Zanim przejdę do artykułu chcę Ci dać znać, że 22 maja rozpoczyna się sprzedaż 4 edycji kursu „Zorganizuj się w 21 dni”. We wszystkich edycjach łącznie brało już udział 1488 kobiet (i kilku mężczyzn), a w następnej możesz wziąć udział Ty i to bezpłatnie.

OD DZISIAJ BOWIEM TRWA KONKURS, W KTÓRYM MOŻNA WYGRAĆ UDZIAŁ W KURSIE!

Co trzeba zrobić? Wystarczy do 12 maja napisać w komentarzu dlaczego chcesz/potrzebujesz wciąż udział w kursie? Forma pracy dowolna (ostatnim razem były rysunki, wiersze, notatki wizualne, a nawet nagrania video). Wrzucając komentarz dodaj na początku [KONKURS], żebyśmy wiedziały, że chcesz brać udział 🙂 

Wyniki zostaną ogłoszone 15.05.2017 (poniedziałek) w czasie #kawazbudzynska (mój „program” na grupie Pań Swojego Czasu na Fb) oraz tutaj na blogu.

Powodzenia!!!

——–

Na początku napiszę Ci, że ten artykuł jest dla mnie jednym z najbardziej osobistych, które napisałam na swoim blogu. W sumie nie wiem dlaczego. Może dlatego, że piszę o swoim ciele? A może dlatego, że mówię o czymś, co było dla mnie zagadnieniem wstydliwym, więc udawałam, że go nie ma?

Dzisiaj dzielę się z Wami swoim doświadczeniem i pokazuję strategie, które mi pomogły. Strategie, które znałam jak własną kieszeń, bo przecież wykorzystuję je w swojej pracy. Ale jakoś do tego obszaru mojego życia prywatnego jeszcze ich nie zagoniłam 🙂

Zacznę od tego, że długotrwałe zmiany są najgorsze.

Mam na myśli zarówno takie, o których myślimy od baaardzo dawna i do których jakoś nie możemy się zabrać, jak i takie, przez które coś ma się zmienić na bardzo długo. A najlepiej na zawsze.

No bo nie ukrywajmy – jesteśmy w stanie zmobilizować się niemal do wszystkiego, prawda? Szczególnie jeśli deadlajn goni.

Pierwsza niech rzuci kamieniem ta z Was, która nie wykonała jakiejś ciężkiej i wymagającej roboty w 2 dni zamiast w 2 tygodnie lub w 2 tygodnie zamiast w ciągu 2 miesięcy.

Nie spałyśmy, nie jadłyśmy, wstawałyśmy tylko na siku, wyglądałyśmy jak zombie i zachowywałyśmy się jak tykająca bomba. Ale zadanie zrealizowałyśmy.

Praca licencjacka, magisterska, projekt do pracy, przygotowanie wystąpienia czy prezentacji w ostatniej chwili. Albo schudnięcie 5 kg w miesiąc, bo czyjeś wesele (ponoć najlepiej chudnie się na własne – nie wiem, nie doświadczyłam, bo podczas swojego wesela byłam chuda jak szczapka). Wszystkie to znamy.

Ale czy nie byłoby fajnie, gdybyśmy od czasu do czasu nie musiały się tak strasznie spinać? Gdyby pewne działania weszły nam w krew i stały się naszym nawykiem?

Oczywiście rozumiem ten napływ adrenaliny. Sama go miewam i lubię go czuć. Gdy szykuję webinar (który zawsze odbywa się w środę), to treść merytoryczną opracowuję w poniedziałek, wtorek i środę. Czyli nie tydzień lub dwa tygodnie wcześniej, lecz w ostatniej chwili.

Oczywiście jest to zaplanowane i nie przewiduje w te dni żadnych innych zadań, jednak nawet jeśli nie jest to sytuacja szczególnie napięta, okazuje się działaniem blisko deadlajnu.

Nie zamierzam tego zmieniać. Dobrze mi z tym, lubię to, pracuję wtedy efektywnie.

Pojawił się jednak obszar, w którym uwierało mnie działanie zrywami. I bardzo, bardzo zapragnęłam to zmienić na dobre.

Ale nigdy nie zabrałam się do tego z pełnym przekonaniem i ze świadomością, że trzeba to zmienić. Raczej ciągle kołatało mi po głowie, że to ważne i wypadałoby coś z tym zrobić.

Oczywiście wyjaśnienie jest łatwe: to nigdy nie było moim priorytetem.

No dobra, ale o co chodzi?

O rzecz trywialną: moją wagę i mój sposób życia.

W listopadzie, gdy wszystko się zaczęło, ważyłam 75 kilogramów. Przy moim wzroście (1,75 m) było to nieco powyżej BMI, a dokładnie o 10 kilogramów więcej niż moja standardowa waga jako dorosłej osoby (odkąd skończyłam 25 lat; spokojnie, nie mówię tu o wadze, jaką miałam w liceum!).

W długi listopadowy weekend spotkałam się z przyjaciółką. W trakcie naszych długich rozmów okazało się, że mamy podobne dylematy: nie ta waga i nie ten sposób życia i odżywiania, jakie chciałybyśmy mieć. Mamy 38 lat, a nie jesteśmy w stanie palcami u rąk dotknąć podłogi, przebiec 5 kilometrów bez wypluwania płuc, spojrzeć na swoje ciało i być zadowoloną z tego, co widzimy.

Stwierdziłyśmy, że koniec z tym! I że podejmujemy wyzwanie, bo chcemy to zmienić. Ustaliłyśmy, że działamy wspólnie i że będziemy się wspierać.

PLANOWANIE

Najpierw ustaliłyśmy plan.

Określiłyśmy, co ma być efektem naszej „przemiany” i kiedy ma się pojawić.

Dałyśmy sobie pół roku. Te pół roku mija dokładnie… jutro, w środę, 10 maja 2017 roku.

Podzieliłyśmy plan na małe etapy.

LISTA DZIAŁAŃ

Przemyślałyśmy, co musimy zrobić, aby nam się udało. Wymyśliłyśmy listę działań, które jesteśmy w stanie wdrożyć przy naszym trybie pracy i naszych upodobaniach.

Działania wdrożyłyśmy natychmiast, wieczorem obgadałyśmy wszystko, zapisałyśmy i przeanalizowałyśmy. Następnego dnia rano wybrałyśmy się na 10-kilometrowy spacer. Wróciłyśmy ledwo żywe, ale z przekonaniem, że pierwszy krok za nami i teraz będzie z górki.

WYBRAŁYŚMY SOBIE NAGRODĘ

Zarówno ja, jak i moja przyjaciółka widujemy się rzadko, bo nie mieszkamy w tym samym mieście. Każda ma standardowe życie na głowie – pracę, dzieci – więc nie chodzimy razem do spa i nie plotkujemy tak często, jak byśmy chciały 🙂
W listopadzie widziałyśmy się aż 3 dni, które spędziłyśmy z dala od rodziny i przyziemnych kłopotów (taki oddech jest naprawdę cudowny!). Doszłyśmy do wniosku, że naszą nagrodą za ten 6-miesięczny wysiłek będzie właśnie kolejny oddech. Wyjazd w Tatry. Tym razem dłuższy, bo aż 5-dniowy.

Jeszcze tego samego wieczoru (bardzo późnego, bo po 23.00) zadzwoniłyśmy do schronisk (Murowaniec i Hala Kondratowa), aby zarezerwować noclegi. Państwo się trochę zdziwili, bo rezerwację zrobiłyśmy z 6-miesięcznym wyprzedzeniem!!!

Moja Kochana: jeśli czytasz te słowa we wtorek, to właśnie pakuję się na ten wyjazd, a jeśli czytasz w środę, to śmigam już po górach (swoją drogą – w wyobraźni widziałyśmy nasze przyszłe smukłe, zgrabne nogi w krótkich spodenkach, a wychodzi na to, że czeka nas wyprawa zimowa, bo w Tatrach pełno śniegu!).

REALIZACJA

Zaczęłyśmy.

Dosłownie pierwszego dnia po powrocie. Najpierw było trochę poszukiwań oraz kilka ciekawych linków i artykułów dających mobilizację i kopa w tyłek. Że można.

Wiesz, co nas najbardziej inspirowało? Bynajmniej nie zdjęcia 25-letnich modelek w magazynach, bo takie nas tylko dołują. Od 13 lat nie mam 25 lat i raczej nie będę wyglądała tak, jak kiedyś wyglądałam. Motywowały nas kobiety 50- i 60-letnie, w kwiecie wieku, silne i mocne. Niekoniecznie szczupłe; raczej świadome swojego wyglądu.

MONITOROWANIE

Moja przyjaciółka mieszka daleko. Nie mamy szans, aby spotykać się na kawie i mobilizować do działania. Rozmawiamy ze sobą przez telefon, ale nie umówimy się ani na wspólny spacer, ani wyjście na siłownię.

Jak w takim razie miałyśmy się wspierać i mobilizować?

Poprzez wzajemne monitorowanie swoich działań!

W Google Docs stworzyłyśmy tabelkę, do której obie miałyśmy dostęp. Po lewej stronie wypisałyśmy w wierszach wszystkie działania, które chcemy monitorować, a w kolumnach dni tygodnia.

Co monitorowałyśmy? Początkowo były to liczba kroków, szklanka wody z sokiem z cytryny, wypita rano, oraz „Skalpel” (tak, zaczęłyśmy ćwiczyć z Ewą Chodakowską, ale potem to się zmieniło) i peeling całego ciała. Codziennie, mniej więcej o tej samej porze, każda z nas wpisywała pod danym dniem, ile kroków zrobiła i co zdziałała w pozostałych obszarach.

Byłyśmy tak nakręcone, że nawet wysyłałyśmy sobie SMS-y o treści: „Wow! Dzisiaj 14 000 kroków zrobiłam” albo podobnej.

Naszym pierwszym celem było schudnąć, więc każda z nas założyła sobie zarówno wagę docelową, jak i to, ile zamierza schudnąć w danym okresie. Postanowiłyśmy skrupulatnie mierzyć się i ważyć co tydzień oraz wpisywać wyniki w naszej tabelce.

MOTYWACJA I ENTUZJAZM

Podczas moich kursów zawsze uprzedzam moje kursantki, że przez kilka pierwszych dni będą odczuwały ekscytację, motywację i wielki power do działania. To zupełnie normalne, tak jak zupełnie normalne jest to, że po kilku dniach dopadnie Cię szara rzeczywistość i nagle Ci się odechce.

W naszym wyzwaniu było tak samo.

Zaczęłyśmy z grubej rury.

Odpaliłam Ewę Chodakowską i po pierwszej sesji ze „Skalpelem” następnego dnia nie mogłam się ruszać! To wbrew pozorom tylko dodało mi energii, bo skoro wszystko mnie boli, to znaczy, że działa, prawda? Jednocześnie przestałam słodzić kawę i – co ciekawe – z automatu zaczęłam jej pić stanowczo mniej (z 4–5 filiżanek dziennie zeszłam do 1–2), bo okazało się, że słodką kawę traktowałam jako słodycz, a nie napój. Zrezygnowałam też ze słodyczy i smażonych dań, wyeliminowałam wszelkiego rodzaju pizze, frytki i takie tam.

Pierwszy tydzień to był szał! Schudłam! Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna!

Byłam wniebowzięta! Moja przyjaciółka tak samo!

Ale…

Po jakimś czasie wróciła rzeczywistość. Przestało mi się chcieć ćwiczyć. Na „Skalpel” nie mogłam patrzeć, inne zestawy też mnie nie kręciły. Potem przytrafiła się jakaś choroba i wszystko wróciło do stanu wyjściowego.

W takich chwilach zwyczajnie pomoże Ci ktoś, kto kopnie Cię w dupę. Kto zrozumie, że Ci się nie chce. Kto nie będzie Cię dobijał swoim superhiperbyciem, ale też nie da Ci przyzwolenia na pożarcie paczki chipsów i sztabki czekolady. Ktoś, komu nie chce się dokładnie tak samo jak Tobie. Ktoś, kto ma te same dylematy, ale wydusi z siebie, że może by chociaż spróbować 15 minut, skoro brakuje siły na godzinę?

I tak to właśnie wyglądało: gdy ja nie miałam siły, ciągnęła mnie przyjaciółka. Gdy ona miała spadek formy, ja ją ciągnęłam.

Gdy po prawie pół roku rozmawiałyśmy o tym, doszłyśmy do wniosku, że zupełnie nieświadomie znalazłyśmy w sobie sparingpartnerki.

Obie miałyśmy podobny punkt wyjściowy, podobną kondycję, podobne cele i podobną sytuację życiową (mąż, dwójka dzieci, praca). No i znamy się jak łyse konie. Możemy powiedzieć sobie wszystko. Nie musimy przed sobą udawać i niczego upiększać. Możemy też opieprzyć się wzajemnie i używać niecenzuralnych słów, aby postawić się do pionu.

CHCESZ POMÓC SOBIE – POMÓŻ INNYM

Na pewno słyszałaś kiedyś o tym, że jeśli chcesz się czegoś dobrze nauczyć, najpierw powinnaś wytłumaczyć to komuś innemu.

Ja mniej więcej w połowie naszego wyzwania doszłam do wniosku, że tym, co u nas działa, a co nie, powinnam się podzielić z resztą kobiet.

W grupie Pań Swojego Czasu (ponad 20 000 kobiet, TUTAJ możesz dołączyć) pod hasłem #wyzwaniepsc –dobieramy się w pary, rzucamy sobie wyzwanie, określamy cele, monitorujemy, motywujemy i mobilizujemy do działania.

MODYFIKACJE/ROZWÓJ/ŚWIADOMOŚĆ

Wiesz, co okazało się najlepsze? Że cele, który początkowo sobie założyłyśmy, z czasem uległy zmianie. W moim wypadku kilogramy przestały być celem. W zasadzie nie interesuje mnie, czy dojdę do tych 65 kg czy nie. Oczywiście istnieje spora szansa, że tak się stanie, bo obecnie ważę 69 kilogramów, czyli o 6 kg mniej niż na początku naszego wyzwania.

Zwróć też uwagę, że moje założenie było takie: po 6 miesiącach będę ważyć 65 kilogramów. Tymczasem wychodzi na to, że chudnę kilogram miesięcznie, czyli zgodnie z założeniami wszystkich diet, o których słyszę wokół (ostatnio przeczytałam, że jedna z pań postanowiła schudnąć 10 kilogramów w 5 tygodni!!!).

I wiesz, co? Zupełnie się tym nie przejmuję. Mój cel w międzyczasie stał się inny. Przestało mi zależeć na utracie kilogramów, a zaczęło zależeć na tym, aby żyć w określony sposób i czerpać z tego radość. Aby zdrowo się odżywiać – ale nie od czasu do czasu, tylko na stałe. Aby włączyć ruch w swój codzienny harmonogram – nie dlatego, że to pomoże mi schudnąć, lecz dlatego, żeby czuć się lepiej!

Najbardziej niesamowite jest to, że to wszystko się dzieje. Jeśli umówisz się ze mną na kawę, przekonasz się, że nie jestem na żadnej diecie. Owszem, nadal nie słodzę kawy, ale nie dlatego że chcę schudnąć, tylko dlatego, że słodka kawa już mi nie smakuje.

Podczas wiosennych wakacji we Włoszech zajadałam się pizzą, tiramisu, piłam włoskie wino i nie przytyłam ani grama. Może właśnie dlatego, że włączyłam ruch w swoje codzienne nawyki?

Ze zdumieniem obserwuję, co się ze mną dzieje po tych 6 miesiącach.

Czy wiesz, że od jakiegoś czasu wstaję codziennie o 6.00 rano i przez godzinę ćwiczę jogę? Czy wiesz, jak bardzo bym Cię wyśmiała, gdybyś 3 miesiące temu powiedziała mi, że do tego dojdzie?

Wystarczył miesiąc, abym o 6.00 rano nie musiała się zastanawiać, czy chcę wstać czy nie. Po prostu wstaję, ubieram się, rozkładam matę i ćwiczę. Jest to dla mnie oczywiste.

Wciąż jestem w kontakcie z przyjaciółką, aczkolwiek naszych działań nie omawiamy już tak fanatycznie, jak robiłyśmy to na początku naszego wyzwania.

22 maja rozpoczyna się sprzedaż 4 edycji kursu „Zorganizuj się w 21 dni”. We wszystkich edycjach łącznie brało już udział 1488 kobiet (i kilku mężczyzn), a w następnej możesz wziąć udział Ty i to bezpłatnie.

OD DZISIAJ BOWIEM TRWA KONKURS, W KTÓRYM MOŻNA WYGRAĆ UDZIAŁ W KURSIE!

Co trzeba zrobić? Wystarczy do 12 maja napisać w komentarzu dlaczego chcesz/potrzebujesz wciąż udział w kursie? Forma pracy dowolna (ostatnim razem były rysunki, wiersze, notatki wizualne, a nawet nagrania video). Wrzucając komentarz dodaj na początku [KONKURS], żebyśmy wiedziały, że chcesz brać udział 🙂 

Wyniki zostaną ogłoszone 15.05.2017 (poniedziałek) w czasie #kawazbudzynska (mój „program” na grupie Pań Swojego Czasu na Fb) oraz tutaj na blogu. 

Tutaj znajdziesz regulamin konkursu  REGULAMIN