Kalendarz, tak jak każdy inny produkt PSC, powstał na Wasze zamówienie. Podobnie powstawały wszystkie moje kursy i planer – domagałyście ich i pisałyście o nich, choć przyznam, że ja również chciałam mieć własny kalendarz.

W zeszłym roku kupiłam sobie (genialny i piękny zresztą) kalendarz Gosi Zimniak, o której mówię, że jest niejako matką chrzestną mojego bloga.

Ten kalendarz wiele razy ratował mi tyłek, gdy potrzebowałam spojrzeć na coś z lotu ptaka i zaplanować różne zadania i projekty albo zobaczyć, jak wyglądają umiejscowione w czasie.

Pomyślałam sobie, że fajnie byłoby w 2017 roku korzystać z własnego kalendarza – to przyjemnie uczucie planować rozwój PSC w kalendarzu PSC 🙂 Postanowiłam więc, że powstanie kalendarz ścienny.

Dzisiaj chciałam Wam trochę o nim napisać – o tym, jak powstawał, jak długo to trwało, jakie błędy popełniłyśmy podczas jego opracowywania i jakie trudności napotkałyśmy.

Napiszę Wam też, jak można z niego korzystać, aby sensownie planować, a tym samym realizować swoje zadania. Czyli kolejne case study PSC.

Jak to się zaczęło, czyli siedem światów z Budzyńską

Pracę nad kalendarzem zaczęłyśmy połowie tego roku. Już kilka miesięcy wcześniej wiedziałyśmy, że powstanie, ale z kopyta ruszyłyśmy w połowie czerwca. My, czyli ja, graficzka Natalia i Prawa Ręka – Justyna. Projektem graficznym (jak obecnie każdym moim) zajęła się, oczywiście, Natalia z Pixels Factory.

Początkowe założenia były takie, że w kalendarzu nie będzie żadnych zdjęć, a jedynie hasła motywacyjne, które miały stanowić ozdobę kalendarza. Po wyborze haseł Natalia zajęła się ich opracowaniem.

Jak zwykle miała ze mną siedem światów, bo co chwilę zmieniałam zdanie na temat wyglądu projektu. Początkowe wersje prezentowały się mniej więcej tak:

kalendarz - pani swojego czasu
Szybka akcja, czyli nie-gęba i zegar

Następnie zabrałyśmy się za okładkę.

Okładka była niejako miniprojektem. Jest to o tyle ciekawe, że z praktycznego punktu widzenia (czyli korzystania z kalendarza w przyszłości) to najmniej przydatny element, używany przez najkrótszy okres, ale ze sprzedażowego punktu widzenia – element kluczowy.

Na okładce chciałyśmy zamieścić zdjęcie. Padały bardzo różne pomysły. Choć konsultowałam to również z Wami, czyli Paniami Swojego Czasu, w naszej grupie FB, nie ułatwiło podjęcia decyzji.

Mimo wielu sugestii, że moja gęba powinna znaleźć się na okładce, jednego byłam pewna: nie chcę tego.

Nie mam nic przeciwko swojej gębie (jeśli jesteś ze mną już trochę, to wiesz, że bynajmniej nie grzeszę skromnością i swoją gębę pcham, gdzie tylko się da), ale do kalendarza mi nie pasowała i już. Gęby w Internecie mogą być, bo znikają, gdy zamknę komputer, kalendarz jednak staje się częścią wystroju mieszkania lub biura. Patrzą na niego inni – członkowie rodziny, koledzy, znajomi itp. Dlatego ta gęba moja w takiej konfiguracji zupełnie by mi nie pasowała.

Jednocześnie chciałam, żeby było oczywiste, że to jest mój kalendarz – kalendarz PSC – dlatego nie zdecydowałabym się ani na anonimowe zdjęcie stockowe, ani nawet na grafikę wykonaną specjalnie dla mnie, która jednak nie miałaby ze mną żadnego związku.

Uznałyśmy, że na okładce będzie zegar, z którym „coś będę robić”. Niezwykle precyzyjne określenie, prawda? No cóż, nie miałyśmy pojęcia, co będę robić z tym zegarem, wiedziałyśmy natomiast na 100% (uff, chociaż to!), jak ma wyglądać sam zegar.

Chciałyśmy, żeby był superprosty i minimalistyczny. Bez ozdobników. I nie plastikowy. Moja Prawa Ręka, Justyna, dostała za zadanie przekopać Internet i znaleźć taki zegar, który nie kosztuje trzy tysiące, ale będzie nam odpowiadał. I znalazła. Tutaj.

Właściciele firmy ze zrozumieniem podeszli do sprawy (że kalendarz do sesji i że potrzebny w zasadzie na już) i dosłali go w trybie ekspresowym.

Zachwyt numer 1, czyli zmiany, zmiany

Już nie pamiętam, jak znalazłam fotografkę Julitę, ale gdy zobaczyłam jej prace, postanowiłam, że chcę, aby właśnie ona wykonała zdjęcia na okładkę.

Julita mnie oczarowała – pracuje szybko i wie, czego chce. Ma niesamowite wyczucie estetyki, a jej zdjęcia są oszałamiająco piękne! Gdy zobaczyłam, w jaki sposób pracuje nad okładką, w ciągu sekundy zmieniłam koncepcję co do zawartości kalendarza: zdjęcia jednak będą!

Natalia była wprost “zachwycona”, gdy dowiedziała się, że poprzednia koncepcja ląduje w koszu, a my zaczynamy od nowa, bo napisy trzeba raz jeszcze zaprojektować, skoro zostaną połączone ze zdjęciami.

(Przy okazji zwróćcie, proszę, uwagę na to, jak ważne w tego rodzaju projektach są bufory czasowe. Gdybyśmy zaplanowały wszystko co do dnia i minuty, nie byłoby szans wdrożyć zmian i musiałybyśmy pracować nad czymś, co nie do końca by nas satysfakcjonowało. Dzięki temu, że założyłyśmy dodatkowy czas, nasze działania nie były obarczone żadnym ryzykiem, że nie zdążymy. No, może Natalia przeżyła trochę stresu, gdy musiała projektować wszystko od nowa).

Dużo miejsca, czyli żegnaj, chaosie!

Wybrałyśmy hasła i zdjęcia, zaakceptowałyśmy nawet ich graficzne połączenie. Nadeszła pora, aby zaprojektować sam kalendarz: ile miejsca przeznaczymy na zdjęcia, a ile na rozpisanie miesiąca; jak duże będą kratki z dniami; ile kart będzie miał kalendarz; lepszym rozwiązaniem będzie 7 kart (wówczas kartki z miesiącami byłyby dwustronne + okładka) i obniżenie ceny czy 13 (każdy miesiąc na osobnej stronie) i droższa opcja?

Ostatecznie stanęło na 13 kartach. Nie z powodu ceny, ale dlatego, że podczas projektowania ciągle sprawdzałam, w jaki sposób korzystam z kalendarza. A korzystam tak, że białe karty często przeznaczam na dodatkowe notatki. Kalendarz wisi w moim biurze i nie jest przymocowany na stałe – zdejmuję go, dopisuję do niego itp., wykorzystując wolne miejsce na odwrocie. Jedną stronę mam zupełnie pustą i czasem staje się tłem dla moich zdjęć.

Do projektu doszła nam czternasta karta, w której jest rozpisany cały 2017 rok, tak aby można było spojrzeć na swoje plany z lotu ptaka.

Lubię patrzeć na swoje plany w perspektywie dłuższej niż trzymiesięczna – dzięki temu widzę obłożenie czasowe i na bieżąco sprawdzam, czy nie powinnam trochę „wyluzować” 🙂

Ważne było dla mnie również to, aby kalendarz nie stał się jedynie ozdobą na ścianie, aby faktycznie był używany. A żeby był używany, musi być praktyczny. A żeby był praktyczny, musi zawierać dużo miejsca na notatki, sprawy i zadania, które zechcemy w nim zapisać.

Dlatego w kalendarzu PSC jest naprawdę sporo miejsca na notatki.

Dodatkowo kalendarz jest przydatny jedynie wtedy, gdy pomaga nam się zorganizować. A organizacji sprzyjają przejrzystość i porządek. Kalendarze pełne zakreśleń, podkreśleń, strzałek i zamazanych spraw nie są praktyczne, ponieważ samo odszukanie informacji i rozszyfrowanie, o co w niej chodzi, zajmuje zbyt dużo czasu.

Zastanawiałam się, jak mogę temu zapobiec w moim kalendarzu. I wymyśliłam, że do każdego egzemplarza będziemy dodawać znaczniki indeksujące.


kalendarz znaczniki

Znaczniki to małe naklejki, na których zapisujesz swoje zadania. Przyklejasz je w danym dniu – i już! Zmienia się dzień wykonania zadania? Przeklejasz naklejkę – i gotowe! Zmiana bez skreślania! A jeśli wszystko ulegnie zmianie, wyrzucasz starą naklejkę i zapisujesz zadania na nowej – dzięki temu w kalendarzu zawsze masz porządek.

Oczywiście znaczniki możesz wykorzystać w inny sposób. Jak? Umówcie się, że każdej osobie w Twojej rodzinie przypiszecie inny kolor znaczników. Ja mam różowy (ofkors!), mąż zielony, jedno dziecko – żółty, a drugie – niebieski. Jedno spojrzenie na kalendarz wystarczy, aby sprawdzić, czy mamy coś do zrobienia!

Wydrukuj i wyślij, panie, kalendarz, bo fajny i ładny, czyli podniesienie poprzeczki

W międzyczasie trwały poszukiwania dwóch firm.

Po pierwsze – drukarni, po drugie – producenta, który zaopatrzy nas w wyżej wspomniane znaczniki indeksujące. Początkowo poszukiwaniami zajęła się Justyna, jednak gdy do zespołu dołączyła Joasia (menedżerka projektu), to ona wzięła na siebie ten obowiązek, tak aby Justyna mogła wykonywać swoje standardowe zadania.

I bardzo dobrze, że tak się stało, bo wkrótce okazało się, że nasze wymagania w stosunku do dostawców rosną jak szalone.

Dlaczego?

Na szeroką skalę przeprowadziłam testy dotyczące rynku kalendarzy i planerów w Polsce. Zamówiłam prawdopodobnie każdy planer, jaki można znaleźć w Internecie – chciałam sprawdzić, jak wygląda proces zamawiania, płacenia oraz tak zwany customer experience (czyli ogólne doświadczenie klienta w kontakcie z daną marką). Myślę, że kiedyś opiszę Wam te testy, w kontekście kalendarza jednak ważne jest to, że na podstawie przesyłek, które zaczęły do mnie spływać, uświadomiłam sobie, że pakowanie produktu ma ogromne znaczenie.

Gdy dostawałam planer po prostu wrzucony w kopertę bąbelkową, czułam się tak sobie. Gdy był przepięknie zapakowany, miałam poczucie, że ktoś o mnie zadbał.

I wtedy poczułam wstyd. Bo my do tej pory w ogóle nie dbałyśmy o opakowanie naszych produktów. Do tej pory były zawijane w papier, folię, karton i wysyłane dalej. Postanowiłyśmy to zmienić.

Zmiana customer experience nie jest prostą sprawą, bo nie chodzi tak naprawdę o papier czy wstążeczkę, lecz przede wszystkim o komfort robienia zakupów. O obsługę klientki i szybkość naszej reakcji. O to, czy klientka na każdym kroku wie, co dzieje się z jej paczką.

W związku z tym zaczęłyśmy działać na wielu frontach jednocześnie.

Po pierwsze – magazynowanie, pakowanie i wysyłanie produktów.

Od dawna nie robiłyśmy tego osobiście, lecz zlecałyśmy firmie zewnętrznej, jednak współpraca nie do końca była dla nas satysfakcjonująca. Postanowiłyśmy zatem zwrócić się do kogoś, kto ma na tym polu ogromne doświadczenie.

A kto ostatnio zapakował tysiące książek i skutecznie przeprowadził ogromną operację logistyczną? Tak jest, Krzysztof Bartnik, który latem zrealizował wysyłkę dziesiątek tysięcy książki Michała Szafrańskiego „Finansowy ninja”.

Również Jason Hunt, z którym rozmawiałam przed jego wylotem do Bangkoku, polecił mi usługi Krzysztofa – korzysta z nich przy wysyłce swoich książek.

Krzysztofowi zupełnie niestraszne są nasze wytyczne co do pakowania naszych produktów, opisane w prezentacji PowerPoint składającej się z 15 slajdów (bo wiecie, niektórzy faceci na widok instrukcji pod tytułem „i wiążemy piękną kokardkę” uciekają, gdzie pieprz rośnie).

Po drugie – tak, właśnie te piękne kokardki.

Zależało nam na tym, aby kalendarz po wyciągnięciu go z opakowania był tak pięknie zapakowany, że od razu można go wręczyć komuś na prezent. Nie ukrywam, że w okresie świątecznym tą usługą będziemy celować w panów (mój tata chyba nigdy nie zapakował żadnego prezentu, zawsze robiłam to za niego). A skoro ma być pięknie zapakowany, to musi mieć piękny papier i piękną wstążeczkę.

Poszukiwania papieru trwały długo. Sprawdzałyśmy cieńsze i grubsze wersje, białe i kolorowe, z nadrukiem i bez nadruku. Ostatecznie idealny papier (o fakturze lnu!) znalazłyśmy w tej samej drukarni, w której drukujemy kalendarze, czyli True Colors. Drukarnię serdecznie Wam polecam; obsługa i jakość wykonania – pierwsza klasa. Ostatecznie zamawiamy u nich nie tylko druk kalendarza i paper, lecz także ołówki PSC oraz bileciki z podziękowaniem za zakup, które od jakiegoś czasu są dodawane do każdego zakupu.

W tym samym miejscu planujemy również zlecać druk notesów PSC i prawdopodobnie pozostałe papierowe produkty, które zdecydujemy się oferować.

ołówek psc

Wstążeczek również przetestowałyśmy mnóstwo (piszę: „przetestowałyśmy”, bo wiele firm wysłało do nas próbki). Zdecydowałyśmy się na satynową wstążkę w kolorze PSC.

zapakowane produkty psc

Testy, testy, testy, czyli bezlitosna PSC

Osobną kwestię stanowi zadbanie o bezpieczną wysyłkę kalendarza. Uwierzcie mi, że to wcale nie jest łatwe przy dość dużym (format A3), a jednocześnie giętkim produkcie! Oczywiście mogłybyśmy przesyłać kalendarz klientkom dokładnie w takiej wersji, w jakiej otrzymujemy go z drukarni (bo z długiej listy potencjalnych drukarni 5 z nich poprosiłyśmy o wydruk próbny), czyli zapakowane w superwielkie i supersztywne kartony, ale byłoby to mało poręczne, a przede wszystkim brzydkie. A ja nie chciałam, żeby było brzydko.

Znalazłyśmy więc firmę, która produkuje koperty na zamówienie i usztywnia je w wybrany przez klienta sposób.

Firma, oczywiście, wysłała nam próbki swoich towarów (w zasadzie już nie współpracujemy z takimi, które nie wysyłają próbek). Rozczulił mnie znaleziony w środku liścik, z którego dowiedziałam się, że czytają i obserwują mój blog. Tylu kopert w tylu rozmiarach w życiu nie dostałam…! 🙂

Muszę przyznać, że dawno się tak nie bawiłam jak podczas testów opakowań do kalendarza, ponieważ każde opakowanie poddałam porządnym testom. Trochę pękało mi przy tym serce, bo do każdego nowego testu musiałam brać nowy kalendarz, który niekiedy się niszczył.

Kopertami rzucałam o ścianę i na podłogę tak, aby spadały na róg (jeśli upadały płasko, zwykle niewiele się działo), deptałam po nich i dawałam do zabawy moim dzieciom (wiadomo, że dzieci to najlepsi testerzy). W końcu znalazłyśmy opakowanie idealne.

koperty

Przesyłka pełna czasu

Ostatecznie została zamówiona indywidualnie zaprojektowana koperta z nadrukowanym napisem, wzmocniona od środka grubą tekturką. Gdy zamówisz kalendarz PSC, otrzymasz taką oto przesyłkę:

 czary z drewna

zdj. Czary z Drewna

Kto by nie chciał dostać przesyłki pełnej czasu, prawda?

Proces zmiany customer experience wciąż trwa, bo właśnie jesteśmy w trakcie zmiany platformy sprzedażowej. Oznacza to zmianę całego naszego systemu do wysyłki newsletterów oraz systemu do fakturowania. Jeszcze dokonasz zakupów na starej platformie, jednak do końca listopada powinno to ulec zmianie.

Nie tylko money, money, money

W moim odczuciu produkt fizyczny to nie jest produkt, którego nadrzędnym celem jest zarabianie. Przynajmniej nie w moim przypadku. I przynajmniej nie na tym etapie mojego rozwoju. Oczywiście nie tworzę swoich produktów za darmo i nie zamierzam sprzedawać ich za darmo. Sprzedaję je i liczę na zysk, jednak nie ma co ukrywać, że gdybym po prostu pakowała je w kopertę bąbelkową, zarobiłabym na nich dużo więcej.

Specjalny papier, wstążeczka, specjalna koperta, nadruk na kopercie, specjalna folia ochronna na kopercie, bilecik z moim podpisem, ołówek jako gratis oraz usługi firmy logistycznej – to wszystko kosztuje. W dodatku niemałe pieniądze.

Moja strategia biznesowa nie opiera się jednak na produktach fizycznych. Być może kiedyś będę sprzedawać setki, tysiące kalendarzy (oby!), ale w tym momencie wystarcza mi sytuacja, w której sprzedaż pokrywa koszty wygenerowane podczas jego tworzenia (w przypadku kalendarza były to: projekt graficzny kalendarza, dwie sesje zdjęciowe, film prezentujący kalendarz, druk kalendarza, papier do pakowania, wstążki do pakowania, koperty do wysyłki, nadruk na kopertach, folie ochronne na koperty, prace na platformie sprzedażowej kalendarza, stworzenie strony WWW kalendarza, zakup znaczników indeksujących, druk bilecików, zakup ołówków PSC, stworzenie rysunkowego e-booka o planowaniu) oraz część kosztów stałych, które ponosimy jako firma (choćby nasze wynagrodzenia).

Na tym etapie rozwoju PSC nie oczekuję jednak, że sprzedaż produktów fizycznych zapewni mi dochody, z których będą mogła się utrzymywać. Podstawą mojego biznesu są wciąż kursy online i to się zapewne jeszcze dłuuugo nie zmieni (a być może nie zmieni się nigdy).

A kalendarz wygląda tak:

 

Jeśli masz jakieś pytania do projektu „Kalendarz PSC”, z chęcią na nie odpowiem. No i mam nadzieję, że już zamówiłaś swój egzemplarz – przedsprzedaż potrwa jeszcze tylko kilka dni.

TUTAJ KUPISZ KALENDARZ W PRZEDSPRZEDAŻY

Jak zapewne wiesz, kalendarz jest produktem z terminem ważności – zamówimy go w takich ilościach, aby nie zostać ze stosem niepotrzebnych egzemplarzy na przyszły rok, więc nie mogę Ci zagwarantować, że 31 grudnia, gdy zaczniesz poszukiwania idealnej wersji, mój produkt będzie jeszcze dostępny 🙂