Mam zasady, którymi kieruję się w swoim biznesie, a które nie tylko pomagają mi prowadzić ten biznes w efektywny sposób, lecz także zwyczajnie oszczędzają mój czas.

Niektóre z tych zasad były we mnie od zawsze, niektóre powstają na gorąco pod wpływem określonych sytuacji (co według mnie niczego im zasadom nie ujmuje – większość procedur w lotnictwie powstaje na przykład w wyniku wypadków lotniczych; po prostu nikt wcześniej nie mógł ich przewidzieć).

Wiele zasad powstało po tym, jak musiałam sobie obić tyłek i doświadczyć na własnej skórze, że kiepsko jest nie mieć zasad. Według mnie to nie wstyd być „jeleniem”, pod warunkiem, że jest się nim tylko raz.

Oto moje zasady:

1. Nie negocjuję sama ze sobą.

Wiesz, na czym polega negocjowanie samej ze sobą? Na tym, że zanim ktoś wyceni Twoją pracę, sama ją wyceniasz, ale niestety, o wiele niżej. Wciąż spotykam to zjawisko wśród kobiet. Podczas rekrutacji, którą prowadziłam, w odpowiedzi na pytanie o zarobki kobiety pisały, że chciałyby zarabiać X, ale mogą ten X obniżyć o Y procent. Gdy zwracam się do kobiet z prośbą o ofertę, często otrzymuję informację, że coś jest warte tyle i tyle, ale mogą obniżyć cenę.

Rozumiem to podejście, bo kiedyś na pytanie, ile chciałabym zarabiać, również podawałam możliwie najniższą stawkę, dodając: „Do negocjacji”. W przypadku negocjacji od razu obniżałam cenę, nie pytając nawet o powody. I nigdy nie prosiłam o podwyżkę.

Teraz takie zachowanie nie ma miejsca. Jeśli zaniżasz swoją stawkę, po pierwsze – nie negocjuję z tym. Nie namawiam Cię do podniesienia ceny, bo niby dlaczego? W końcu to nie w moim interesie. (Tak naprawdę robię tak, ale tylko z osobami, które bardzo dobrze znam i prywatnie lubię).

Po drugie, moje wynagrodzenie (za szkolenia, prezentacje, wystąpienia) jest ściśle ustalone. Co więcej – nie tylko nie jest niskie, lecz także nie podlega negocjacji. Dlaczego? Dlatego, że chcę pracować w takich warunkach, jakie lubię, i chcę czuć się dobrze w swojej pracy. Jeśli ktoś nie zapewnia mi tej możliwości, nie chcę z nim pracować i tyle. Czy to powoduje, że mam mniej zleceń? Oczywiście, ale w tym tkwi największy paradoks – pracując mniej, zarabiam więcej!

Czy nie czuję niepokoju, gdy dużym i znanym firmom odpowiadam, że nie obniżę swojej ceny? Oczywiście, że czuję, ale doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli ktoś chce współpracować właśnie ze mną, to stanie na głowie, żeby to urzeczywistnić. A jeśli ktoś po prostu potrzebuje szkolenia z zarządzania czasem, przeprowadzonego przez dowolnego trenera, byle tylko zmieścić się w budżecie, to ja tym bardziej nie jestem odpowiednią osobą.

2. Nie robię niczego już teraz, natychmiast, tylko dlatego, że ktoś tak chce.

Głównie dotyczy to relacji z mediami.

Mała dygresja: mam trudne i dość specyficzne relacje z mediami, które są wynikiem moich doświadczeń. Gdy tworzyłam swój poprzedni biznes, oczywiście chciałam dostać się do tak zwanych mediów; chciałam, by głośno o mojej działalności. Niestety, pies z kulawą nogą się nie zainteresował, a ci, którzy reagowali (w dodatku z łaską), kazali sobie słono płacić.

Budując PSC, obiecałam sobie, że prędzej szlag mnie trafi, niż poproszę o możliwość pojawienia się w mediach. Butnie powiedziałam sobie, że to one będą nalegać, bym coś dla nich napisała, gdzieś wystąpiła itp. Jeszcze bardziej butnie stwierdzam, że w szybkim czasie stało się to prawdą – media, które kiedyś kazały mi płacić, po jakimś czasie same zgłosiły się do mnie z ofertami współpracy.

Oczywiście prowadząc biznes, wiem, jakie znaczenie ma pojawienie się w mediach (choć szczerze mówiąc – niewielkie z biznesowego punktu widzenia, ale spore ze względu na tak zwany wizerunek, który wciąż w naszym kraju ma bardzo duże znaczenie), więc nie odmawiam tylko wtedy, gdy ktoś po drugiej stronie respektuje mnie jako twórcę (pisząc „twórca”, mam na myśli kogoś, kto kreuje treści) i kontaktuje się ze mną w odpowiedni sposób, czyli: zna moją markę, wie, czego może oczekiwać z mojej strony, a przede wszystkim – daje mi czas.

Współpracowałam z wieloma dziennikarzami i wiem, że żyją w zwariowanym świecie. Umarłabym, gdybym miała funkcjonować tak, jak oni – szybko, szybko, szybko. Wszystko ma być na już, na teraz. Bawią mnie sytuacje, w których pisze do mnie ktoś, kto wie, że zajmuję się organizacją czasu i ustalaniem priorytetów, a mimo to oczekuje, że rzucę wszystko i napiszę dla niego artykuł na za godzinę (naprawdę – takiego mejla kiedyś dostałam!), tylko dlatego, że jest dziennikarką danego czasopisma.

3. Nie odpowiadam na mejle, z których wynika, że nadawca nie wie, do kogo pisze.

Wiem, że w blogerskim świecie standardem jest zwracanie się do mnie per „Szanowni Państwo” lub – co gorsza – „Szanowny Panie” (serio!) i udowadnianie mi, że promowanie ubezpieczeń, zupek chińskich, płatków śniadaniowych i innych podobnych produktów jest w 100% zgodne z linią tematyczną mojego bloga.

Na szczęście teraz takie mejle odbiera moja asystentka Justyna i grzecznie odpowiada: „Nie, dziękuję”. (Czasami sobie myślę, że po to właśnie Justyna pracuje dla mnie, by grzecznie odpowiadać na takie wiadomości, bo krew się we mnie gotuje, gdy je czytam, i mam ochotę bluzgać na prawo i lewo).

4. Prowadzę tylko jedno biznesowe szkolenie w miesiącu.

Dodam więcej: maksymalnie jedno, bo jeżeli nie poprowadzę żadnego, również nic się nie stanie.

Jest to dla mnie jedna z największych zmian, jakich dokonałam po uruchomieniu PSC. Kiedyś szkoliłam prawie non-stop – i byłam z tego dumna. Trenerzy znani są z tego, że skrupulatnie liczą swoje godziny szkoleniowe (bo liczba przeprowadzonych szkoleń jest miarą ich doświadczenia). Kiedyś też brałam udział w tym wyścigu, skoro dzięki temu zarabiałam. Nawet teraz, gdy duże firmy chcą, bym obniżyła swoją stawkę, jako argument podają fakt, że przecież na szkoleniu pojawi się wiele wpływowych osób, które mogą być zainteresowane organizacją szkoleń w swoich placówkach. Tymczasem ja nie chcę robić szkoleń w ich firmach!

5. Nie udzielam indywidualnych porad.

Ani mejlowo, ani telefonicznie, ani za pośrednictwem Skype’a.

Owszem, kiedyś udzielałam, jednak z biznesowego punktu widzenia okazało się to zupełnie nieekonomiczne, dodatkowo powodowało, że mój czas znowu był wyceniany na godziny, a ja, mając grafik wypełniony rozmowami, nie czułam takiej swobody działania, jaką chciałam czuć.

W swoim biznesie postawiłam na inną formułę świadczenia usług, by mieć pewność, że pomagam i uczę nowych umiejętności, a jednocześnie jestem niezależna w takim zakresie, jakiego oczekuję i jaki lubię mieć w swoim życiu.

Jedyną formą indywidualnych konsultacji są dwudniowe spotkania, obejmujące obserwację i wnikliwą analizę stylu działania danej osoby. Dosyć drogie (liczba z trzema zerami), więc najczęściej decydują się na nie kobiety prowadzące swoje firmy, które zgłaszają się do mnie po pomoc. Oferta tych konsultacji nie została nigdzie udostępniona, nie jest też widoczna, bo nie mam potrzeby jej reklamować.

6. Prowadzę biznes, zarabiam pieniądze – nie wstydzę się tego.

Jest to ogólna zasada, która przyświeca moim działaniom.

Zostałam wychowana przez rodziców, którzy w 1989 roku założyli biznes. Już podczas studiów musiałam zarabiać na swoje utrzymanie. Ba, pracowałam, odkąd pamiętam! Zarabianie pieniędzy nie jest dla mnie żadnym powodem do wstydu. Co więcej – zarabianie dużych pieniędzy nie jest dla mnie powodem do wstydu.

Zarabianie pieniędzy nie jest moim celem. Pieniądze same w sobie nie są mi potrzebne, ale potrzebuję ich, by realizować część swoich marzeń i potrzeb.

Nie wszystko, co robię, jest uzasadnione pieniędzmi (byłoby dziwne, gdyby tak było). Ale biznes to biznes i polega na tym, by zarabiać pieniądze.

Obecnie słowo „pasja” jest odmieniane na wszystkie sposoby (najczęściej właśnie wśród kobiet), ale jakoś brakuje przy nim dodatków w postaci: „pieniądze”, „zysk”, „przychód”, „obrót”, „ZUS”, „podatek”, „VAT” itp. Szlag mnie trafia, gdy kobiety mówią: „Jakoś to będzie”. Owszem, będzie „jakoś”. Jeśli chcesz, by było „jakoś”, to rzeczywiście taki poziom wiedzy wystarczy.

Ja jednak nie chcę, by w moim biznesie było „jakoś”. Chcę, by opłacał moje rachunki, chcę, by opłacał wynagrodzenie osób, które zatrudniam, chcę, by dawał mi poczucie samowystarczalności, chcę, by budował ze świata trochę lepsze miejsce. To wszystko nie jest „jakoś”.

7. Nie spotkam się z Tobą tylko dlatego, że Ty tego chcesz.

W tym punkcie mam na myśli inną kwestię niż udzielanie indywidualnych porad.

Otrzymuję MNÓSTWO mejli od osób, które obserwują mnie ze względu na sposób, w jaki prowadzę swój biznes, buduję swoją markę itp. Co do mnie piszą? Treść mniej więcej w takim stylu:

„Hej, Ola! Obserwuję, jak budujesz swój biznes online. Obecnie jestem w ciąży/na zwolnieniu macierzyńskim/chorobowym/mam wakacje/urlop/mam wolny czas. To jest ten moment. Chciałabym zbudować własny biznes online.

Czy mogłybyśmy spotkać się na kawie i pogadać o tym? Czy podczas takiego spotkania mogłabyś zdradzić mi kilka szczegółów na temat sposobu, w jaki uruchomiłaś swoją działalność?”.

Moja odpowiedź: „????????”.

A potem wiadomość zwrotna: „???????”.

Naprawdę…?

Naprawdę sądzisz, że tak to działa? Naprawdę uważasz, że zbudowałabym biznes, jaki prowadzę, gdybym spotykała się z każdym, kto pisze do mnie podobne mejle?

Jeśli tak, powiem wprost, nawet jeśli wyjdę na bezwzględną sukę i nawet jeśli przeczytają to osoby, które chcą budować biznes online lub właśnie go budują: trudno.

Nie tak buduje się relacje w biznesie online. Nie poprzez proszenie o spotkanie, podczas którego ktoś przekaże Ci wszystko, co wie, wszystko, czego nauczył się w pocie czoła i czemu poświęcił masę czasu!

Nie chodzi o to, że nie chcę dzielić się swoją wiedzą, bo dzielę się nią w takim zakresie, w jakim mogę – nie robię tego indywidualnie i nie zrobię tego tylko dlatego, że o to poprosiłaś.

Czy są osoby, którym w podobnych sytuacjach pomagam indywidualnie? Pewnie! Na dodatek robię to za nic. A w zasadzie nie za nic. Wiesz, za co? Za to, że te osoby zbudowały ze mną relację. A ja weszłam z nimi w tę relację, bo ZANIM zaczęłyśmy współpracować/robić razem biznes/pomagać sobie – poznałyśmy siebie nawzajem i udowodniłyśmy sobie, że chodzi nam o coś więcej niż tylko o biznes. I to poznanie siebie nie było kwestią jednego spotkania przy kawie, ale setkami miniinterakcji, z których żadna nie okazała się założeniem typu: „Budzyńska, skocz ze mną na kawę; ja Cię wypytam o wszystko, co wiesz i co umiesz, ale, oczywiście, nie dam Ci niczego w zamian”.

No i jeszcze jedna, kluczowa sprawa: każda z tych osób robi coś lub uczy czegoś, co w 100% popieram, co sprawdziłam i z czym się zgadzam.

8. Dbam o trójkąt korzyści.

O trójkącie przeczytałam dawno temu u Michała Szafrańskiego; bardzo mi się spodobał. Chodzi o to, by w przypadku każdego rodzaju współpracy związanej z moim blogiem dbać o zadowolenie trzech stron: kogoś, kto chce, żebym zareklamowała produkt lub usługę, moich czytelniczek oraz mnie samej. To są te trzy strony współpracy.

Nawet nie zliczę, ile mejli dostaję na temat tego, „jak to będzie fajnie, gdy zrobię konkurs/napiszę o danym produkcie/dam zniżkę na coś”; „jakie to będzie fajne, bo moje czytelniczki zyskają na tym”.

W odpowiedzi zawsze grzecznie piszę o trójkącie korzyści i pytam, jakie korzyści z takiej współpracy wynikają dla mnie. Niestety, strona oferująca współpracę najczęściej zapomina o mnie, sadząc najwyraźniej, że korzyść dla moich czytelniczek jest wystarczającym argumentem. Nie obrazicie się, Moje Drogie, ale nie jest; według mnie wszystkie strony współpracy muszą być zadowolone.

9. Buduję i rozwijam swoją markę, a nie cudze marki.

Blogerzy są w Polsce postrzegani jako osoby, które niemal dadzą się pokroić za współpracę ze znaną marką. Pewnie dlatego wciąż dostaję wiadomości od agencji zajmujących się markami, które oferują mi fantastyczną współpracę (o której niczego nie mogą powiedzieć), z fantastyczną marką (której nazwy nie mogą zdradzić) i chcą, żebym reklamowała produkt (którego nazwy nie mogą podać). I żebym przesłała swoje warunki, swoją ofertę, swoje zasięgi, a oni łaskawie zdecydują, czy podejmą współpracę.

Nie wiem, jak Wy rozumiecie słowo „współpraca”, ale powyższy opis według mnie nie ma z nią nic wspólnego.

Wychodzę z założenia, że to ja mam stać się znaną marką poprzez promowanie tego, co robię, oraz dzięki sprzedaży swoich produktów. Wiele firm, którym odpisuję w podobnym tonie, rozumie to, dla większości jednak to wciąż czarna magia. Na szczęście wszystko się zmienia, coraz więcej osób prowadzących blog buduje tylko i wyłącznie swoją markę, więc z czasem stanie się to normalne. Obecnie 99,9% takich ofert odrzucam. Na 202 wpisy na blogu bodajże 3 wpisy powstały w ramach współpracy z konkretną marką.

10. Przestrzegam swoich zasad. Nawet gdy kogoś to wkurza.

Swoje zasady stworzyłam po to, by łatwiej mi się pracowało. A także dlatego, że uczę się asertywności (bo wciąż miewam problemy z odmawianiem). Określenie zasad bardzo pomaga w takich sytuacjach, zawłaszcza że ludzie zupełnie inaczej reagują na wypowiedź, która zaczyna się od słów: „Mam taką zasadę, że…”.