Zauważyłam, że blogerki często robią takie podsumowania miesiąca. Piszą o tym, gdzie były, co robiły, co jadły i jakie miejsca zwiedziły. Wpisy często ilustrują zdjęciami. Zdjęcia wciąż robię takie sobie, więc nie zamierzam Was nimi męczyć. Nie zamierzam też opisywać Wam miejsc, w których bywam, bo szybko miałybyście dość trasy: dom – przedszkole – szkoła – dom – Bulwary Wiślane – dom. Tak – właśnie takie ekscytujące życie prowadzę i jestem z tego niezwykle dumna!

Ale po sierpniowym artykule, w którym opisywałam działanie PSC od zaplecza i ujawniłam wszystko to, czego na co dzień nie widzicie (dziwne komentarze, ciekawe mejle, porażki, wtopy, upadki i wszelkie braki), posypały się głosy, że fajnie byłoby częściej czytać tego rodzaju artykuły.

Dlatego zamierzam pokazywać Wam, co działo się u PSC pod kątem porażek i trudności oraz w jaki sposób sobie z nimi radziłam.

Mam nadzieję, że taka seria Wam się spodoba.

Jednocześnie nie obiecuję szczególnej regularności – w końcu nie mam zamiaru fabrykować mejli i wypowiedzi tylko po to, aby napisać artykuł.

To co, zaczynamy?

Wrzesień zdecydowanie minął pod znakiem kursu „Zorganizuj się w 21 dni”. Już od baaardzo dawna było wiadomo, że we wrześniu wszystko zostanie podporządkowane temu, by możliwie jak najbardziej gładko sprzedać i uruchomić program. Ten zwrot: „możliwie jak najbardziej gładko” bynajmniej nie oznacza: „bez problemów”.

To już nasz piąty kurs online (nasz, bo bez mojej ekipy nie byłoby go i kropka!). Nauczyliśmy się już, że wpadki i wtopy pojawią się zawsze, więc dbamy nie o to, żeby w ogóle ich nie było (bo to niemożliwe), lecz o to, żeby nie były krytyczne. Jesteśmy realistami. I dobrze.

12 września rozpoczęła się sprzedaż kursu i przebiegała zadziwiająco dobrze. Nie tylko pod kątem liczby sprzedanych kursów, ale także wpadek. W zasadzie pojawił się tylko jeden problem: przez dzień nie działała strona sprzedażowa. Nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie wiem i nie wnikam w te sprawy. Tym zajmują się u mnie panowie M. Nie działała – ponoć miała prawo – ale potem zadziałała ponownie.

Już w trakcie sprzedaży pojawiły się pierwsze ciekawe mejle.

Sprzedaż kursu to specyficzny okres. Osoby, które zapisują się listę osób zainteresowanych, otrzymują wiadomości o rozpoczęciu i prowadzeniu sprzedaży. Jednym się to podoba, innym nie. Powiem wprost: nie mam ani wyrzutów sumienia, ani skrupułów, żeby o tym pisać. Dlaczego jednak ktoś zapisał się na listę, jeśli nie chce słyszeć o sprzedaży?

Oczywiście mejle są różne, podobnie jak różne są oczekiwania. Jedno domagają się długich (wyjaśnij wszystko od A do Z), inni krótkich wiadomości, jak ta Pani (pisownia oryginalna):

Ten mail jest tak dlugi ze az mnie odstrasza od opcji kupienia kursu Po co takie litanie? Jesli zapisałam sie na liste chetnych tzn ze jestem zainteresowana zakupem kursu. Nie rozumiem po co mnie przekonywać dodatkowo takimi mailami? Wyslij kobieto call to action dwa zdania kup kurs cena a nie takie niewiadomo co? 

Na stronie powinno byc od razu przekierowanie do zakupu a nie dlugie szukanie i dalej nie wiem ile to kosztuje i gdzie sie to kupuje 

Przedobrzone

W sumie najciekawsze jest to, że wcześniej zostały wysłane takie wiadomości, jak opisane przez tę Panią, ale nawet ich nie otworzyła 😉

Po otrzymaniu powyższego mejla zrobiłam coś pod wpływem impulsu – wypisałam Panią nie tylko z listy osób zainteresowanych kursem, lecz także z mojego newslettera. Nie mam ochoty otaczać się ludźmi, którzy piszą do mnie w taki sposób.

Sprzedaż kursu przebiegła gładko, ale to, co działo się w jego trakcie, przechodzi ludzkie pojęcie!

Pierwszy dzień kursu i logowanie to zwykle najbardziej stresujące momenty.

Bo mejl z loginem ląduje w spamie/ofertach/społecznościach (lub gdziekolwiek indziej) i zanim ktoś go tam poszuka, zwraca się do nas z pretensjami.

Bo ktoś podczas zakupu kursu wprowadził końcówkę adresu gmails.com, a – jak łatwo się domyślić – taka nie istnieje. Wszystkie wiadomości są więc wysyłane na błędny adres, a przy ponad 800 uczestniczkach nie ma możliwości sprawdzenia ręcznie, czy każda z nich wpisała poprawne dane.

Bo kurs został kupiony dla siostry/brata/żony/męża/pracownika, ale podano dane osoby kupującej, a nie uczestniczącej w kursie, więc teraz wszystko trzeba zmieniać.

Bo posypały się mejle: nie zdążyłam/nie zauważyłam/zapomniałam kupić kurs, a bardzo, bardzo, bardzo go potrzebuję i muszę zrobić go teraz i natychmiast.

Bo hasło automatycznie przydzielane przez system jest długie i skomplikowane, a uczestniczka chciałaby coś prostszego.

Bo po serii błędnych logowań do platformy z kursem serwer blokuje dostęp (z obawy przed włamaniem) i trzeba wszystko odblokować ręcznie.

Pamiętam, że pierwszego dnia kursu, czyli 26 września, siedziałam przed komputerem CAŁY dzień (z przerwą na siku i jedzenie). Tak samo moja Prawa Ręka, Justyna. Joasia z kolei szalała w mediach społecznościowych i wyłapywała kierowane do nas uwagi, by natychmiast na nie odpowiedzieć.

Ale wiesz, co? Wszystkie wpadki i trudności zostały przez nas przeanalizowane. Niektóre działania naprawcze wdrożyliśmy od razu. Na przykład Michał natychmiast zamieścił w panelu dodatkową opcję, dzięki której każda z uczestniczek może samodzielnie ustawić własne hasło. Mój mąż z kolei wpadł na pomysł (skandal, że nie ja na to wpadłam!), aby przy kolejnej edycji nagrać krótki filmik, który pokaże, jak powinno wyglądać poprawne logowanie. W przyszłości nastąpi również zmiana w formularzu, aby możliwe było wpisanie danych osoby zamawiającej i osoby realizującej kurs. Bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

Kurs trwa, wszystko już jest OK, i nagle bach!

Siadam jak zwykle o 6.00 rano przed komputerem (dostęp do kursu odpala się właśnie o 6.00). Otwieram skrzynkę mejlową, a tam wiadomość od uczestniczki, że nie może dostać się do panelu z kursem. Jedna wiadomość jeszcze nie jest niczym strasznym, ale chwilę potem pojawia się następna. I następna. Każda uczestniczka, która próbuje zalogować się do panelu, chce nas poinformować, że coś jest nie tak. I słusznie, bo ewidentnie coś się stało.

Budzę, kogo się da (a niektórych się nie da – tak skutecznie wzięli sobie moje nauki do serca, że o 6.20 rano nijak się do nich nie dostaniesz). Wiem, że sama niczego nie zdziałam, więc zaczynam odpisywać na mejle. Że przepraszam, że najszybciej, jak to będzie możliwe, sprawdzę, co się dzieje, i dam znać. O 6.45 odpisywanie przejmuje moja Prawa Ręka, Justyna, a ja wyprawiam dzieci do szkoły i przedszkola. Staram się, aby zawał serca, który właśnie przeszłam, nie miał wpływu na ich poranek, jest to jednak cholernie trudne! W międzyczasie dociera do mnie informacja, że wszystko działa. Kamień spada mi z serca.

Testowanie

Lubimy testować. To znaczy Michał lubi, a ja z chęcią zgadzam się na poszukiwania nowych rozwiązań. W tej edycji kursu nowością były SMS-y codziennie wysyłane do uczestniczek. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy.

W tym przypadku też pojawiły się problemy. Na przykład okazało się, że część uczestniczek otrzymuje podwójne wiadomości. Nic się nie stanie, jeżeli raz wyślesz podwójny SMS, prawda? Budżetu Ci to nie zje. Wyobraź sobie jednak 830 uczestniczek x 21 dni, czyli siedemnaście i pół tysiąca SMS-ów! A teraz wyobraź sobie choćby tylko 1/3 zdublowanych SMS-ów. Kwota staje się kosmiczna! Kolejny problem w kolejce do rozwiązania. Jednocześnie kolejny problem przetestowany, a rozwiązanie sprawdzone w praktyce. Gotowe na następne wdrożenie!

Patrząc na to, jak działam podczas kursu, mogłabym stwierdzić, że działam w 100% nieefektywnie – w pierwszym tygodniu kursu wstawałam o 6.00 i kładłam się spać o 23.00 (czasem nawet później). Pomyślisz, że 7 godzin to całkiem niezła dawka snu, ale w tym czasie byłam (i jeszcze przez jakiś czas będę) słomianą wdową, czyli sama z dziećmi. To oznacza, że nocne mierzenie cukru u mojego syna jest tylko na mojej głowie. Gdy wszystko jest w porządku, wstaję o 1.30 i 4.30 w nocy. Zawsze. Nie można zaspać, przespać, ustawić drzemki. Trzeba wstać i już. Gdy coś jest nie w porządku, zrywam się co godzinę.

Jednocześnie o 6.00 rano muszę być na posterunku, aby sprawdzić, czy z kursem wszystko jest w porządku. Jak to przetrwałam i jak nadal to znoszę? Podstawowa sprawa jest taka, że na czas trwania kursu zawieszam wszystko, co nie jest z nim związane. Nie mam żadnych innych zadań i obowiązków. Skupiam się tylko na programie, regeneracji oraz spaniu (choćby w ciągu dnia, żeby odespać zarwaną noc).

Z tego powodu mój zespół stale się powiększa – ogromną liczbę zadań wykonuje za mnie Justyna, z którą wiele uczestniczek kursu miało do czynienia w przypadku błędnego logowania, resetowania hasła itp.

Sprawy domowe też są maksymalnie ogarnięte. To dla nas trudny okres, dlatego wizyty pani Moniki są częstsze – w chwili, gdy moje nerwy stają napięte do granic możliwości, bałagan potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. Zakupy są robione z ogromnym zapasem, a zamrażarka pęka w szwach nie tylko od ugotowanych wcześniej i zamrożonych obiadów, lecz także od tak podstawowych produktów jak chleb. Z chęcią przyjmuję również pomoc rodziny, jeśli chodzi o odbieranie chłopaków z przedszkola i ze szkoły. Podczas gdy oni wariują u babci, ich mama odsypia 🙂

Napisałam Ci o tym wszystkim (i mniej więcej co miesiąc zamierzam Ci pisać), żebyś nie sądziła, że błędy oznaczają kiepskie działanie. Błędy, wtopy i wpadki oznaczają, że działamy! Że próbujemy, testujemy, zmagamy się. Czasem idzie nam lepiej, czasem gorzej.

Mogłabym je przemilczeć. Mogłabym dzielić się tylko sukcesami. Mogłabym każdą opisaną wpadkę zachować dla 800 kobiet biorących udział w tej edycji kursu.

Ale nie chcę, bo uważam, że najlepiej uczyć się na przykładach. Ja popełniam błędy, Ty również je popełnisz. I jak zawsze obie staniemy przed tym samym dylematem: podkulić ogon, schować się pod kołdrę, zjeść paczkę chipsów i popłakać czy może pomyśleć sobie, że błędy są częścią nauki i iść dalej. Oczywiście kolejność jak najbardziej może być taka, że najpierw te chipsy, a potem idziemy dalej. Bez przesady – w końcu jesteśmy tylko ludźmi!

Ps. A całkiem niedawno skończyłyśmy kolejny projekt – KALENDARZ PSC NA 2017 ROK. Jeśli jesteś ciekawa jak wygląda to wskakuj TUTAJ.