Nawyki żywieniowe??? Nie bój się. Nie zmieniłam się w osobę, która od teraz wie wszystko i będzie się wymądrzać na każdy temat.

Od jakiegoś czasu dostaję od Was sygnały, że najfajniejsze wpisy na blogu to te, które trochę zahaczają o tzw. lajfstajl.
Prawda jest taka, że mój blog prawdopodobnie nigdy nie będzie typowo lajfstajlowy, bo już dawno zdecydowałam o tematyce, jaka tu króluje.
Ale prawdą jest też to, że lubię podglądać doświadczenie lubianych przeze mnie osób w zakresie tego, co mnie interesuje.

Nigdy nie interesowała mnie teoria, lecz jej wdrażanie.

Jeśli interesuje Was lajfstajl, to zapraszam na mój Instagram – na InstaStory dowiecie się, co u mnie słychać (do tej pory największym powodzeniem cieszyło się malowanie regałów na biało).

A na blogu, tak jak do tej pory, tematyka związana z planowaniem, organizowaniem, zarządzaniem sobą w czasie, budowaniem nawyków itp. Jeśli któryś z tych tematów mogę Wam przybliżyć na własnym doświadczeniu, to z chęcią to robię.

Ostatnio podzieliłam się z Wami wpisem opowiadającym o tym, jak NIE udało mi się osiągnąć celu, którym była nauka języka włoskiego – zamierzam regularnie informować Was o postępach w jego realizacji (często robię to na InstaStory; relacje na blogu będę zamieszczać mniej więcej co kwartał).

Dzisiaj chciałam napisać o tym, jak sobie poradziłam (radziłam i w sumie wciąż radzę) ze zmianą nawyków na podstawie bardzo konkretnej zmiany, a mianowicie zmiany diety.

Otóż od prawie 5 lat jestem wegetarianką, a od sierpnia 2017 roku – weganką.

Zanim przejdę dalej, chcę wyraźnie powiedzieć, że po pierwsze – weganką nazywam siebie w uproszczeniu (zgodnie z oficjalną terminologią weganką nie jestem, ponieważ jem miód i noszę skórzane albo wełniane ubrania, a z tego, co wiem, „rasowy” weganin eliminuje w swoim życiu 100% produktów pochodzenia zwierzęcego).
Za każdym razem powinnam więc mówić, że jestem na diecie w 100% roślinnej, ale hello, komu by się chciało non stop to wyjaśniać!

Ten wpis nie jest po to, żeby Cię przekonać do takiej diety!!!
Ten wpis nie jest po to, żeby Cię przekonać do jakiejkolwiek diety!!!

Nie zamierzam udowadniać, że jakaś dieta jest lepsza od innej.

Nie jestem specjalistką od diet i nie zamierzam się wymądrzać, dlatego BARDZO proszę, żebyś uszanowała moje podejście.

Jednym z moich podstawowych podejść do tego, czego uczę, jest przekonanie, że nikt poza Tobą nie ma prawa decydować o tym, czy Twój cel jest taki, śmaki, czy owaki. Nigdy nie wtrącam się w cele, które realizujecie, i nigdy Wam nie powiem, że Wasz cel jest dobry, zły, głupi, mądry itp.

Ten artykuł piszę nie po to, żebyś oceniała mój cel, lecz po to, żeby Ci pokazać, w jaki sposób zmagałam się (i momentami dalej zmagam) z wyrobieniem w sobie konkretnych nawyków, które prowadzą mnie do zrealizowania tego celu (planuję napisać również artykuł o sposobie, w jaki buduję nawyk regularnego ruchu).

Wróćmy zatem do diety.

Od 5 lat jestem wegetarianką. W moim wypadku przejście na tę dietę nie wiązało się ze zdrowymi nawykami. Po prostu z dnia na dzień zrezygnowałam z mięsa. Decyzję podjęłam ze względów zdrowotnych, nie smakowych (z tego, co pamiętam, bardzo lubiłam smak mięsa).

Piszę to po to, żeby Wam pokazać, że niezależnie od powodów tamta decyzja nie była dla mnie wyczynem, nie stanowiła jakiejkolwiek trudności, nie wymagała ode mnie wysiłku (chyba tylko z powodu żelaznego zdrowia nie nabawiłam się problemów zdrowotnych, bo eliminowanie z diety mięsa i niedawanie niczego w zamian to raczej głupota).

Prawdziwa praca z nawykami zaczęła się w sierpniu 2017 roku, kiedy postanowiłam (również z dnia na dzień, a w zasadzie z godziny na godzinę) przejść na dietę wegańską.

Z tą decyzją była trochę dziwna sprawa…

Mniej więcej od roku stosowałam metodę małych kroków, która miała polegać na ograniczaniu produktów odzwierzęcych – chyba w tym jednym wypadku metoda małych kroków nie zadziałała w moim życiu.

Generalnie w odniesieniu do czynności, nawyków i nałogów (niezależnie od tego, czy są związane z jedzeniem, ruchem, pracą, czy relacjami z innymi ludźmi) możemy mieć dwa podejścia: umiarkowane (w umiarkowany sposób, czyli metodą małych kroków, eliminujemy ze swojego życia to, co nam szkodzi, albo to, czego chcemy się pozbyć. Dzisiaj wypalamy o jednego papierosa mniej, jutro o dwa papierosy, pojutrze o trzy itp.; dzisiaj eliminujemy masło, jutro wypijamy mniej mleka, za tydzień nie jemy sera. Rozumiesz, prawda?) lub drastyczne, często bardziej podziwiane (występuje w opowieściach rodzinnych i brzmi mniej więcej tak: „Moja babcia przez 50 lat paliła jak smok i nagle, po jednej wizycie u lekarza, bach! Rzuciła palenie i nigdy więcej nie zapaliła!”. Wszyscy myślą: „Wow! Babcia miała jaja! Zuch kobieta!”).

Nie ma lepszej i gorszej metody. Niektóre z nas wolą od razu, inne krok po kroku. Skuteczna metoda to nie taka metoda, którą wolimy, ale taka, która działa! Wiele kobiet wybiera opcję „wszystko albo nic”, która zupełnie się nie sprawdza.

U mnie natomiast jest odwrotnie: jestem wielką zwolenniczką metody małych kroków i gadam o tym non stop, szczególnie w kontekście nowych nawyków (opowiem o tym więcej, gdy poruszę temat ruchu fizycznego). Lepiej ćwiczyć 5 minut dziennie, niż wcale nie ćwiczyć. Lepiej pracować w skupieniu przez 10 minut, niż niczego nie robić. I tak dalej.

Niestety zapomniałam, że to, co preferuję, nie zawsze jest bardziej skuteczne w działaniu. U mnie nie jest. Akurat jeśli chodzi o dietę, w moim wypadku działa włącznie metoda totalnej rezygnacji. Nie ma takiej opcji, żebym zjadła kostkę czekolady; gdy mam czekoladę w szufladzie, wsuwam od razu całą tabliczkę.

Ten przydługi wstęp jest po to, żeby Ci powiedzieć, że przez rok próbowałam ograniczać produkty pochodzenia zwierzęcego, licząc na to, że dojdę do momentu, w którym nie będzie ich w mojej diecie. Bolesna prawda była taka, że mając otwartą furtkę (czyli mogąc zjeść coś mlecznego), ciągle z niej korzystałam i wychodziło wielkie nic. Dlatego gdy jechałam autobusem relacji Kraków–Wrocław na coroczne spotkanie #ganguPSC, podjęłam decyzję, że po wyjściu z autobusu zmieniam dietę.

Łatwo się mówi, trudniej robi.

Po 6 miesiącach nowa dieta nie stanowi dla mnie żadnego wyzwania, jednak początkowo stale potykałam się o swoje stare przyzwyczajenia. Dziś chcę Ci opowiedzieć właśnie o moich doświadczeniach z budowaniem nowych nawyków.

1. NIE MUSISZ SIĘ NIKOMU TŁUMACZYĆ

To może dziwne „zalecenie”, ale jeśli cały świat jest przyzwyczajony, że działałaś jakoś (odpowiadałaś na mejle w ciągu 2 minut, odbierałaś telefon po 1 dzwonku, na wszystko się zgadzałaś), jadłaś mięso, a teraz nagle przestałaś, to wszyscy będą pytać: „A dlaczego?”, „A po co?” i – co gorsza – oczekiwać, że zaczniesz się tłumaczyć.

Na początku mojej przygody z dietą roślinną wszyscy mnie o nią pytali. Niektórzy z ciekawości, co jest zupełnie normalne, bo ciekawość jest ludzką sprawą, ale spora część osób robiła to tylko po to, aby ze mną dyskutować i przekonywać mnie, że to kiepski pomysł, że się rozchoruję, że umrę itp. Idea, która temu przyświecała, była taka: „podjęłaś głupią decyzję, zaraz ci to udowodnię”.

W wypadku Twoich nawyków też może się tak zdarzyć. Na 100% znajdą się w Twoim otoczeniu osoby, które stwierdzą, że nawyk, który postanowiłaś wyrobić (nieważne, jakiego obszaru życia dotyczy), jest bezdennie głupi, więc zaraz Ci to udowodnią i dokładnie wyjaśnią.

Co robić w takiej sytuacji?

Grzecznie informować, że dziękujesz za uwagi, ale taką decyzję podjęłaś i będziesz się jej trzymać. Najlepsza metoda to albo zdarta płyta (czyli powtarzanie do skutku), albo miły uśmiech (zauważyłam, że miły uśmiech po wysłuchaniu czyjejś krytyki działa znacznie lepiej niż tłumaczenie się i wyjaśnianie; po prostu osoba, która krytykuje, nie spodziewa się uśmiechu, więc wytrącamy jej broń z ręki).

2. KONKRETY, KOBIETO!!!

Wrócę do tego, co pisałam o ograniczaniu.

Gdy ograniczałam spożywanie produktów pochodzenia zwierzęcego, nigdy nie wiedziałam, czy już ograniczyłam je wystarczająco, czy jeszcze nie. Miałam wrażenie, że balansuję, że nie wyznaczyłam konkretnej granicy. Dopiero gdy całkowicie zrezygnowałam z ich spożywania, granica pojawiła się i wynosiła ZERO.

Nie oznacza to, że nigdy jej nie przekraczam (piszę o tym niżej), ale ten konkret ułatwia mi podejmowanie decyzji. Jeśli jestem w restauracji i mam do wyboru dania wegetariańskie albo wegańskie – zawsze wybiorę wegańskie (bo idę w kierunku zero, nie w kierunku ograniczania).

Twarde postawienie granicy, jaką w moim wypadku było ZERO, zdało egzamin, bo teraz nie mam ani wymówki, ani furtki, przez którą mogę uciec.

Być może dla Ciebie zero czegokolwiek (rezygnacja) nie będzie dobrym wyborem, ale pamiętaj, żeby zadbać o mierzalne konkrety.

3. PODEJMIJ DECYZJĘ I TRZYMAJ SIĘ JEJ

Siłą rzeczy osoby wokół Ciebie przez jakiś czas będą sprawdzały (niekoniecznie w wyniku złej woli), na ile Twoja decyzja jest ostateczna.

Moje postanowienie („100% roślin w diecie”) zbiegło się w czasie ze zjazdem #ganguPSC we Wrocławiu. To mój zespół jako pierwszy usłyszał to magiczne: „ZERO!”. A że chodziłyśmy po knajpach, restauracjach, jadałyśmy wspólnie posiłki, to co chwilę słyszałam pytania, czy nie zjadłabym kawałka pizzy albo czy nie mam ochoty na pastę z jajkami. NIE ZE ZŁEJ WOLI! Dziewczyny po prostu dawały mi furtkę, na wypadek gdybym chciała się wycofać.

I wracamy do punktu poprzedniego: gdybym nie podjęła decyzji: „Zero”, na pewno skorzystałabym z tej furtki.

Dokładnie to samo czeka Cię podczas spotkań rodzinnych. Moja mama po 5 latach (z trudem) przyzwyczaiła się do myśli, że jej córka nie je mięsa, i przestała mi proponować gołąbki („Ojej, ale przecież tego mięsa jest w nich naprawdę malutko…!”) albo rosołek („Ale tam nie ma kurczaka, bo wyjęłam go z garnka po ugotowaniu!”), a tu nagle dowiaduje się, że wyrzucam ze swojej diety wszystko, co mleczne i co podchodzi od zwierząt. W trakcie KAŻDEGO spotkania rodzinnego toczą się dyskusje na ten temat.

Chcę podkreślić, że w mojej decyzji nie ma żadnego ekstremizmu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli zupę ugotowano na kurczaku, to kurczak tak czy siak zszedł już z tego padołu i moja decyzja dotycząca zjedzenia lub niezjedzenia rosołku mu nie ulży. Jednak skoro podjęłam decyzję, że chcę jeść tak, a nie inaczej, to chcę się jej trzymać.

4. OPOWIEDZ O TYM ŚWIATU

Wiele z Was twierdzi, że zobowiązanie społeczne na Was nie działa. Co z tego, że ogłosicie na FB, że coś zmieniacie, skoro potem i tak to olewacie.

Moja teoria jest taka, że zobowiązujecie się… nieodpowiednim osobom.

Myślicie, że obchodzi mnie, co o mojej diecie sądzi jakaś tam Krysia z FB? Myślicie, że przeżywam, gdy ktoś napisze, że ze mnie „weganka-sranka”, bo przecież jem miód? Przepraszam, ale takie opinie naprawdę mam głęboko w poważaniu.

Ale bardzo zależy mi na tym, żeby dziewczyny z #ganguPSC, z którymi pracuję na co dzień, wiedziały – i widziały – że to, co mówię o nawykach i samodyscyplinie, nie jest teorią, tylko moim życiem. Że tak działam na co dzień.

I właśnie na tym polega sztuka – na znalezieniu odpowiednich osób.

To mają być takie jednostki, przed którymi zapadłabyś się pod ziemię ze wstydu, gdybyś nie dotrzymała zobowiązania.
To mają być takie jednostki, które będą Cię wspierały i podtrzymywały na duchu, zamiast wyśmiewać i krytykować; które zwyczajnie Ci pomogą (na przykład tym, że nie będą Cię namawiać) albo – gdy się potkniesz w wypracowywaniu nowych nawyków – nie zrobią z tego dramatu, nie będą suszyły Ci głowy i nie będą wzbudzały w Tobie poczucia winy.

Mój mąż na przykład jest taką jednostką. On jest wege, ja wegan, a dzieci wszystkożerne (bo pewnie zapytacie o to). Jeśli interesuje Was, czy gotujemy 3 różne obiady w domu, odsyłam Was do artykułu o planowaniu posiłków TUTAJ. Wspiera mnie w mojej decyzji, choć mi w niej nie towarzyszy, ale też nie namawia mnie (nawet w żartach) do zjedzenia pizzy z serem. Jednak gdy zdarzy mi się potknąć (a jak najbardziej mi się zdarza!), to nie wyśmiewa mnie, nie kpi ze mnie i nie wzbudza we mnie poczucia winy.

5. PRZYGOTUJ SIĘ

Każdy głupi (i każda głupia) potrafi zapalić się do budowania nowych nawyków.

Ta jednodniowa motywacja wynikająca z wizji, jak to cudownie będzie, gdy… (tutaj wstaw swój nowy nawyk), naprawdę jest czymś miłym, ale trwa bardzo krótko; gdy tylko nadejdzie słabszy dzień lub pojawi się słabsza wersja nas samych, polegniemy z kretesem, bo… nie będziemy przygotowane.

I znów opowiem Wam na swoim przykładzie.

Decyzję podjęłam spontanicznie i kompletnie bez przygotowania (nie polecam!), więc na spotkanie #ganguPSC pojechałam bez jakiegokolwiek zaplecza spożywczego. To było głupie!!!

Jak się domyślacie, w pierwszej lepszej Żabce trudno było znaleźć coś wegańskiego na śniadanie (albo łatwo – w końcu mogłam zjeść jabłko, ale stare nawyki wciąż miały się doskonale, ponieważ na śniadanie uwielbiam zjadać chleb). Właśnie dlatego we wszystkich relacjach z wyjazdu widać… puszkę kukurydzy konserwowej, którą nieprzygotowana Budzyńska wpieprzała najpierw na śniadanie, a później jako przekąskę (jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz ją na zdjęciu).

Nie powielaj mojego błędu i zawczasu sprawdź, co będzie dla Ciebie trudną sytuacją, czyli miną, która wybuchnie i rozwali Twój nawyk w drobny mak. Przygotuj się.

Od razu podpowiem, że nowe nawyki (znowu – nie ma znaczenia jakie) najtrudniej budować właśnie w nowych sytuacjach. Dzisiaj, po 6 miesiącach diety roślinnej, weganizm jest czymś tak banalnym w moim domu jak spłukiwanie wody w toalecie. Mam sprawdzone przepisy, sprawdzone sklepy, w których robię zakupy, masę książek kucharskich i wiele innych możliwości.

Problem pojawia się, gdy… wyjeżdżam. Nie ma znaczenia, czy na 3 dni z przyjaciółką do Londynu, czy na 2 tygodnie z rodziną na Sardynię – nie będę przecież kupowała 6 rodzajów mąk, do których mam bezproblemowy dostęp we własnym mieszkaniu. Umawiając się na spotkanie z kolegami – blogerami mięsożercami (o Was mówię, Andrzeju i Tomku) – muszę założyć, że w knajpie, którą wybrali, w menu nie będzie ani jednego dania odpowiedniego dla mojej diety (tak było! Jedynym dostępnym daniem były frytki, bo do sałatki pani i tak dosypała ser!).

Wobec tego dobrze się przygotuj.

Największą pokusą są dla mnie słodycze. Uwielbiam słodycze i mogę jeść je kilogramami. W obecnej diecie siłą rzeczy zjadam ich dużo mniej, bo w sklepach jest niewiele słodyczy wegańskich. Wiem, że właśnie tego będzie mi najbardziej brakowało w trakcie wyjazdów (w domu zawsze mogę sobie upiec pyszne wegańskie ciasto buraczane albo zrobić jabłecznik bez pieczenia, albo ciasto dyniowe, albo milion innych słodkości, ale nie na wyjeździe, dlatego warto pomyśleć, co możesz z tym zrobić).

6. ZDIAGNOZUJ I WYELIMINUJ STARE NAWYKI

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak silne są nasze nawyki, dopóki nie staramy się ich zmienić. I nie mamy zielonego pojęcia, jak automatyczne bywają nasze zachowania. Siadasz do pracy, bierzesz łyk kawy i… odpalasz FB.

Albo zaczynasz pracę od przejrzenia wiadomości w skrzynce mejlowej.

Albo zamiast zabrać się do trudnego zadania, jakimś cudem zawsze odpalasz filmik z kotami lub fokami (sorry, Janina Bąk!).

Wiesz, jaki miałam nawyk? Wyciągam z szafki chleb, kładę go na talerzu, biorę nóż i sięgam po masło. Robiłam to kompletnie nieświadomie! Zrobiłam tak nawet po podjęciu decyzji, że w 100% jadam tylko rośliny. A tu masło.

Łapałam się na tym przez całą niedzielę i cały poniedziałek, w końcu wpadłam na tak banalny pomysł, że aż boli – przesunęłam maselniczkę w inne miejsce! Od tego momentu za każdym razem, gdy chciałam posmarować chleb, moja ręka trafiała w pustą przestrzeń – to był dla mnie sygnał: „Budzyńska, no more masło for you!”.

Wystarczył mi tydzień, aby zmienić ten nawyk. Obecnie masło stoi w tym samym miejscu, w którym stało wcześniej (bo tak jest najwygodniej mojemu mężowi), ale ja już nie mam nawyku sięgania po nie!

7. POTKNIĘCIE TO NIE PORAŻKA ANI POWÓD, ABY PRZESTAĆ

Pierwsze potknięcie w mojej nowej diecie zaliczyłam dosłownie po 3 godzinach od podjęcia decyzji – przy pierwszym posiłku. Poprosiłam o krem z pomidorów, który dostałam… z kleksem śmietany.

Mogłam wylać zupę, ale byłam głodna jak diabli. Stwierdziłam: „Trudno, zjem taką, jaka jest”, przy okazji robiąc „mentalną notatkę”, aby od teraz w każdej knajpie pytać o takie dodatki jak kapka śmietany czy kawalątek sera w potrawie. (Dziewczyny z #ganguPSC miały ubaw i stroiły sobie ze mnie żarty; mówiły, że mój weganizm będzie się odzywał tylko w przerwach między posiłkami.)

Mogłam też stwierdzić, że dupa, los tak chciał i najwyraźniej nie jest mi dane mieć tych 100% roślin.

Nie wybrałam żadnego z tych rozwiązań, bo to łatwizna i wymówka, aby nie podążać za swoją decyzją. Po prostu powiedziałam sobie: „OK, wtopa. Następnym razem postaram się bardziej i zadbam o X, Y, Z”.
Fakt, że (świadomie lub nie) odpuściłyśmy fragment naszych starań o nowe nawyki, nie oznacza, że mamy odpuścić wszystko.

Czasami przez przypadek odpuścisz budowę nowego nawyku i nawet tego nie zauważysz (bo mocno tkwią w Tobie stare przyzwyczajenia). Czasami nie starczy Ci sił, żeby tego pilnować (bo na przykład będziesz chora). A czasami Twoja silna wola nie będzie silna (bo będziesz miała PMS, gorszy nastrój, zły humor, kryzys tożsamości czy cokolwiek innego) i ulegniesz.

I zjesz to, czego nie chciałaś. I nie poćwiczysz, choć miałaś w planie ruch. I obejrzysz głupi filmik na YouTubie, choć zamierzałaś pracować.

Dosłownie tydzień temu mój mąż zrobił dzieciom tosty na kolację – wiecie, takie zwyczajne, z masłem i serem. Gdy poszedł usypiać chłopców, we mnie jakby wstąpił demon (który miał na imię PMS) i… pożarłam te tosty! Totalnie niewegańskie! Mąż uśpił dzieci, wraca, chce zjeść tosty, a tu… nie ma! Pochłonęłam wszystkie!

I co z tego?
Każdemu się zdarza!

Także tym osobom, które jako pierwsze wybiegną przed szereg, aby pomachać Ci sztandarami krytyki, „bo przecież obiecałaś”, „bo mówiłaś, że nie będziesz (albo będziesz)”.

Pamiętaj: takie osoby chcą, żebyś podkuliła pod siebie ogon, poczuła się gorzej i zaczęła płakać. Chcą zobaczyć Cię upokorzoną i złamaną, bo ich dziwny system wartości tak działa, że czują się lepiej tylko wtedy, gdy innym jest gorzej.

Nie daj się temu i nie pozwól na to. Eliminuj ze swojego otoczenia takie osoby! Mój mąż na wieść o tostach podszedł i mnie przytulił. Bo wiedział, że sama zaczęłam czuć się źle z tym, co zrobiłam, i nie chciał, żebym poczuła się gorzej!

Powiedz sobie: „Dałam dzisiaj dupy, trudno. Nie umrę od tego i świat również nie zginie. Za minutę, za godzinę, jutro zacznę od nowa”.

I zacznij. Bez wyrzutów sumienia i bez poczucia winy.