Czy wiesz, że Pani Swojego Czasu ma dopiero dwa lata? To dużo czy mało? To zaledwie 730 dni, jednak gdy spoglądam wstecz, przypominając sobie, co działo się na początku tej drogi, i gdy widzę to, co dzieje się teraz, mam wrażenie, że upłynęły lata świetlne!

Pierwszych urodzin PSC nie obchodziłam w ogóle – zamieściłam tylko na FB jakiś post z balonami. W sumie nie wiem dlaczego. Może jeszcze nie byłam pewna swego? Może nie chciałam zapeszać?

Dzisiaj, dzień przed drugimi urodzinami PSC, moje odczucia są zupełnie inne: mam ochotę świętować na całego!

Razem z moim gangiem zdecydowałyśmy, że świętowanie potrwa tydzień. Cały tydzień! Codziennie od poniedziałku do piątku będzie na blogu pojawiał się inny artykuł i codziennie będziemy ogłaszać nowe niespodzianki.

Dodatkowo w czwartek zapraszam Cię z CAŁYM GANGIEM PSC na urodzinowy webinar, na który możesz się zapisać klikając na obrazek poniżej. Na webinarze będziesz mogła nie tylko poświętować, ale także poznać mnie i moją załogę, porozmawiać z nami, zadać nam pytania itp. Mam nadzieję, że wpadniesz!!!

To co…? Jesteś gotowa?

Pani Swojego Czasu powstała 23 sierpnia 2014 roku. W godzinach popołudniowo-wieczornych. Jakim cudem tak dokładnie pamiętam datę i godzinę?

Żeby Ci odpowiedzieć, muszę sporo cofnąć się w czasie.

Otóż w 2006 roku założyłam własną firmę – zostałam trenerką umiejętności miękkich (tak to się fachowo nazywa, choć w praktyce nikt – poza innymi trenerami umiejętności miękkich – nie wie, o co chodzi). Dostałam się na roczny staż do firmy szkoleniowej, a po roku uczenia się, testowania, oceniania i próbnych szkoleń otrzymałam propozycję regularnej współpracy.

Pracowałam tak 8 lat.

Osiem lat, w trakcie których kompletnie nie zdawałam sobie sprawy ze swoich talentów i umiejętności. Osiem lat, w trakcie których wszystko robiłam na czas, na już, na natychmiast. W weekend, w czasie wolnym, w święta, w wakacje.

Osiem lat, w trakcie których ciągle słyszałam, że jestem punktualna, zorganizowana, obowiązkowa, systematyczna i że można na mnie polegać.

Osiem lat, w trakcie których odpowiadałam: „No co ty…!”.

Uwierzysz, że najbardziej nie lubiłam prowadzenia szkoleń z „zarządzania czasem” i „efektywności osobistej”, bo miałam wrażenie, że zupełnie się na tym nie znam (!)? Bo przecież kto robi na co dzień matrycę Eisenhowera? (Uwierzcie mi, że nikt lub prawie nikt!).

Jako trenerka (ale także w ramach wykonywania innych zajęć – a było ich naprawdę sporo!) robiłam rzeczy, których teraz się wstydzę: pytana o wysokość pensji, jaką chciałabym otrzymywać, podawałam możliwie najniższą kwotę, bo bałam się, że mnie nie wezmą; odbierałam telefony z pracy w swoim czasie wolnym; pracowałam w weekendy i wyrabiałam nadgodziny, „bo wszyscy tak robili”. Jako trenerka jeździłam, szkoliłam; jeździłam, szkoliłam. Co ciekawe – w ogóle nie chorowałam, bo gdy prowadzi się działalność gospodarczą i się choruje, to się nie zarabia. Więc pracowałam nawet w czasie choroby. Wyjeżdżałam z domu w niedzielę i wracałam we wtorek w nocy, tylko po to, by spakować się i w środę ponownie wyjechać.

I przyszedł moment, w którym moje dzieci potrzebowały czasu, by przestawić się i przestać mówić do mnie „tata”, a pani doktor w przychodni nieudolnie maskowała zdziwienie, widząc mnie – zamiast mojego męża – w poradni z chorymi dziećmi.

Czy to mnie uwierało? Jak cholera!

Czy wiedziałam, co z tym zrobić? Nie miałam najmniejszego pojęcia!

Wiedziałam, że mnie gniecie. Wiedziałam, że nie jest mi z tym dobrze. Wiedziałam, że chcę to zmienić! Ale nie wiedziałam jak!

I być może sytuacja, w jakiej tkwiłam, trwałaby do dziś, gdyby nie to, że 7 lipca 2014 roku jak grom z jasnego nieba (zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, ale naprawdę tak było) spadła na nas wiadomość, że nasz starszy syn choruje na cukrzycę typu 1.

Wylądowaliśmy w szpitalu na dwa tygodnie. Dowiedzieliśmy się, że Jaś ma nieuleczalną chorobę, która zupełnie zmieni nasze życie. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo, ale już pierwszej nocy, leżąc na szpitalnym łóżku mojego syna, patrząc na jego śpiącą i wciąż przerażoną twarz, wiedziałam, że tak dłużej być nie może i że moje życie musi się zmienić. Teraz i natychmiast. Od jutra.

Następnego dnia zadzwoniłam do firmy i odwołałam wszystkie swoje zobowiązania.

Przez kolejne dwa miesiące uczyliśmy się wszystkiego od nowa.

Choć cukrzyca typu 1 jest chorobą nieuleczalną, da się z nią żyć. Wymaga ogromnej dyscypliny ze strony chorego, jego rodziców i otoczenia (jeśli chory jest dzieckiem). Nie będę rozpisywać się na ten temat, tylko te z Was, które są zainteresowane, odeślę na mój drugi blog, na którym tuż po diagnozie opisywałam zmiany, jakie zaszły w naszym życiu (Mama Cukiereczka).

Nagle okazało się, że wszystko, co jemy, musi być zważone i liczone. Że nie możemy jeść wtedy, kiedy mamy ochotę, lecz wtedy, kiedy trzeba. Że skoki poziomu cukru u Jasia będą dyktowały nam, co zjemy i kiedy zjemy. Że czasami jedyne, co Jaś dostanie na obiad, to woda i surowa marchewka. Że nagle będę musiała uświadamiać milionowi ludzi, że jego choroba nie wynika z pochłaniania zbyt dużych ilości słodyczy. Że będziemy planować miesiąc z wyprzedzeniem, siedząc nad kalendarzem z ołówkiem w ręce, i zastanawiać się, kto, gdzie i co będzie robił, tak aby w razie potrzeby zawsze jedna osoba była pod telefonem. Że plany dnia będziemy musieli dostosować do godzin pomiarów poziomu cukru we krwi, które w ciągu dnia robi się regularnie przed każdym posiłkiem, a w nocy trzy razy. I że zdarzą się takie noce, kiedy co godzinę będę musiała mierzyć cukier. I że następnego dnia nie będzie taryfy ulgowej, bo będę musiała zrobić to znowu. I znowu. I znowu. Aż do chwili, w której Jaś będzie w stanie funkcjonować samodzielnie (żeby było jasne – Jaś ma 7 lat i w ciągu dnia sam bada cukier, jednak noc to zupełnie inna kwestia).

Właśnie wtedy, po dwóch miesiącach takiego funkcjonowania, 23 sierpnia 2014 roku usiadłam przy stole i zaczęłam zastanawiać się i nad własnym życiem, i nad sobą. Przez głowę przemykały mi myśli: „Co ja tak naprawdę umiem?”, „Co potrafię?”, „Na czym się znam?”.

I wtedy przyszło mi do głowy: „O, kurwa! Przecież ja jestem Panią Swojego Czasu!”. Nie dlatego, że często przeklinam w myślach lub na głos (bo, oczywiście, zdarza mi się), ale dlatego, że oświeciło mnie, że ja przecież zawsze to umiałam! Zawsze to robiłam! Że jestem w tym doskonała, tylko kompletnie tego nie zauważałam!

Jeszcze tego samego wieczoru założyłam fanpejdż Pani Swojego Czasu i zaczęłam budować swoją stronę internetową (umiałam ją postawić na WordPressie, bo nauczyłam się tego w Latającej Szkole Agaty Dutkowskiej). I już macie pierwszą porcję wstydliwych informacji: stronę WWW robiłam do późnych godzin nocnych. Gdy ją skończyłam, byłam na totalnym haju, ale wiedziałam, że to jest to!

Założyłam też konto na MailChimpie i od razu zaczęłam zbierać zapisy na newsletter, choć jeszcze niczego nie oferowałam w zamian (poza newsletterami, które zaczęłam wysyłać bardzo szybko). Ładnie to zresztą pokazuje post, który napisałam do dziewczyn z Wakacyjnej Grupy Wsparcia (to grupa na FB, w której uczyłyśmy się robić biznes):

Dziewczyny, idę za ciosem. Jestem niesłychanie dumna z Pani Swojego Czasu – a co tam! Napiszę to głośno!

Chciałabym zaoferować jakiś produkt online osobom, które zapiszą się na newsletter – tak na zachętę. Co chciałybyście dostać? Co byłoby dla Was wartościowe i zachęciło do zapisu?

Oczywiście widziałam, że wiele z Was już się zapisało, za co Wam OGROMNIE dziękuję! Obiecuję, że jak tylko mój produkt powstanie, wyślę Wam, żebyście nie czuły się poszkodowane.

I w tym miejscu chciałabym Ci coś napisać.

Bez względu na to, czy zakładasz swoją firmę, czy tworzysz blog, czy myślisz o napisaniu książki, czy chcesz wychować dzieci na dobrych ludzi, czy chcesz znaleźć miłość lub sens życia – zawsze zaczyna się od początku. Zawsze zaczyna się od zera. Zera na koncie. Zera ludzi wokół. Zera pomysłów. Zera wsparcia. Zera wiedzy technicznej. Za to z przerażeniem w oczach! Z mętlikiem w głowie! Z obawą o przyszłość!

Rozumiem to doskonale i nie jest to czcze gadanie.

Budując Panią Swojego Czasu 23 sierpnia 2014 roku, miałam:

– zero złotych na koncie;

– zero fanek;

– zero osób zapisanych na newsletter;

– zero artykułów na blogu;

– zero postów na fanpejdżu;

– zero wiedzy na temat Instagrama (chyba nawet nie wiedziałam, co to jest – wyobrażasz to sobie…?!);

– zero wiedzy na temat miliona spraw, które teraz są dla mnie oczywiste;

– zero wsparcia ze strony dotychczasowego środowiska zawodowego (gdy usłyszano, że prowadzę blog, zostałam nazwana „pisareczką”);

– no i zero osób do pomocy.

Nie mam zamiaru Cię okłamywać, bo moja obecna sytuacja i sytuacja sprzed dwóch lat to dwa kompletnie różne światy! Jeśli w moich aktualnych wpisach czytasz, że mam masę osób do pomocy, asystentkę oraz dużo wolnego czasu, możesz sobie pomyśleć: „Wow! Ja też tak chcę!”, ale prawda jest taka, że budowanie takiego biznesu jest równie trudne jak każdego innego.

Prawda jest taka, że biznesu online nie prowadzi się z leżaka na plaży i nie buduje się go z hamaka.

Prawda jest taka, że przez pierwsze trzy miesiące funkcjonowania Pani Swojego Czasu w ciągu dnia prowadziłam szkolenia, a po szkoleniu, zamiast wybrać się do kina, na spacer czy na piwo, wracałam do pokoju hotelowego (nienawidzę samotności pokojów hotelowych!) i pisałam artykuły na blog, z uporem maniaka rozwijając to, co zaczęłam.

Prawda jest taka, że tworząc Panią Swojego Czasu, nie pracowałam po cztery godziny dziennie, bo zdecydowałam inaczej i ustaliłam swoje priorytety inaczej.

Ale prawda jest też taka, że miałam ogromne wsparcie mojego męża, który powstanie Pani Swojego Czasu zaakceptował tak, jak akceptował dotąd milion innych moich pomysłów (typu coroczne zmiany pracy albo bycie stewardesą i wyjazd na rok do kraju arabskiego), i który zwiększył poziom swojej wyrozumiałości do maksimum.

Przez te dwa lata nauczyłam się ogromnej liczby rzeczy oraz dowiedziałam się o sobie całej masy spraw. Jakich?

Na przykład przez całe swoje dotychczasowe życie zawodowe byłam przekonana, że nie umiem i nie lubię sprzedawać. Sprzedając coś, czułam się dziwnie i sztucznie; miałam wrażenie, że coś komuś wciskam. Tymczasem okazało się, że jako Pani Swojego Czasu uwielbiam sprzedawać! Jestem urodzonym sprzedawcą! Mam do tego dryg i talent!

Podobnie jest, jeśli chodzi o reklamę i marketing – kiedyś myślałam, że to jakieś dziwne twory i ściema oparta na reklamach, dzisiaj bardzo to lubię i jestem w tym bardzo dobra (do tego stopnia, że czasem dostaję mejle z pytaniem o nazwisko osoby, która w gangu PSC odpowiada za PR i marketing, podczas gdy to ja jestem tą osobą!).

Jednocześnie chciałam podkreślić, że uczyłam się nie tylko poprzez doświadczenie i na własnych błędach, lecz także podczas wielu szkoleń (w większości online), które nie miałyby jakiejkolwiek wartości, gdybym z uporem maniaka nie wdrażała i nie testowała tego, czego się dowiadywałam.

A TERAZ KONKURS

Nie ma świętowania urodzin bez konkursu, prawda?

Od dzisiaj aż do piątku (do północy) trwa konkurs pod hasłem #2urodzinypsc

Temat konkursu: „Jak zmieniło się Twoje działanie pod wpływem Pani Swojego Czasu?”.

Dodatkowo napisz, jaką nagrodę chciałabyś ode mnie otrzymać i dlaczego właśnie taką (tak, dobrze widzisz – oprócz nagrody przewidzianej w regulaminie masz możliwość wybrania sobie nagrody, pod warunkiem, że opiszesz ją w swoim zgłoszeniu).

Czas trwania: od dzisiaj (22.08) do piątku (26.08 do 23.59).

Forma wypowiedzi: w 100% dowolna. Tekst, piosenka, wiersz, rysunek, malowidło – COKOLWIEK!

Miejsce zamieszczania prac: pod tym artykułem, na Twoim blogu, na Twoim fanpejdżu lub profilu FB, na Instagramie, na Pintereście, na YouTube; gdzie tylko masz ochotę, ale pod dwoma warunkami:

1. Nie wysyłasz mi zgłoszenia w formie mejla!

2. Wszystko, co zamieścisz, musisz opatrzyć hasztagiem: #2urodzinypsc

Żeby konkurs był przygotowany na tip-top, mamy do niego regulamin, który znajdziesz TUTAJ

Nagrody?

Nagrodą jest – uwaga, uwaga! – zestaw produktów Pani Swojego Czasu (planer + torba + magnes + broszka + motywatorek) oraz wybrana przez Ciebie nagroda!

Ps. Dzisiaj wysłałam do Ciebie newsletter, w którym masz możliwość otrzymania pierwszego prezentu z okazji drugich urodzin PSC. Nic nie musisz robić – wystarczy, że klikniesz w link zamieszczony w newsleterze. Jeśli go jeszcze nie otworzyłaś – zrób to teraz. A jeśli jeszcze nie jesteś zapisana na newsletter, a chciałabyś otrzymać prezent – zapisz się (na dole tej strony znajdziesz formularz) i napisz do nas mejl na adres: pytania@paniswojegoczasu.pl, a wyślemy Ci prezent!