Ten wpis zdecydowanie powinien być podcastem i być może kiedyś nim będzie. Już nawet wymyśliłam tytuł: „Finanse osobiste a firmowe w biznesie online”, ale obecnie mam pomysł na inny podcast i wkrótce zacznę go nagrywać. Kolejności nie zmienię, a drugiego już teraz nagrać nie mogę, bo ustaliłyśmy inne priorytety w #gangPSC. Tymczasem temat jest palący… Czekaj, czekaj, ktoś gdzieś kiedyś mówił: „Zrobione jest lepsze od doskonałego” (ha, ha). To może zadziałam w tym właśnie stylu i po prostu o tym napiszę.

Dostałam niedawno pytanie w stylu: „Jak to możliwe, że przy bardzo dużych zarobkach żyjesz tak skromnie?”.

Lubię opcję pytań i odpowiedzi na Instagramie. Można się dzięki nim naprawdę dużo dowiedzieć o sobie, ale też o tym, jak inni postrzegają pewne kwestie, które dla Ciebie już dawno są ułożone.
I to pytanie o nasz tryb życia (w sensie naszej rodziny) w odniesieniu do pieniędzy, o których przecież często mówię, piszę i których raczej nie ukrywam, powraca jak bumerang w bardzo różnych odsłonach. Czasami jestem pytana o to, dlaczego tak mało zarabiam (mówiłam kiedyś, że moja pensja wynosi nieco więcej niż średnia krajowa, ale są członkinie #ganguPSC, które zarabiają więcej niż ja), czasami dlaczego nie mieszkam w domu i nie jeżdżę luksusowym samochodem, a czasami dlaczego, do cholery, wciąż śpię pod namiotem i w agroturystyce za 70 zł od osoby, skoro mogłabym w luksusach na Malediwach.

Wyjaśnijmy więc sobie wszystko po kolei:

Po pierwsze: to nie jest artykuł tłumaczący, dlaczego mam tak, a nie inaczej, nie ma też na celu usprawiedliwiania się, że mam tak, a nie inaczej, bo coś tam.
Osobiście mam w nosie, czy akceptujecie moje „tak czy inaczej”, i – szczerze mówiąc – w nosie mam również Wasze „tak czy inaczej”. Każdy ma prawo mieć, jak chce, lubić, co chce, zarabiać pieniądze i wydawać je również jak chce, pod warunkiem że działa legalnie, płaci podatki itp. 🙂
Piszę ten artykuł, ponieważ z racji tego, czym się zajmuję, trafia do mnie OGROM kobiet, które albo zakładają własną działalność, albo chciałyby ją założyć bądź już to zrobiły i, kurna paka, niezbyt dobrze im się w tej firmie wiedzie. I gdy z nimi rozmawiam, pytam i poznaję sytuację, to widzę, że kwestia finansów to coś, co w tych firmach LEŻY I KWICZY. To nawet nie jest coś, co jest robione kiepsko. To obszar, którego generalnie nie ma. O którym się nie myśli, któremu nie ustala się strategii, planów, którego się nie monitoruje, nie rozlicza. Do pewnego stopnia to rozumiem, bo to zwyczajnie kwestia systemu edukacji. Jego twórcy najwyraźniej uważają, że uczenie dzieci w szkole obliczania podatku to już jest szczyt przedsiębiorczości.
Ten artykuł jest po to, żeby pokazać MOJE podejście do finansów w firmie. Skutkuje ono tym, że żyjemy tak „skromnie” (w opinii autorki pytania), a mój „skromny” sposób życia to wynik tego, że tak, a nie inaczej patrzę na finanse firmowe.

Po drugie: nie mam żadnego problemu z pytaniem o pieniądze. Wiele osób pisze mi, że to skandal, że ktoś tam komuś zagląda do portfela i o to pyta, jak tak w ogóle można itp. Rozumiem, że gdyby ktoś był ciekaw, ile wydaję na majtki, zabawki dla dzieci albo jedzenie dla psa, to jeszcze można by to potraktować jako wścibstwo (choć ja bym tego tak nie potraktowała), ale – helloł – skoro prowadzę podcast o tym, jak wygląda biznes od środka, często dzielę się swoimi wynikami, w tym finansowymi, i napisałam dwa e-booki o biznesie online, to jest dla mnie OCZYWISTE, że temat pieniędzy jest dla ludzi interesujący! Co więcej – bardzo dobrze, że jest! Interesowanie się tym, jak i na czym zarabiają inne firmy, jakie mają stawki, marże, wynagrodzenia itp., to zdrowy objaw myślenia o biznesie.

Jeśli jeszcze jakimś cudem tego nie wiecie, to ja Was może uświadomię i powiem Wam, że w dobie mediów społecznościowych naprawdę nie jest problemem mieć konto, które sprawia wrażenie, że zarabia miliony, a w rzeczywistości nie zarabia nic.
Zakładanie firmy jest dla mnie nieodłącznie związane z badaniem rynku, sprawdzaniem, jak to wygląda u innych, i orientowaniem się po prostu! Ja takie pytania nie tylko rozumiem, ale nawet doceniam! Tym bardziej jeśli są one dla mnie pretekstem do takiej „akcji edukacyjnej” jak ta :). Dla mnie temat pieniędzy nie jest tabu 😊.

Po trzecie – przechodzimy do sedna, walimy z grubej rury i nie będziemy owijać w bawełnę: pierwszą i najważniejszą rzeczą, jaką powinnaś zapamiętać z lekcji przedsiębiorczości i prowadzenia własnej firmy, jest ta:

‼️Pieniądze Twojej firmy NIE są Twoimi pieniędzmi‼️

Hej, i wcale nie chodzi mi tutaj o to, że obrót nie równa się dochód, choć oczywiście się nie równa i trzeba o tym pamiętać. 1000 zł, które wpłynie na Twoje konto za usługę, którą wykonałaś, tak naprawdę nie jest 1000 zł dla Twojej firmy. Jeśli jesteś VAT-owcem, to 23% z tego z automatu pójdzie do urzędu skarbowego. To prawie 1/5 tego, co dostałaś! Potem zapłacisz podatek i ZUS. Do tego dochodzą koszty materiałów, wynagrodzenie pracowników, systemy, z których korzystasz, media, no i Twój czas. Po prostu koszty. Jest ich milion. Wszystko to będzie niejako odjęte od tego, co dostałaś od klienta.

Ale mnie wciąż nie o to chodzi! Mnie chodzi o to, że cała reszta, która zostanie, wciąż nie jest Twoim pieniądzem. Jest pieniądzem Twojej firmy! Oczywiście – helloł – to jest TYLKO moje zdanie, a Ty masz prawo mieć swoje i inne! 🙂

Moja firma zarabia faktycznie bardzo dużo (nietrudno policzyć, jaki jest przychód ze sprzedaży 1800 pakietów Klubu PSC, z których każdy kosztował ponad 300 zł). Nawet jeśli odejmiemy od tego 23% VAT-u i podatek liniowy, które za drugi kwartał wynosiły u mnie ponad 300 tys. zł, i wszystkie dodatkowe koszty prowadzenia biznesu, których jest masa, to wciąż mamy z tego bardzo wysoki dochód!

Ale to nie oznacza, że te pieniądze są przeze mnie przeznaczane na konsumpcję!

‼️Finanse firmowe i prywatne powinny być rozdzielone‼️

Jak to wygląda w praktyce? Tak, że wysokość mojej pensji jest z góry ustalona i co miesiąc przelewam sobie (a w zasadzie mam stałe zlecenie, bo nie chciałoby mi się tego ciągle robić) konkretną kwotę.

Wypłacam sobie pensję dokładnie tak jak moim pracownikom! Plus co miesiąc, dokładnie tak jak #gangPSC, dostaję procent od sprzedaży, który jest moją premią, bo zasadę mamy taką, że każda z nas zarabia więcej, jeśli PSC zarabia więcej. Ciekawostką jest to, że moja pensja jest niższa niż niektórych członkiń #ganguPSC.

Ale cała reszta finansów zostaje w firmie na opłaty, na inwestycje, na czarną godzinę, na gorszy okres, na zatowarowanie, na kryzys, na eksperymenty (niektóre produkty są bardzo kosztowne w tworzeniu, a potem się na nich nie zarabia), na podatki, na koszty, na pensje dla pracowników, na wyjazdy całego gangu, na szkolenia itp.

Przy czym, żeby było jasne, formalnie moja firma jest wciąż jednoosobową działalnością gospodarczą i jako taka nie musi mieć dokonanego podziału na finanse prywatne i firmowe. Polskie prawo pozwala mieć jeden rachunek firmowy na DG i załatwiać z niego wszystko wspólnie. Ale to powoduje bałagan, żeby nie powiedzieć burdel, w którym trudno się odnaleźć i sprawdzić, czy Twoja firma jest faktycznie dochodowa, jak dużą poduszkę finansową masz, ile możesz inwestować, ile zaoszczędzić, a ile wydać na szaleństwa (firmowe oczywiście!).

Po czwarte: pamiętajcie, że „skromnie” to pojęcie subiektywne i każda z nas rozumie je inaczej. Moje „skromnie” dla Ciebie może oznaczać rozrzutność, a dla innej osoby sknerstwo. Nie ma jednej uniwersalnej definicji „skromnego życia”.

Nie oszczędzam na ubraniach (helloł – ubrania od Kamińskiej do tanich nie należą) i cieszę się, że mam je w dobrej jakości. Nie oszczędzam na jedzeniu i na wiedzy, którą zdobywam. Za szkolenia online, w których wielokrotnie uczestniczyłam, prawie zawsze płaciłam od 8 do 10 tys. zł za szkolenie. Zdarzyło mi się zapłacić 12 tys. zł za jeden dzień konsultacji biznesowej (notabene dotyczyła ona finansów firmowych). W życiu prywatnym nie oszczędzam też na książkach, kolorowych skarpetkach i na rowerach! A reszta? Zwyczajnie nie jest mi potrzebna do szczęśliwego życia.

Nie potrzebuję wielkiego domu (mieszkamy w zwykłym mieszkaniu), nie potrzebuję super hiper wystroju (jest mi to absolutnie obojętne), luksusowego samochodu (w ogóle mnie to nie rajcuje, i tak przeważnie po mieście jeżdżę hulajnogą lub tramwajem albo chodzę na piechotę – samochodu używamy głównie podczas wyjazdów wakacyjnych), a na wakacjach lubimy spać pod namiotem lub jeździć do agroturystyki za 70 zł za noc od osoby. Szczerze mówiąc, nie dlatego, że jesteśmy sknerami i zakładamy, że za drożej nie pojedziemy. Raczej dlatego, że po prostu takie wakacje lubimy i więcej nam nie potrzeba do szczęścia :).