Jak zapewne wiedzą te z Was, które są na bieżąco z planem dnia Pani Swojego Czasu na Instagramie, na początku listopada wyprowadziłam się z pracą z domu i wprowadziłam się do biura. U niejednej z Was mogło to wywołać spore zdziwienie, bo przecież cały czas powtarzam, że nie mam problemu z pracą w domu. A tu nagle przeprowadzka. Jak to? Dlaczego? Po co? No i przede wszystkim – czy warto było???

Dlatego mniej więcej po miesiącu od przeprowadzki postanowiłam odpowiedzieć na te pytania i pokazać Wam, dlaczego to zrobiłam, co mi to dało, jakie są plusy, a jakie minusy tego rozwiązania.

Zacznijmy może od tego, że… nie musiałam tego robić. Naprawdę. W zasadzie to nie była konieczność, tylko fanaberia, ale jej rezultaty onieśmielają nawet mnie samą (ale o tym za chwilę).

Zwykle osoby prowadzące własne firmy (szczególnie kobiety) chciałyby wynieść się z pracą z domu bo:

  • trudno im skupić się na pracy, kiedy przebywają w domu;
  • trudno im odciąć się od pracy, bo skoro pracują w domu to jednocześnie ciągle są w pracy;
  • trudno im wygospodarować (na przykład w małym mieszkaniu) miejsce wyłącznie na swoją pracę, co skutkuje tym, że praca wala się po całym domu;
  • trudno im „oderwać” oczy od tych wszystkich zadań, które czekają na nas w domu (garów, kurzu, prania, które tylko „na nas czekają”);
  • trudno powiedzieć innym, żeby spadali na drzewo i że nie, nie mogą do nas wpaść „na chwilkę”, „pożyczyć cukier”, „na kawę”, „pogadać” itp. Szczególnie rodzina z trudem znosi te odpowiedzi, bo przecież „skoro siedzisz w domu, nic się nie stanie, gdy wpadnę”.

Większości tych problemów nie miałam, a przynajmniej tak mi się wydawało (ale o tym też za chwilę). Pranie zawsze czekało na swoją kolej po pracy, jeden pokój wygospodarowałam tylko na sprawy biznesowe, poza tym nikt nie śmiał do mnie wpaść bez zapowiedzi (wyjątkiem jest teściowa, która ma swój klucz, ale nawet gdy przychodziła w czasie pracy, ja pracowałam, ona robiła swoje – w sumie nie wiem co, ale na pewno mi nie przeszkadzała). Teoretycznie wszystko było OK.

PSC prowadzę już ponad 4 lata. Firma rozrasta się w olbrzymi sposób (serio, nie przewidziałam, że tak szybko się to zadzieje). PSC stała się rozpoznawalna, a ja zauważyłam, że… zaczyna mi doskwierać fakt, że moje życie prywatne jest tak mocno splątane z zawodowym. Choćby na Instagramie. Gdy człowiek przyjrzy się uważniej i z lotu ptaka, wyjdzie na to, że pokazuję… wszystko. Życie prywatne, suszące się gacie, mieszkanie, dzieci, czas wolny, rodzinę… A przecież i tak byłam restrykcyjna w tej kwestii, bo dzieci nie pokazuję, mieszkania (na zasadzie: „Tak wygląda moja kuchnia, a tak sypialnia”) również. Mimo to czułam, że coś za dużo tej prywaty widać i – mówiąc wprost – chciałabym oddzielić to, co moje i tylko moje, od tego, co jest na pokaz.

Dodatkowo wyraźnie poczułam, że robienie tego, do czego się zobowiązałam, czasami staje się trudne, gdy obok toczy się zwyczajne życie rodzinne.

Gdy pokłócę z mężem o 9.50 w poniedziałek, trudno mi prowadzić #kawęzbudzyńską, bo wciąż tkwię w prywatnych relacjach, nie zawodowych.

Gdy wydrę na dzieci (tak, bywa, że wydzieram na dzieci, z czego bynajmniej nie jestem dumna), to trudno mi ochłonąć i prowadzić webinar. Albo napisać artykuł. Albo robić sprzedaż. Albo cokolwiek innego.

I choć całą sobą i całym sercem jestem za tym, żeby być autentyczną w tym, co się robi, jednocześnie mocno mam wpojone profesjonalne podejście do biznesu. Profesjonalne, czyli takie, w którym pewne zobowiązania muszę zrealizować (klientka zapłaciła i w zasadzie może mieć w nosie to, jak czuję się dzisiaj i czy mam ochotę).

Wiecie, chodzi mi o takie sytuacje: gdy jesteśmy w samolocie, oczekujemy od stewardessy określonego zachowania (wiem, bo byłam stewardessą), nie jęczenia, zawodzenia i łez wylewanych do filiżanki z naszą kawą, bo akurat ma gorszy dzień.

Dodatkowo w grę wchodziły typowo logistyczne problemy.

Na przykład gdy chciałam pokazać wszystkie produkty PSC, które obecnie mamy w sklepie (a jest ich prawie 100!!!), musiałam rozkładać je w salonie (bo tylko tam było miejsce), a później zbierać, bo dzieci przejęłyby nad nimi panowanie. I tak w koło Macieju. Dzisiaj mam po prostu specjalny kąt, w którym leżą wszystkie produkty; wykorzystuję je wtedy, kiedy potrzebuję, i nikomu to nie przeszkadza.

Gdy chciałam kręcić filmy do kursu (bo płacę za dzień roboczy filmowania), względny spokój miałam tylko przez pół dnia. Później logistyczna ruletka: mąż wraca z pracy, dzieci wracają ze szkoły i chcą zobaczyć, co mama robi. „A co to jest?”, „A dlaczego tu są kamery?”, „A czy ja mogę też coś powiedzieć?”. Jasne, to jest słodkie, ale mało efektywne, bo powoduje, że z jednego dnia robią się dwa dni. A skoro jesteśmy w moim domu, to cały sprzęt (a jest go masa) trzeba złożyć i jutro rano ponownie rozłożyć. I cała zabawa zaczyna się od nowa. W biurze takiego problemu nie ma!

Gdy chciałam zaprosić kogoś do Pani Swojego Czasu – na konsultację, na kawę, na rozmowę – musieliśmy przechodzić przez mój prywatny przedpokój i pić kawę w mojej prywatnej kuchni. A – mówiąc wprost – nie każdego chciałam tam zapraszać!!!

Tak naprawdę myśl o przeprowadzce i potrzeba przeprowadzki towarzyszyły mi od wiosny 2018 roku. Od czasu do czasu bez żadnej presji sprawdzałam rynek wynajmu mieszkań i biur w Krakowie. I zawsze szybko uciekałam, bo mocno odrzucała mnie brzydota wszystkiego, co oglądałam.

Musicie wiedzieć, że miałam bardzo wysokie wymagania co do ewentualnego lokalu:

  • musiał znajdować się blisko szkoły mojego syna, abym szybko mogła do niej dotrzeć na wypadek trudnej sytuacji związanej z jego chorobą;
  • musiał być jasny, ciepły i mieć duże okna (nie znoszę ciemnych i niskich pomieszczeń!);
  • musiał mieć klimat (gdybym miała pracować w pomieszczeniu o powierzchni 20 metrów kwadratowych i dzielić tę samą smutną łazienkę i tę samą ciemną kuchnię z innymi, to wolałabym strzelić sobie w łeb);
  • musiał być mieszkaniem albo wyglądać jak mieszkanie (chciałam czuć się w nim tak dobrze jak w swoim mieszkaniu; miał być przytulny, przestronny i ładny!!!);
  • musiał być cichy (to akurat oczywiste, bo ciągle coś nagrywam – podcasty, audio do kursów online, audiobooki, więc muszę mieć ciche mieszkanie! Odpadają okolice z budowami dokoła i dużym ruchem samochodowym)

Szukałam, ale niczego nie znajdowałam. Najbardziej mnie dziwiło, że niełatwo znaleźć… puste mieszkanie. Wszystkie mieszkania na wynajem w zasadzie były umeblowane, a właściciele bardzo niechętni, aby pozbywać się mebli. A mnie się te meble wcale nie podobały i nie zamierzałam się nimi otaczać!

Gdy byłam studentką, większość mieszkań do wynajęcia nie była umeblowana. Najwyraźniej czasy się zmieniły. 🙂

W pewien poniedziałek pomyślałam: „A, sprawdzę, co tam się dzieje w wynajmie”. I znalazłam! Znalazłam moje biuro! Od razu mi się spodobało, bo spełniało większość moich oczekiwań!

Biuro znalazłam w poniedziałek, we wtorek zadzwoniłam, w środę umówiłam się na oglądanie, w piątek podpisałam umowę. Od środy do piątku, czyli w czasie gdy zastanawiałam się, jaką decyzję podjąć, chodziłam jak struta. Nie znoszę tak długo podejmować decyzji!!! Tak, 2 dni to dla mnie za długo!

W piątek podpisałam umowę, we wtorek zaczęłam przeprowadzkę, w czwartek moi synowie pomagali mi skręcać meble w nowym biurze.

Tak obecnie wygląda moje biuro. Ma 50 metrów kwadratowych „po podłodze” i 36 metrów użytkowych (czy jak to się tam nazywa).

Zorganizowałam sobie osobny kąt do pracy (dwa duże stoły), osobny kącik kawowy, gdy ktoś do mnie przyjdzie, pod oknem stanie fotel (czyli zrobię kącik czytelniczy), mam też kanapę (czyli kącik do leżakowania),a nawet łóżko, jeżeli poczuję się bardzo zmęczona. 🙂

 

OK, teraz w skrócie przedstawię Wam plusy posiadania swojego biura.

PLUSY POSIADANIA WŁASNEGO BIURA

1. Totalne oddzielenie pracy od domu.

Wcześniej pisałam, że nie mam z tym problemu (a przynajmniej tak mi się wydawało). Teraz widzę, że wcale nie było tak różowo. Wciąż ta granica była płynna.

Dzisiaj mam wyraźny podział: czas na pracę i czas poza pracą, oddzielany porannym wyjściem do biura (wychodzę o 7.30, gdy moje dzieci idą do szkoły) i powrotem do domu o 15.00. Zauważyłam nawet, że po wejściu do domu zostawiam telefon w dawnym gabinecie (teraz stoją tam rowery) i nic już z nim nie robię. Telefon, komputer i tablet stały się przedmiotami totalnie zawodowym, które kojarzę z pracą i których nie używam popołudniami.

2. Spacery.

Nigdy w życiu nie spacerowałam tyle, ile obecnie spaceruję. Codziennie robię prawie 10 000 kroków, bo do pracy idę spacerkiem i z pracy też wracam spacerkiem (tak, w Krakowie to czasami wątpliwa przyjemność, bo idziesz w smogu, ale trudno – zakładam maskę antysmogową i jadę z tym koksem; jakież adekwatne określenie, prawda?). Te spacery są dla mnie błogosławieństwem. Nawet jeśli rano były nerwy w domu, spacer pomaga mi się od nich odciąć. Dokładnie tak samo jest w drodze powrotnej: nawet jeśli w robocie zaistniałą jakaś trudna sytuacja, spacer mi pomaga i do domu wracam z zupełnie inną energią.

3. Wolne weekendy.

Ponieważ w weekendy nie chodzę do biura, siłą rzeczy weekendy stały się… wolne. OK, od bardzo dawna nie pracowałam w weekendy, ale jednak jakieś InstaStory wrzucałam. Teraz jestem offline niemal przez cały weekend. Na 100% taki, który spędzam w domu, z rodziną.

4. W każdej chwili mogę zaprosić kogoś do… biura.
Nie muszę się zastanawiać, kto jest w domu i co ewentualnie zobaczy mój gość.

5. Swoje biuro mogę urządzić dokładnie tak, jak chcę!!!

Bo to tylko moje miejsce. Nie ukrywajmy, bo w domu idziemy na kompromisy, szczególnie gdy twoim mężem jest tak uparty osobnik jak Mister B, który ma więcej rowerów niż gaci! Moje biuro jest tylko moje. Tutaj mogę panować niepodzielnie, co niniejszym czynię, na przykład przez znoszenie kosmicznych ilości kwiatów (które, o dziwo, rosną jak szalone, chociaż w moim domu nigdy rosnąć nie chciały).

6. Mam mnóstwo miejsca na powieszenie…

PLANERA ROCZNEGO, w którym planujemy wszystkie projekty PSC i który jest suchościeralny (a w związku z tym idealny do umieszczania w nim zmiennych zadań i terminów), oraz ŚCIANERA PEŁNEGO CZASU, czyli uniwersalnego kalendarza, w którym projekty rozpisuję na zadania i który zawsze mam na widoku! Planer i ścianer są w sklepie i spokojnie możecie je kupić.

MINUSY POSIADANIA WŁASNEGO BIURA

1. Nie mam jedzenia.

Gdy pracowałam w domu i robiłam się głodna, po prostu wstawałam i gotowałam albo przygotowywałam sobie coś do jedzenia. W biurze mam kuchnię, lodówkę i pełne wyposażenie (garnki, sztućce, talerze), ale jakoś nie chce mi się tu gotować. Pod tym względem zachowuję się jak typowy korpoludek: zjem to, co przyniosę z domu, albo to, co sobie kupię. Zdecydowanie wolę przynosić z domu, bo nie lubię kupowanego żarcia.

2. Nie ma kuriera Bogdana.

Śmiejcie się, ale dobry kurier to skarb!!! Wysyłkę paczek zawsze zamawiałam w jednej firmie (nie napiszę jakiej, bo sama firma jest do kitu, ale kurier Bogdan to skarb – zawsze mogłam na niego liczyć. Był szybki, miły, komunikatywny i dało się z nim dogadać. No jak nie kurier normalnie!). Tutaj, w nowym biurze, Bogdana nie ma, bo to nie jego rewir. Tutaj mam kurierów, którzy pukają do moich drzwi z żądzą mordu w oczach (mieszkam na czwartym piętrze). Inni nawet nie wchodzą; gdy słyszą, ze mają wejść na czwarte piętro, wrzucają do skrzynki info, że mnie nie było. A przecież byłam.

3. Trzeba wyjść z domu.

Ubrać się. Niekoniecznie umalować i uczesać, ale ubrać, bo trudno wyjść w piżamie. Wybrałam możliwie najgorszy czas na wyprowadzkę z domu – listopad! Zimno, ciemno i ponuro, a ja codziennie rano zapingalam do biura! Z drugiej strony listopad tego roku był więcej niż łaskawy i to moje zapingalanie odbywało się w pięknych okolicznościach przyrody.

4. Dodatkowy koszt.

W moim wypadku w niewielkim stopniu uzasadniony, bo w biurze nie odbywa się sprzedaż. Ktoś, kto sam pakuje i sprzedaje swoje produkty, potrzebuje miejsca. My pakowanie i wysyłkę produktów zlecamy magazynowi pod Lublinem, więc ta opcja odpada jako uzasadnienie, a koszty pozostają.

5. Bałagan.

Tak, wiem, ja zwracam uwagę na bałagan…! Przyznaję, że w ogóle o tym nie pomyślałam. Gdy bałaganiłam w domowym biurze (a nawet nie tylko w biurze, lecz także w kuchni podczas przygotowywania sobie jedzenia), to… po pracy sprzątałam. A teraz po pracy… wracam do domu, a bałagan w biurze zostaje (w kuchni czasem na dłużej, bo jedynie zapraszanie od czasu do czasu kogoś na kawę motywuje mnie na tyle, żeby zaprowadzić tam jako taki porządek).

To tyle, jeśli chodzi o moje biuro.