Świętowanie sukcesów trzeba zaczynać od listy sukcesów. Udzielanie informacji zwrotnej, w której najpierw mówię o tym, co było świetne, mam we krwi. Także w stosunku do siebie. Wczoraj i przedwczoraj było zatem chwalenie się sukcesami. Ale w tygodniu świętowania (czy też tygodniu szczerości, jak to nazwała jedna z Was) nie może zabraknąć informacji trudnych, krytycznych i przykrych.

Podczas rozmów z tymi z Was, które chcą spróbować swoich sił w biznesie online, zawsze podkreślam, że jest to biznes jak każdy inny. Pojawią się porażki, pojawi wysiłek, pojawi krytyka. Pojawią się łzy i hejt.

No dobra, może nie u każdej z Was będą łzy – może tylko u tych bardziej wrażliwych – u mnie w każdym razie były i na pewno jeszcze nie raz się pojawią.

Dzisiaj chciałam Wam pokazać, jak wygląda prowadzenie PSC od strony trudności, błędów, wpadek i porażek. Od strony braku motywacji, zmęczenia i niemocy. Od strony krytyki, hejtu i (prawie) szaleństwa, bo tak też się zdarza.

TRUDNE POCZĄTKI

Na początku jest chaos 🙂 U mnie również był, choć i tak uważam, że miałam sporo szczęścia, bo co nieco już wiedziałam. Na przykład znałam program Canva, czyli program do robienia podstawowych grafik w sieci (był bezpłatny, co wówczas stanowiło jego największą zaletę).

Wiedziałam też, że na moim nowo, właśnie powstającym blogu, chcę mieć logo! No bo cóż to za blog bez logo, prawda?

Moje pierwsze i drugie logo wyglądało tak:

1 i 2 logo PSC

Stworzyłam je w Canva. Szaleństwo, prawda? Ta wysublimowana czcionka! Te kolory zupełnie niemodyfikowane! Widać, że zabrała się za to nic niewiedząca o świecie grafiki ręka Budzyńskiej. Dopiero miesiąc temu (!) dowiedziałam się, że tworzenie logo w Canva jest nielegalne!

Kolejna wersja logo została stworzona przez grafika i wyglądała tak:

Pani Swojego Czasu

A jeszcze kolejna jest wersja, którą widzicie obecnie na blogu.

Moje pierwsze banerki zachęcające do zakupu kursu wyglądały tak:

Dawne banerki psc

Jak widać – były jeszcze bardziej „wysublimowane” niż moje logo 🙂

To tyle, jeśli chodzi o grafikę.

TERAZ TEKST

Moje teksty od początku cieszyły się dużą popularnością – szybko zdobywałam nowe czytelniczki, które udostępniały to, co miałam do przekazania. Pisały o mnie także inne blogerki, więc wieść o PSC się niosła.

Pewnego dnia jeden z moich kolegów, redaktor, powiedział: „Piszesz, kurwa, zajebiście, ale bardzo potrzebujesz korektorki” (znowu przekleństwo na blogu, ale nic na to nie poradzę – tak właśnie powiedział!).

Oczywiście przykro mi się zrobiło, ale to była prawda. Na szczęście później do akcji wkroczyła Elka Korektelka, ale tę historię poznacie jutro 🙂

IGNORANCJA JEST BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM

Przynajmniej w pewnych przypadkach. Pamiętam do dzisiaj okres, w którym tworzyłam swój pierwszy kurs online i nagrywałam wideo do kursu. Nie miałam pojęcia, jak od środka wygląda profesjonalny program, ponieważ w Polsce nie oferowano wówczas podobnych opcji (czuję wielką dumę, będąc prekursorką w tym temacie). Nie panowała jeszcze moda na tworzenie biznesów online (nie mam nic przeciwko takiej modzie – sama prowadzę taką działalność i bardzo ją sobie chwalę. Po prostu stwierdzam fakt).

Nie było mnie stać na udział w kursie online z prawdziwego zdarzenia (czyli zagranicznym), w związku z tym robiłam, jak umiałam najlepiej!

Filmy nagrywałam telefonem komórkowym, który stał na parapecie, oparty o skomplikowaną konstrukcję z pudełek i inne wspomagacze. Nie miałam, oczywiście, mikrofonu, a światło dzienne wydawało mi się zupełnie wystarczające.

Nie przyszło mi do głowy, żeby uczesać się jakoś inaczej albo umalować, w efekcie w każdym filmie wyglądałam tak:

MOja twarz na kursie Czas Pani

(Ubrać się inaczej do nagrania w każdym filmie również nie przyszło mi do głowy).

Koniecznie zwróć uwagę na czarne paski znajdujące się po lewej i po prawej stronie zdjęcia. Tak – do głowy mi nie przyszło, by filmy nagrywać telefonem ustawionym w poziomie. Jak się domyślasz – filmiki wyglądały tak sobie.

Stronę sprzedażową do kursu stworzyłam samodzielnie i byłam z niej BARDZO DUMNA! (Jeśli chcesz, możesz ją zobaczyć TUTAJ – wciąż jest dostępna). To była moja pierwsza w życiu strona sprzedażowa! Wtedy jeszcze nie miałam zielonego pojęcia, jak w przyszłości będą wyglądały moje strony z opisami programów, tworzone przez moją graficzkę Natalię. Dla porównania – moja obecna strona z ofertą kursu wygląda TAK. Widać różnicę, co?

KRYTYKA JEST CZYMŚ DOBRYM

Nie da się ukryć, że bywam dosyć mocno krytykowana. Możecie być tego nieświadome, bo przecież nie ujawniam każdego mejla z krytyką.

Wiele osób krytykuje sposób, w jaki działam, mój wygląd, styl, w jakim piszę artykuły, tematy moich artykułów, a nawet kierunek mojego rozwoju (czasem czytam zarzuty, że się „komercjalizuję” – kiedyś byłam taka „naturalna”, a teraz wszystko jest takie „ładniejsze”).

Krytykę znoszę ciężko. Najlepiej wie o tym mój mąż (z autopsji, ale też dlatego, że widzi, co się ze mną dzieje). Krótkoterminowo strzelam focha i myślę sobie: „Spadaj”. Długoterminowo krytyka we mnie pracuje, choć nie oznacza to, że automatycznie zgadzam się z każdą krytykującą mnie osobą i wprowadzam sugerowane przez nią zmiany; raczej zastanawiam się, czy faktycznie jestem na dobrej drodze. Sprawdzam i analizuję. I nawet jeśli niczego nie zmienię. bo uznam, że wszystko jest OK, i tak cenię sobie takie chwile zatrzymania się.

Oczywiście odróżniam krytykę od hejtu. Z założenie nie przyjmę krytyki od kogoś, kto mnie obraża, i kogo celem jest ubliżenie mi, a nie pomoc.

HEJT TO WYZNACZNIK SUKCESU

Tak przynajmniej twierdzą niektórzy. Gdy po raz pierwszy spotkałam się z hejtem, gratulowano mi, bo ponoć posiadanie hejtera oznacza bycie prawdziwą blogerką.

No cóż, jak dla mnie to dziwny wyznacznik sukcesu. Hejt i hejtowanie są dla mnie raczej sposobami na sprawdzenie swojego poczucia humoru i dystansu do siebie.

Hejtowanie albo mnie, albo tego, co robię, jest dla mnie okazją do sprawdzenia, jak mocno stoję na własnych nogach; okazją do sprawdzenia, czy mam swoje zasady – i czy chcę się ich trzymać, oraz sposobem na przetestowanie wewnętrznej spójności.

Od razu przyznam, że nie jestem w tym najlepsza.

Przejmuję się hejtem, choć nie powinnam. Przejmuję się tak socjologicznie, po ludzku. Nie chodzi nawet o to, że ktoś hejtuje mnie czy moją pracę; bardziej dziwi mnie fakt, że są na świecie ludzie, którzy tak po prostu, bez żadnej żenady mają ochotę dać Ci po mordzie i nie odczuwają z tego powodu żadnego wstydu czy wyrzutów sumienia. Swoją drogą – podobnie dziwią mnie ludzie, którzy otwierają okno w samochodzie i bez żenady wyrzucają śmieci na chodnik.

BĘDZIESZ OCENIANA – CZY TEGO CHCESZ CZY NIE

Jest to coś, do czego można przywyknąć. Będziesz karmić się ocenianiem pozytywnym. Będziesz płakać, gdy ktoś Ci dokopie. Ludzie nie zapytają, czy chcesz usłyszeć ich opinie; wręcz przeciwnie – założą, że powinnaś je usłyszeć. I bez jakiejkolwiek żenady zaczną je wygłaszać. Nie wnikając w to, co napisałaś, nie próbując zrozumieć, a czasem nawet nie czytając! Po prostu: uznają, że mają swoje pięć minut, więc dorzucą swoje trzy grosze.

Jak na przykład pani, która z mojego tekstu o tym, czego nie robię w święta, wywnioskowała takie coś (pisownia oryginalna):

o przykre, ze masz takie podejście m.in. ze względu na synow. Co oni wyniosą z rodzinnego domu? Swieta będą wspominali jako czas spędzony w bałaganie, jedząc suchary w dresie? no sorry, ale swieta sa raz do roku, wiec chyba nie zaharujesz się na smierc

Będziesz też dostawała rady, o które nigdy nie prosiłaś. I informacje o tym, co ktoś zrobiłby, gdyby był na Twoim miejscu, lub co robi, będąc w takiej sytuacji jak Ty. Bynajmniej nie poczujesz się dobrze po jego radach (pisownia oryginalna):

gdyby moje okna miał myć ktoś, kto nie mieszka na co dzień w moim domu, czy w ogóle sprzątać NASZ SYF za nas, to chyba bym się ze wstydu zapadła pod ziemię

A CZASEM PO PROSTU RĘCE OPADAJĄ

Są sytuacje, których nie umiem, a nawet nie chcę zakwalifikować do żadnej z kategorii. Pamiętacie, gdy napisałam o tym, że jestem feministką? W odpowiedzi dostałam wtedy taki mejl (pisownia oryginalna):

Przykro mi, ale znowu nie zrozumiała Pani idei małżeństwa i wykazała się również totalnym brakiem zrozumienia męskiej psychiki, a Panią czy rzeczywiście podnieca mężczyzna piorący zafajdaną pieluszkę np albo w fartuszku przy zmywaniu garów? W małżeństwie nie ma partnerstwa, są role męska i kobieca, każda na swój sposób piękna i uzupełniająca się. Partnerstwo jest w spółce z o.o. Chyba, że tym jest dla Pani małżeństwo. Gdyby kobieta pozwoliła męzczyźnie zarabiać na wszystko, nie musiałaby pracować na dwa etaty. Zmuszając mężczyznę do latania ze ścierką dosłownie kastruje go Pani. Kobieta ma mieć mężczyznę, którego mogłaby autentycznie podziwiać. Proszę wyobrazić sobie Gombrowicza myjącego sedes, no proszę.

Nie wiem jak Ty, ale ja bez problemu umiem sobie wyobrazić Gombrowicza myjącego sedes 🙂

W poniedziałek z kolei, gdy wysłałam do Was newsletter z tapetami na pulpit od Pani Swojego Czasu, dostałam taką oto wiadomość (pisownia oryginalna):

Polecane tapet na pulpit z pani wizerunkiem to gruba przesada i narcyzm. NIeh pani tym zagubionym kobietom poleci żeby własne zdjęcia ustawiły na pulpit, może bedą mądrzejsze

Ręce opadają, bo pani nawet nie raczyła otworzyć pliku z tapetami, a już wystosowała swoją opinię. Gdyby je otworzyła, zobaczyłaby, że nie ma tam nawet kawałka mojej twarzy. Ale poza tym rada bardzo dobra i jak najbardziej ją polecam: ustawcie sobie zdjęcie własnej twarzy na pulpit! Może niekoniecznie będziemy od tego mądrzejsze, ale poziom miłości własnej na pewno wzrośnie 🙂

WTOPY, WPADKI I PORAŻKI

Bardzo żałuję, że nie zbierałam ich na bieżąco, bo na pewno dysponowałabym sporą kolekcją.

Dla mnie jedną z największych porażek jest to, że czasem działam niezgodnie ze swoimi zasadami. Od razu jednak chciałabym wyjaśnić, jak rozumiem porażkę.

Dla większości osób porażka to coś, czego należy się wstydzić, co należy głęboko ukryć, o czym należy zapomnieć. A najlepiej udawać, że tego nie ma. Dla mnie porażka to dowód, że jestem człowiekiem, że czasem miewam słabszy dzień, że czasem mi się nie chce. Nie jestem idealna i nie działam idealnie. I porażki się zdarzają. Czasem z lenistwa, czasem z niewiedzy, a czasem z zachłanności.

Urodziny PSC, które teraz obchodzimy, zaliczam do kategorii wtop, ponieważ nie zostały przygotowane odpowiednio wcześniej. Wszystkie byłyśmy na wakacjach i dopiero po powrocie (a wróciłyśmy tydzień temu) stwierdziłyśmy, że będziemy świętować urodziny.

Wszystko było robione na ostatnią chwilę! Ten artykuł jest kończony we wtorek rano, a na blogu ukazuje się w środę! Porażka jak nic!

Inne porażki wynikały z niewiedzy. Flagowym potknięciem na tym polu jest pierwsza edycja planera Pani Swojego Czasu. Po pierwsze – kompletnie niedograna kwestia współpracy. Teraz wiem doskonale, jak powinna wyglądać, ale wiem tylko dlatego, że mam za sobą złe doświadczenia.

Po drugie – kwestie logistyki, pakowania, wysyłki itp. Słabo mi się robi, gdy przypomnę sobie, że w grudniu samodzielnie wysyłaliśmy setki paczek. Kompletnie nie byłam wtedy świadoma, że można inaczej (dzisiaj magazynowaniem, pakowaniem i wysyłką planerów zajmuje się specjalnie do tego celu wynajęta firma logistyczna).

Jednocześnie wraz z moim gangiem byłyśmy tak zajęte innymi kwestiami, że do głowy nam nie przyszło, by w sensowny sposób usprawnić nasze działania (swoją drogą to bardzo dobrze pokazuje, jakie są negatywne skutki działania w biegu – dopóki się nie zatrzymamy i spokojnie nie sprawdzimy, co się dzieje, wymyślamy dziwne usprawnienia, które często tylko pogarszają sprawę. Przypomina mi to historię Jeffa Bezosa, właściciela firmy Amazon, który razem ze swoim zespołem pierwsze paczki dla klientów pakował na podłodze magazynu. Byli bardzo zajęci, pracowali non-stop, a gdy zaczęli narzekać, że bolą ich kolana, Jeff – zamiast kupić stoły i zwiększyć komfort pracy – wpadł na pomysł nabycia… ochraniaczy na kolana (żeby wygodniej im się klęczało).