Olu, skąd Ci się wziął pomysł na właśnie takie, a nie inne prowadzenie zespołu? Jesteś taką szefową, o której chyba każda z nas marzy. Potrafisz docenić pracę gangsterek. Pomysł na workation jest fantastyczny, sprzyja i kreatywności i integracji <3 Wielokrotnie mówiłaś też, że gangsterki mają płacone premie. Po waszym zespole widać, że wszyscy czują się w pracy fantastycznie. Aż chce się pracować. Czy ktoś Cię nauczył takiego podejścia? Czy sama miałaś takie dobre środowisko w jednej ze swoich prac? Czy podpatrzyłaś taki model u kogoś? Bardzo jestem ciekawa

Nasze wyjazdy w ramach #gangPSC nie pozostają niezauważone.

Przed chwilą do Izraela, pół roku temu na Sycylię – gang wyjeżdża na cały tydzień i cholera wie, co tam robi. Obserwując Wasze reakcje, komentarze i pytania, widzę, że ten sposób pracy, który wprowadziłam do #ganguPSC, wzbudza zaciekawienie, a czasem i zazdrość. I w sumie się nie dziwię – sama nie znam żadnego innego pracodawcy, który zabierałby swój zespół na tygodniowe wakacje połączone z pracą w miejscu oddalonym, ciepłym i pięknym.

Prawda jest taka, że nie jesteśmy tu ani w 100% na wakacjach (jak niektóre z Was myślą), ani w 100% w pracy. Jesteśmy na #workation i zaraz Wam wyjaśnię, o co chodzi.
W tym wpisie chcę Wam też pokazać trochę kulis działania zespołowego i dogadywania się już w nieco większej grupie (w #ganguPSC jest nas siedem, tutaj, w Izraelu, było nas sześć). Chcę Wam pokazać, jak planujemy taką pracę, jak ją organizujemy i co robimy, że wychodzi to, co ma wyjść (a nie kończy się na przesiadywaniu całymi dniami na plaży).

Zacznijmy więc od początku. Po pierwsze samo hasło: #WORKATION – określenie będące połączeniem słów WORK i VACATION – oznacza po prostu, że jedziesz gdzieś w superfajne i ciekawe (albo ładne) miejsce i część dnia przeznaczasz na pracę, a część na wakacje.
Praca niekoniecznie musi się odbywać w standardowych godzinach (czyli powiedzmy 9.00–17.00), a wakacje wieczorem, może być zupełnie odwrotnie (i w naszym przypadku tak właśnie jest): chwila pracy rano, potem korzystanie ze słońca i pięknej pogody, po południu znowu trochę obowiązków, a wieczorem ponowne wyjście na miasto. Ale może być też zupełnie inaczej, bo każdy przecież ustawia sobie to jak tylko mu się podoba.

OD CZEGO SIĘ ZACZĘŁO?

No cóż, jak wszystko u PSC – zaczęło się od małych kroków i jeśli myślicie, że ja kiedykolwiek sądziłam, że zabiorę na tydzień sześcioosobowy zespół do Izraela (który jest horrendalnie drogi swoją drogą), to się bardzo mylicie.

WROCŁAW 2017

Pierwszy zjazd gangu, składającego się wówczas tylko ze mnie, Joasi (menadżerki projektów) i Justyny (która wtedy działała jako wirtualna asystentka) odbył się 24-26 sierpnia 2017 we Wrocławiu.
Sprawa z tym wyjazdem była poważna, bo to było nasze pierwsze dłuższe spotkanie (przypominam: #gangPSC w większości, poza mną i Sarą, pracuje zdalnie i każda z dziewczyn mieszka w innym miejscu w Polsce). Nie mamy więc tak naprawdę pewności, że się polubimy, dogadamy i generalnie będziemy chciały ze sobą spędzać czas poza tym przeznaczonym stricte na pracę.

W czasie tegorocznego #workation w Izraelu wspominałyśmy z Asią tamte czasy i uderzyło nas, jak mało wtedy miałyśmy do roboty; jak bardzo PSC dopiero początkowała!; jak mało miałyśmy produktów i projektów! Tamto spotkanie praktycznie w 100% miało charakter towarzyski!

Na zdjęciach z tego wyjazdu zobaczycie, że było nas więcej – zaprosiłyśmy naszą ówczesną graficzkę – Natalię (która w tym momencie robi dla nas notatki wizualne z webinarów) oraz korektorkę Elę (z którą już nie współpracujemy). Jednak dziewczyny współpracowały z nami na innych zasadach (nie na wyłączność) i po tym wyjeździe doszłyśmy do wniosku, że wyjazdy gangu będą obejmowały wyłącznie te osoby, które są częścią gangu w 100%, to znaczy pracują tylko i wyłącznie dla nas, a nie na zasadzie freelancingu czy podwykonawstwa (zresztą gdyby było inaczej, dzisiaj musiałabym zabrać ze sobą kilkadziesiąt osób, bo tylu mniej więcej mamy różnych podwykonawców i freelancerów, z którymi współpracujemy).

MIELNO 2018

Nasze drugie spotkanie odbyło się 18-21 czerwca 2018 roku w Mielnie. Czemu akurat tam? Bo siedzenie we wrocławskim apartamencie i bycie zamkniętymi w czterech ścianach nie wydawało mi się szczególnie interesujące, więc postanowiłam poszukać czegoś fajnego.
Znalazłam świetne domki na wodzie właśnie w Mielnie, które w sezonie jest oczywiście jakimś koszmarnym miejscem zalanym dziką falą turystów, natomiast na początku czerwca jest tam cicho i spokojnie.

Tym razem nasz pobyt był nieco dłuższy i trwał od czwartku do niedzieli. Program tego spotkania był mocno napakowany merytorycznie i właśnie wtedy wyklarowało się to, do czego takie wyjazdy mają nam służyć: mianowicie do pracy koncepcyjnej, obmyślania strategii, generowania burzy mózgów, przegadywania miliona rzeczy, na które w normalnej pracy nigdy nie ma czasu, tworzenia celów długoterminowych i planów podboju świata.

Wszystko to robiłyśmy, leżąc na materacach na tarasie naszego pływającego domku i co jakiś czas smarując się kremem z filtrem. W wolnych chwilach pływałyśmy łódką i rowerkiem wodnym (obydwie czynności szły nam bardzo kiepsko) i spacerowałyśmy nad morzem. Wtedy też zobaczyłyśmy, że nasza Justyna nie ma ani grama cellulitu, i stworzyłyśmy obowiązkowe kryterium rekrutacyjne dla ewentualnych przyszłych kandydatek do #ganguPSC (o których tak naprawdę wtedy jeszcze nie myślałyśmy, bo nie sądziłyśmy, że PSC się aż tak bardzo rozwinie) – mianowicie posiadanie cellulitu. To oczywiście taki mały żart, aczkolwiek doceniam, gdy w obecnych rekrutacjach kandydatki pamiętają o takich drobiazgach i mówią, że cellulit u nich obecny :).

SYCYLIA 2019

Trzecie #workation #ganguPSC odbyło się na… Sycylii, trwało dokładnie tydzień i byłyśmy tam w pięć osób (ja, Joasia, Justyna, Natalia – Bogini Cierpliwości obsługująca klientów – oraz Sara – asystentka #ganguPSC).
Gdy rezerwowałam miejsce, w styczniu 2019 roku, byłyśmy w zespole wciąż tylko trzy, ale w lutym dołączyła do nas Natalia, a w maju Sara i było dla mnie zupełnie oczywiste (choć wiem, że niektórzy się temu dziwili), że dziewczyny w tym wyjeździe także wezmą udział. Pamiętam, jak Sara mówiła mi, że jej otoczenie absolutnie nie mogło uwierzyć, że po trzech tygodniach od zatrudnienia na stanowisku asystentki #ganguPSC zabieramy ją na tydzień na Sycylię. No cóż – dla mnie to zupełnie normalne – zespół to zespół i nie dzieli się go na lepszy czy gorszy, o takim czy siakim stażu. Już nie mówiąc o tym, że dziewczyny zaraz na początku swojego zatrudnienia miały możliwość poznania nas lepiej, a my ich – z każdej możliwej strony. Bo plusem (ale też minusem) takich wyjazdów jest to, że przez tydzień ciągłego przebywania w swoim towarzystwie z ludzi wychodzi prawdziwa natura.
Nie jest to absolutnie celem naszych wyjazdów, ale na takich spotkaniach, podróżach, zwiedzaniu, wspólnej pracy i rozmowach w cudowny sposób widać, jak kto działa, pracuje, komunikuje się, jaki ma charakter i styl bycia!

Często pytacie, w jaki sposób decydujemy, w które miejsce pojedziemy. Myślę, że można to pięknie pokazać właśnie na przykładzie Sycylii. Otóż najczęściej jest to splot kilku wytycznych:

Nowa kolekcja PSC #kreatywnychill

  • tanie linie lotnicze w odpowiednim dla nas terminie (będę szczera – to jeszcze nie ten czas, gdy z lekkim sercem kupię 12 biletów lotniczych do Nowego Jorku);
  • zakwaterowanie w miejscu, które spełnia nasze wygórowane oczekiwania (cały apartament lub dom do naszej dyspozycji, koniecznie z dużym ogrodem albo tarasem i oddzielony od innych ludzi, żebyśmy mogły w spokoju rozmawiać i generować pomysły, ale też odpoczywać, gdy chcemy);
    Noclegów na nasze workation zawsze szukam na Airbnb albo booking.com bo tam najczęściej znajduję oferty takich domów, na jakich nam najbardziej zależy (nie śpimy nigdy w hotelach). ;
  • miejsce, w którym większość z nas będzie miała własne sypialnie, a na 100% łóżka (nie zawsze jest to możliwe, ale do tego dążymy);
  • miejsce ciepłe, ładne, takie, w którym chcesz spędzić wakacje i odpoczywać albo zwiedzać (mamy w #ganguPSC frakcję bardziej ciągnącą ku naturze i tę, która woli zabytki itp.);
  • miejsce, w którym jest dużo dobrego jedzenia. #GangPSC lubi jeść i jak jedzenia nie ma, to nie jesteśmy szczęśliwe :).

I tak sobie myślę, że możecie być zdziwione tym przejściem od Mielna do Sycylii, ale powiem Wam, że najbardziej zaskoczyło mnie to, iż cena wynajęcia całego pięknego ogromnego domu na Sycylii (zobacz niżej zdjęcia) była dokładnie taka sama jak w przypadku pływającego domku w Mielnie!

Oczywiście musiałam jeszcze kupić bilety na Sycylię, wynająć samochód, sam pobyt był dłuższy, a więc koszty wyżywienia wyższe, ale jednak tydzień wynajmu wielkiego domu na Sycylii dla pięciu osób wyniósł tyle samo co trzyosobowego pływającego domku na trzy noce w Mielnie!
A jedzenie na Sycylii było zdecydowanie tańsze niż nad polskim morzem (nawet poza sezonem).

Tygodniowe wyjazdy #ganguPSC mają zupełnie inną specyfikę niż takie weekendowe, co znowu ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że masz bardzo dużo czasu na obgadanie wszystkiego, a minusem, że wrzucasz wszystko do worka „pogadamy o tym na Sycylii” i potem robi Ci się jakaś kosmiczna liczba tematów do obgadania.
Na Sycylii też zobaczyłyśmy, że termin wyjazdów musimy ustalać tak, żeby w trakcie naszego #workation nie było absolutnie żadnych premier, początków lub końca sprzedaży danego produktu.
W czasie pobytu na Sycylii ustawiłyśmy otwarcie nowego sklepu PSC oraz premierę kolekcji #dżunglove i to był bardzo zły pomysł. Do tej pory pamiętam dzień, gdy wszystkie siedziałyśmy w ogrodzie zestresowane jak cholera przez cały boży dzień i każda gasiła jakieś tam swoje pożary, które oczywiście przy premierach tej skali zawsze się zdarzają.
Ale czas na wypoczynek też był, bo zrobiłyśmy sobie całodniową wycieczkę na Etnę (notabene w tym właśnie czasie wulkan się uaktywnił) i było superfajnie.

IZRAEL 2019

Do Izraela miałyśmy jechać już baaardzo mocną ekipą. Do naszego dotychczasowego składu (ja, Asia, Natalia, Justyna, Sara) dołączyły bowiem dwie kolejne kobiety: Ania, która jest szefową naszego działu technicznego, oraz Weronika – graficzka, z którą po wakacjach podjęłyśmy współpracę na innych zasadach niż dotychczas (wcześniej Weronika wykonywała dla nas projekty jako freelancer, obecnie jest zatrudniona na pełen etat na stanowisku graficzki w #ganguPSC).
Niestety w międzyczasie okazało się, że Justyna nie ma z kim zostawić swojej armii zwierzaków (Justyna to kobieta, która ratuje wszelkie biedne i chore zwierzęta w opresji i ma ich całkiem sporo), a Weronika, oprócz bycia naszą graficzką, jest wykładowczynią na uniwersytecie i nie mogła zrezygnować z weekendowych zajęć, które tam prowadzi. Poleciałyśmy więc w niepełnym składzie, choć postanowiłyśmy, że zabierzemy ze sobą Julitę Pająk – fotografkę, z którą stale współpracujemy przy sesjach zdjęciowych naszych produktów (głównie dlatego, że dziewczyny miały dosyć mojego narzekania, że nie podobają mi się zdjęcia, które robią).
Przyznam, że fajnie jest mieć fotografkę na wyjeździe, która non stop robi zdjęcia i filmy. Wieczorem wybierasz sobie te najładniejsze i masz całą kwestię fotografii z głowy!

Dlaczego Izrael? Bo spełniał wszystkie parametry, o których pisałam wyżej, a poza tym znałam to miejsce, bo rok wcześniej byłam tam z moją przyjaciółką. Wiedziałam, że jest tam pięknie, ciepło, różnorodnie i ciekawie. A gdy dodatkowo znalazłam TEN apartament w arabskiej dzielnicy Jafie (która według mnie jest duuużo ciekawsza niż nowoczesny Tel Awiw wyglądający jak połączenie Nowego Jorku z Miami Beach), to już nie miałam wątpliwości, że lecimy tam. Zaproponowałam to dziewczynom i te się zgodziły (zachęcone, jak sądzę, głównie temperaturą, która tutaj, na początku grudnia, wynosi 25 stopni).

Na przykładzie naszego #workation w Izraelu pokażę Wam, co się tutaj dzieje, jak planujemy swoją pracę, jak pracujemy i jak się bawimy czy też odpoczywamy. Bo wiele z Was myśli, że to straszne, że każę moim dziewczynom pracować na wakacjach (!!!), ale wiele z Was też sądzi, że to fajnie, że zabieram je na wakacje i pozwalam pracować pod palmami. Żadna z tych wersji nie jest prawdziwa.
Nasze wyjazdy nie są wakacjami. Są w całości fundowane przez Panią Swojego Czasu (przelot, pobyt, jedzenie i picie) i nie są dla nas tygodniem czasu wolnego. Ich idea jest prosta: pojechać w miejsce, w którym będzie się nam przyjemnie pracowało, gdzie przede wszystkim będziemy mogły wykorzystać to, że jesteśmy wszystkie razem, możemy porozmawiać twarzą w twarz i gdzie przebywamy w swoim towarzystwie więcej niż kilka godzin dziennie (choć w zdalnej pracy nawet tego nie ma), co po prostu bardzo sprzyja generowaniu pomysłów i dyskusjom (czasem do rana).

Najważniejszym celem #workation jest spojrzenie na to, co robimy, z dystansu i z lotu ptaka oraz oderwanie się od bieżączki, z którą mamy do czynienia w pracy na co dzień.
Jeśli prowadzisz biznes, to zapewne wiesz, jak trudno jest od czasu do czasu zostawić to, co tu i teraz, i zająć się strategią, pomysłami, planami i analizą tego, czy idziemy w dobrym kierunku. Nigdy nie ma na to dobrego momentu, zawsze są pożary, które trzeba gasić.
Wyjazd bardzo w tym pomaga. Oczywiście należy też się postarać, żeby móc coś takiego zrealizować, czyli pozamykać odpowiednią ilość spraw, żeby nas one tutaj nie nękały.

To dlatego gdy jedna z Was mnie spytała, w czym taki wyjazd pomaga, odpowiedziałam, że w budowaniu koncepcji i strategii, ustaleniu planów długoterminowych i weryfikowaniu ich, burzach mózgów i generowaniu pomysłów. Na pewno natomiast NIE sprzyja codziennej, normalnej pracy. Powiedziałabym wręcz, że ta normalna codzienna praca leży i kwiczy i chyba większość z nas ma w tym momencie już jakieś zaległości na koncie.
Podczas #workation z premedytacją zlewamy ze sobą czas pracy i wypoczynku, czyli na przykład planujemy obgadanie jakiegoś pomysłu w czasie opalania się na plaży albo zabieramy ze sobą do restauracji spis wytycznych do jakiegoś tam projektu, na wypadek gdyby przyszła nam ochota o tym porozmawiać i potrzebowałybyśmy wsparcia w formie listy.
Właśnie dlatego takie wyjazdy są tak cudowne. Nie musimy na nich planować burzy mózgów od 14.00 do 15.30, jak robiłybyśmy to w Polsce, lecz możemy po prostu pozwolić tej dyskusji pojawić się na bieżąco.
Oczywiście nie jest też tak, że jak się pojawi, to super, a jak nie, to nic strasznego. Przed wyjazdem robimy sobie listę spraw, które mamy omówić, dyskusji, które mamy przeprowadzić, dylematów, które mamy rozwiązać itp. Każda z nas jest zresztą odpowiedzialna za kilka z nich, bo ma przecież jakiś obszar na głowie, którym kieruje, i musi pilnować, by sprawy posuwały się do przodu.

Pierwszy dzień po przyjeździe jest zawsze przeznaczony na zapoznanie się z miejscem, sytuacją, okolicą, a wieczorem siadamy i tworzymy sobie plan, co, gdzie, kiedy i o czym będziemy rozmawiać, a kiedy zwiedzać. Kiedy będziemy pracować rano, a kiedy po południu.
Kiedy i o jakiej porze dnia poruszymy dane tematy w zależności od tego, jakiego są kalibru. Które zagadnienia powinnyśmy omówić w domu i przysiąść nad nimi fałdów (bo dyskusja będzie spora, bo potrzebujemy karteczek, list zadań, kalendarza itp.), a które możemy obmyślać na plaży w czasie opalania się.

Oprócz tego wszystkiego, co opisałam powyżej, mamy jeszcze kilka zasad, których się trzymamy na naszym #workation (są one generowane na bieżąco i w czasie kolejnych wyjazdów dopisujemy nowe):

  • za #workation członkinie gangu nie płacą. Za przelot, pobyt, jedzenie i picie płaci Pani Swojego Czasu, bo to wyjazd firmowy przecież. W sumie wydawało mi się to oczywiste, ale tyle osób o to pyta, że chyba jednak nie jest;
  • jedziemy pracować, ale też odpoczywać i jedno z drugim musi współgrać;
  • z listy zadań, którą tworzymy na wyjazd, zawsze na początku wybieramy priorytety, które na 100% muszą być zaplanowane i omówione. To taki must have. Fajnie byłoby więcej, ale tutaj lista działa jak każda inna lista, o czym często Wam mówię – świetnie, jeśli zrobisz z niej wszystko, ale niekoniecznie musi tak być. Wybierz więc to, co najważniejsze, i zadbaj o to, żeby te elementy na 100% były zrealizowane;
  • lista tematów musi być podzielona na takie, które są zaplanowane w konkretny dzień i o konkretnej godzinie, oraz takie, które możemy poruszyć „przy okazji”;
  • jedziemy razem i spędzamy dużo czasu razem, wiedząc, że 90% zadań zawodowych będziemy realizować wspólnie (po to przecież wyjeżdżamy). Mamy jednak świadomość, że w siedmioosobowym wyjeździe uczestniczą nie tylko gangsterki, lecz przede wszystkim kobiety, z których każda jest inna i lubi działać po swojemu. Dlatego dajemy sobie dużą swobodę i choć się tu integrujemy, to wcale nie traktujemy tych wyjazdów jako integracyjne. Nie mamy zorganizowanych pobytów, wycieczek czy zabaw integracyjnych wieczorem. Zakładamy, że jesteśmy dorosłe: masz ochotę wypić wino wieczorem, to pytasz, kto też ma ochotę, i pijemy wspólnie, a jak ktoś woli oglądać serial w swoim pokoju, to też to jest git.
    Ja osobiście pamiętam horror wyjazdów integracyjnych w moich poprzednich firmach i konieczność pokazywania szefostwu, jak dobrze się bawię podczas jakichś durnych zabaw. Mam wielką nadzieję, że nigdy u PSC nie dojdzie do takich sytuacji;
  • w gangu panuje pełna dobrowolność w zakresie tego, jak spędzamy tutaj swój czas wolny. Nie musimy wszystkie razem chodzić na plażę, nie musimy razem zwiedzać, nie musimy razem odwiedzać muzeów. Można razem, można osobno – jak kto woli.

Przyznaję, że jestem dumna z tego, iż kiedyś wpadłam na pomysł takich wyjazdów i że sprawdzają się one u nas znakomicie. Kierunek kolejnego wyjazdu (w czerwcu) podrzuciła Bogini Cierpliwości: Bieszczady. Ten pomysł chwycił, więc prawdopodobnie czeka nas zaszycie się w jakiejś bieszczadzkiej chacie w lesie i praca przeplatana wycieczkami górskimi. Nie mamy natomiast pojęcia, w jakim składzie tam będziemy, bo już wkrótce ogłaszamy rekrutację trzech kolejnych osób do gangu (więcej szczegółów 16 grudnia), a dodatkowo w czerwcu ma już planowo działać Przestrzeń Pełna Czasu, która przecież też będzie zatrudniać ludzi!
Nie wiem jeszcze, jak to wszystko będzie wyglądać, ale jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że cudownie.

Jeśli macie jakieś pytania o nasze #workation, to wrzucajcie śmiało w komentarzu!