Do dziś pamiętam, gdy podczas jednego ze szkoleń zapytałam uczestniczki:

„Po co jesteście w swojej pracy?”

Odpowiedzi miały zanotować na kartkach. Część od razu rzuciła się do zapisywania, część długo zastanawiała, by w końcu również coś napisać. Jedna z kobiet ewidentnie nie miała pojęcia, jakiej odpowiedzi udzielić. Podeszłam do niej i zapytałam, w czym problem i czy mogę jej pomóc.

Spojrzała na mnie i odpowiedziała: „Nie wiem, po co! Jak to – po co? Czy w ogóle musi być jakieś „po co”? Gdy miałam 19 lat, tata powiedział: »Idźże, kobieto, do pracy!«, to poszłam. I tak chodzę od kilka lat. Po prostu!”.

W pierwszej chwili miałam ochotę roześmiać się, podobnie jak większość osób słyszących te słowa, bo wtedy odpowiedź wydawała nam się zabawna. Ale czy na pewno?

Miewam dużo do czynienia z Mamami, które wychodząc do pracy, zostawiają w domu (lub w żłobku, przedszkolu, u niani) swoje zaspane dzieci i odczuwają z tego powodu olbrzymie wyrzuty sumienia. Dzieci mniej lub bardziej rozpaczają, kurczowo trzymając się spodni mamy, i krzyczą: „Ale dlaczego musisz iść do pracy…?! Ale dlaczego…?!”. 99% Mam odpowiada: „Bo muszę zarabiać pieniądze”.

MUSZĘ – ZARABIAĆ – PIENIĄDZE

Najwyraźniej według nich praca tylko do tego służy.

W rezultacie nasze dzieci uczą się od nas, że praca jest czymś, czego nie chcemy, czego nie lubimy i co z chęcią pominęłybyśmy, gdybyśmy tylko mogły otrzymywać pieniądze z innego źródła. Nasze dzieci uczą się od nas, że praca nie jest miejscem, w którym uczmy się, rozwijamy i poznajemy innych ludzi; w którym stawiamy sobie i innym ambitne wyzwania.

Potem nasze dzieci same idą do pracy i oczekują od niej tylko jednego: comiesięcznej wypłaty. Wydaje im się, że normą jest dzień po dniu wykonywanie zajęć, które nie sprawiają radości i nie dostarczają satysfakcji.

Nasze dzieci uczą się od nas, że praca to miejsce, w którym spędzamy osiem godzin. W dobrym tonie jest narzekanie na szefa i marudzenie z powodu zbyt dużej/zbyt małej liczby zadań. Normą bywa niezadowolenie z powodu braku możliwości rozwoju. Normą bywa przykucie do biurka i pisanie na czacie z koleżankami z innych firm o beznadziejnym zakresie obowiązków i braku perspektyw, bo przecież ani firma, ani szef nie zapewniają nam tych perspektyw.

Świat niczego nam nie ułatwia. Nawet jeśli gdzieś głęboko coś w nas krzyczy, że nie tak powinna wyglądać codzienność, że przecież można zdecydować się na fajne, ciekawe i dobrze płatne (!) życie zawodowe, to najrzadszą reakcją świata będzie przyznanie: „Masz rację, szukaj swojego miejsca w życiu”. Większość osób każe Ci być zadowoloną z tego, co masz. Większość osób uzna, że jesteś co najmniej nierozsądna, szukając „przygód”, zamiast cieszyć się posiadaniem stabilnej i bezpiecznej pracy.

Nie ma co ukrywać, że rozwój zawodowy jest dość nowym pojęciem. Wielu osobom i z mojego otoczenia, i ze starszego pokolenia w ogóle nie przychodzi do głowy rozwijać się w pracy. Praca to praca. Dom to dom. Można tak myśleć, tylko czy to fajne życie jest?

Pamiętam czasy, gdy ciągle czułam, że nie jestem w miejscu, w którym chciałam być. Problem polegał na tym, że nie wiedziałam, w jakim miejscu chciałabym być. Nie planowałam przecież w wieku 19 lat założenie biznesu online, podobnie jak nie umiałam stwierdzić, co będzie sprawiało mi zawodową radość i zapewni rozwój. Ba, nie miałam nawet pojęcia, co robić, by realizować się w większym stopniu!

Ale jedno na pewno było niezmienne: gdy zaczynałam odczuwać nudę i brak perspektyw, poszukiwałam dla siebie innych opcji. Czasem były to możliwości wewnątrz samej organizacji – wówczas po prostu szukałam dla siebie innych zajęć. Czasem było to spróbowanie czegoś odmiennego, dotąd niespotykanego. Pamiętam, że najlepszą (jak wtedy mi się wydawało) fuchę złapałam w okresie, gdy byłam w takim dołku finansowym, że musiałam oszczędzać na PKS do Warszawy (na pociąg nie było mnie stać). Na rekrutację jechałam nocnym autobusem, w okolicach 4.00 rano wegetowałam w McDonaldzie, a paznokcie malowałam na przystanku autobusowym. Wszystko po to, by zostać stewardessą arabskich linii lotniczych, latać po całym świecie i mieszkać w najlepszych pięciogwiazdkowych hotelach. Nie dałam sobie wmówić, że bezpieczna praca i brak perspektyw są lepsze od zdobywania doświadczenia, poznawania nowych kultur i zarabiania o wiele lepszych pieniędzy.

Gdy rzucałam swoją bezpieczną pracę konsultantki do spraw funduszy europejskich (wysoka pensja, praca w biurze od poniedziałku do piątku), cały świat (z kilkoma wyjątkami) udowadniał mi, że robię źle, rezygnując z tego, co znane i bezpieczne, i podążając za mrzonkami. Dla mnie jednak najbardziej uwierający był brak perspektyw rozwoju. Co z tego, że mogłam pozyskiwać coraz większe kontrakty dla klientów i zarabiać coraz więcej pieniędzy, skoro nie były to widoki, które chciałam mieć przed sobą?

Bullet journal bez tajemnic. Przewodnik po kreatywnym planowaniu

Nieakceptowanie swojej obecnej sytuacji, przy jednoczesnym nieustannym narzekaniu na nią i nierobieniu niczego, by ją zmienić, jest według mnie najgorszą formą marnowania czasu. Marnujesz czas i swój, i innych (którym pewnie także bez przerwy narzekasz). Marnujesz swój potencjał i swoje możliwości. Marnujesz swoje życie.

Dla wielu osób wymówkami, które pozwalają nie podejmować jakichkolwiek działań, są „trudny rynek pracy” i „brak ofert pracy z perspektywami”. Nie jest to, oczywiście, prawda (a nawet gdyby było – nikt nie zmusza Cię do szukania pracy na stanowisku prezesa; nikt nawet nie każe Ci zmieniać obecnego zajęcia).

Myślę, że największym grzechem, jaki popełniamy, jest niedostrzeganie, że na KAŻDYM stanowisku pracy możemy się rozwijać. Mówię to z pełnym przekonaniem – NA KAŻDYM. Nie ma znaczenia, czy obsługujesz milionowych klientów, czy sprzedajesz frytki w budce z fast foodem; w obydwu miejscach możesz się rozwijać.

Od 10 lat jestem związana z rynkiem szkoleniowym; przeraża mnie, że dla wielu ludzi rozwój jest tożsamy z wzięciem udziału w szkoleniu. To codzienna praca jest najlepszym rozwojem i najlepszą nauką, jakie możemy otrzymać.

Możesz rozwijać się, sprzątając ludziom domy, robiąc ankiety na ulicy, sprawdzając bilety w kinie, ścierając jajecznicę z biurka w recepcji, licząc metry kwadratowe chodników, wykorzystane w trakcie realizowania inwestycji, przekładając komuś arkusze we flipcharcie i wypełniając tabelki. Wiem to na 100%, bo wykonywałam każdą z tych prac. I wiem też, że każde z tych zadań może Cię rozwinąć i czegoś nauczyć, jeśli tylko na to pozwolisz.

Możesz zaryzykować i rozejrzeć się za innym zajęciem, w zupełnie nowej branży, ale możesz też zostać w dotychczasowym miejscu i poszukać… perspektyw. Przecież możesz nauczyć się czegoś, co nie należy do Twoich obowiązków, prawda? Przecież możesz obserwować lepszych do siebie – a być może nawet im pomagać – jeśli tylko nie będziesz im zanadto przeszkadzać. Przecież możesz podglądać, jak Twoja praca wygląda na innych rynkach i w innych dziedzinach. Przecież możesz zastanawiać się, co można byłoby zrobić, czego należałoby się nauczyć i jakie doświadczenie zdobyć, by zarabiać dwa razy (pięć razy, dziesięć razy) więcej niż obecnie zarabiasz.

Chcesz uniknąć przypadłości zwanej bezperspektywizmem? Zamiast biadolić z powodu szefa, Polski, rynku, systemu – podejdź z nastawieniem: „Co ja mogę zrobić, by było inaczej?”. Pierwszym krokiem w tym kierunku będzie sprawdzenie, czy bezperspektywizm w ogóle Ci grozi. Bardziej na wesoło możesz to zrobić w quizie, którą przygotowało Pracuj.pl, a który znajdziesz TUTAJ

Wypełniając quiz, przy okazji poznasz dwie inne “choroby” współczesnego pracownika, czyli tumiwisizm i rutynizm.

Jeśli uznasz, że powinnaś zacząć szukać pracy, najnowsze oferty w Twoim rejonie znajdziesz TUTAJ

Artykuł powstał przy współpracy z portalem Pracuj.pl

Zrob to dziś leadpages

Ola (Pani Swojego Czasu)