten sposób dowiedziałam się, że na pewno nie chcę być konsultantem ds. funduszy europejskich, bo choć czekała na mnie niesamowicie duża kasa, wiązała się z niesamowicie nudną robotą. W ten sposób również dowiedziałam się, że na pewno nie chcę być trenerką na walizkach.

Jestem pewna, że w tym momencie zwolenniczki map myśli powiedzą: „Być może doszłabyś do tego szybciej, gdybyś zrobiła sobie taką mapę” – i zgadzam się z tym: być może doszłabym szybciej. Ale wiecie, co? Nie chciałabym przekonać się o tym szybciej. Bez tych wszystkich doświadczeń, które stały się moim udziałem, nie umiałabym działać tak, jak teraz działam, i nie umiałabym docenić tego, co teraz mam.

Tak więc, Moja Droga, moje podejście jest takie (powtórzę raz jeszcze – nie musisz lubić mnie z tego powodu; nie po to tu jestem): jeśli chcesz kleić, wycinać, zbierać piny itp. – i sprawia Ci to radość – rób to. Natomiast jeśli chcesz po prostu realizować swoje cele – też to rób. Bez żadnych zasłon dymnych 🙂

Zrob to dziś leadpages

Ola (Pani Swojego Czasu)