Dzisiejszy wpis może być trudny, będzie szorstki i ostry. Wkurzyłam się po prostu i tyle.

Dostałam ostatnio na moim blogu taki komentarz:

Jak to przeczytałam to mam załamke. Kobitki, życie macie jak w bajce. O 14:30 w domu!! Zabawa z dziećmi!! U mnie mowy nie ma. Ja o 8:00 w pracy jestem, do 5:00 po południu, potem dopiero dziecko jest z przedszkola odbierane i robię obiad/albo idę na siłownie (tu z mężem na zmianę). O 6:30 jemy ten obiad, o 8:00 dziecko w łóżku, o 11 idę spać. Dla dziecka zatem mam godzinę z rana i od 1.5-do 3 po południu dla męża mniej więcej tyle samo. Weekendy razem bez pracy.

I dotarło do mnie, jak często odbieramy sobie moc sprawczą dotyczącą naszego życia. “Nie mogę tego zrobić bo mam dzieci“, “Nie mogę tego zrobić bo mam taką pracę“. “To fajnie, że Ty możesz i w ogóle, że masz takie „bajkowe życie” ale Ty masz inną sytuację, a ja mam inaczej“. Jasne, że masz – każdy z nas ma. Nawet jednojajowe siostry bliźniaczki.

Czasem jest to zwykłe usprawiedliwianie się. Z mojej perspektywy kobiety uwielbiają odbierać sobie moc sprawczą, bo tak jest łatwiej – bo wtedy nie muszą działać, nie muszą się starać. Wystarczy powiedzieć „nie mogę”.

Otóż możesz – jeśli tylko chcesz.

Czasem tak jest, że fajne i miłe rzeczy „spadają z nieba”. Owszem zdarza się. Ale najczęściej jest tak, że sobie na nie zapracowaliśmy.

Fakt, że czasem mam taką pracę, że mogę o 14.30 być w domu i bawić się z dzieckiem nie jest manną z nieba, nie jest czyimś prezentem, lecz jest moją ciężką, wieloletnią pracą, by tak właśnie było, by tak wyglądało moje życie.

Wiele w swoim życiu robiłam i doświadczałam tego, co chcę robić, a czego nie i decydowałam. Decydowałam tak przez całe lata, aż w końcu teraz wiem do czego dążę i wiem gdzie chcę być. Jednak to nie los za mnie decydował tylko ja brałam sprawy w swoje ręce, żeby być tu gdzie jestem.

Zaczęłam pracować wcześnie – gdy byłam nastolatką. Moi Rodzice, we wczesnych latach kapitalizmu, założyli biznes i kieszonkowe dostawałam za pomaganie im w tym biznesie. Nienawidziłam tego i wstydziłam się tego. W soboty zamiast mieć czas wolny, stałam z rodzicami a czasem sama, na straganie, na bazarze i sprzedawałam ubrania. Zimą (pamiętam to do tej pory) stałam na kawałku dykty, bo było mi tak zimno w stopy, że musiałam je jakoś chronić. Nienawidziłam momentu, gdy kupowała ode mnie ubrania jedna z koleżanek mająca pieniądze i patrząca na mnie z wyższością. Wtedy było to dla mnie upokarzające i nigdy bym nie pomyślała, że jeszcze kiedyś Rodzicom za to podziękuję.

Na studia poszłam na polonistykę. Moi Rodzice byli załamani – co ja będę po tym robić, gdzie będę pracować, jak ja się utrzymam? Ale dzielnie towarzyszyli mi w utrzymywaniu się. Przez rok. Bo po roku zdecydowałam, że to jednak nie dla mnie. Język starocerkiewno-słowiański dobił mnie na maksa i dostrzegłam, że ja przecież tylko lubię czytać książki (bardzo lubię), ale niekoniecznie chcę i muszę się tego wszystkiego uczyć.

Rozpoczęłam socjologię. Rodzice zaakceptowali mój wybór (zresztą nie bardzo mieli wybór bo nie mieszkałam już z nimi, tylko daleko w innym mieście), ale zdecydowali, że skoro tak to już nie będą mnie utrzymywać. Musiałam znaleźć pracę. Miałam 20 lat i nic nie umiałam – więc sprzątałam Pani Gosi mieszkanie. Byłam już wtedy na tyle mądra, by się tego nie wstydzić. Studiowałam socjologię w Krakowie na UJ ; nie wiem jak to teraz wygląda, ale wtedy studiowali tam różni dziwni i zakręceni ludzie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Nie było problemu, że zarabiam na swoje utrzymanie sprzątaniem. Miałam własną kasę i byłam niezależna od rodziców, a to się liczyło.

Jak każdy szanujący się student socjologii robiłam ankiety społeczne. Niezbyt to lubiłam – chodziłam po cudzych mieszkaniach do obcych ludzi i namawiałam ich, by wykonali ankietę której nie chcą robić i na którą nie mają czasu. Czasem się udawało, czasem nie.

Wciąż jeszcze na studiach poszłam też do mojej pierwszej szanującej się pracy na umowę o pracę. Wciąż studiowałam dziennie więc nie było mowy o pracy w standardowych godzinach. Pracowałam więc w kinie – popołudniami, czasem do 2 w nocy (gdy kończył się ostatni seans). Notorycznie chodziłam niewyspana, ale kinomaniacy mi zazdrościli, bo znałam wszystkie nowości kinowe. Pamiętam, że w tamtych czasach żywiłam się głownie popcornem. Zakupy, z moim wtedy jeszcze nie mężem, robiliśmy hurtem w supermarketach i wybieraliśmy tylko najtańsze produkty – te z najniższych możliwych półek. Do tej pory pamiętam smak obrzydliwej rozpuszczalnej kawy „made by Geant” – teraz już nawet nie ma tego supermarketu. Ale tylko na taką było mnie stać.

Rodzice nas wspomagali konserwami. Kiedyś zrobiłam spaghetti na konserwie – takie niby a’la bolońskie. Nie próbujecie tego w domu – konserwa przysmażona na patelni śmierdziała jak nieboskie stworzenie. Powinnam już wtedy zostać wegetarianką 🙂

Na 3 roku studiów wpadło mi do ręki ogłoszenie w Wyborczej (wtedy internet dopiero raczkował i pracy szukało się w papierowej gazecie) – że arabskie linie lotnicze Gulf Air szukają stewardes. Oferowali bardzo dobre zarobki. Zgłosiłam się. Nic nikomu nie mówiąc, ani rodzicom, ani przyjaciółkom, ani mojemu wtedy jeszcze nie mężowi, z którym nota bene już mieszkałam.

Pamiętam, że nawet nie było mnie stać na bilet PKP, bo były zbyt drogie, więc pół nocy tłukłam się autobusem, by dojechać do Warszawy. Przebierałam się w McDonaldzie a paznokcie malowałam przez hotelem Sobieskim (teraz z tego, co wiem to Radisson Sobieski) na przystanku tramwajowym.

Rekrutacja trwała dokładnie 13 godzin – tyle bowiem trwa najdłuższy lot w tych liniach więc jeśli przejdziesz przez 13 godzinną rekrutację i dalej jesteś żywa i uśmiechnięta, to wytrwasz w tej pracy (tak nam powiedzieli). Na szczęście nie wiedzieli tego, że mój organizm reaguje na stres…uśmiechem.

Wróciłam do domu i powiedziałam mojemu, wtedy jeszcze nie mężowi, że za dwa tygodnie wylatuję do Bahrajnu – na cały rok. Szok, niedowierzanie. Ale chciałam zarobić, chciałam poznać świat i chciałam zrobić coś szalonego. I udało się – wyjechałam, mieszkałam przez rok w arabskim kraju, poznałam takie rzeczy, takie miejsca i takie dziwy, jakich w życiu bym nie poznała, gdybym tam nie była. Z dziewczyny nie mającej za bardzo na życie stałam się stewardesą, która lata luksusowymi liniami po całym świecie, serwuje pasażerom szampana (pierwszy raz w życiu piłam tam prawdziwego szampana) i zarabia tysiące złotych (wtedy to była ogromna kwota pieniędzy).

Pamiętam wszystkie cuda, które widziałam i pamiętam przeogromną tęsknotę, której wtedy doświadczałam. Nigdy w życiu tak bardzo nie stęskniłam jak wtedy. Za moim wtedy jeszcze nie mężem, Rodzicami, za Polską, za Krakowem, za dziurami na Rondzie Mogilskim (wtedy jeszcze nie było wyremontowane). Kupowałam karty telefoniczne, na których minuta kosztowała kilkanaście złotych i przez te kilka minut płakałam w słuchawkę z tęsknoty (nie było jeszcze skajpa).

Plan był taki, że pojadę na rok. I z kilkunastu dziewczyn, które wtedy wyjechały, ja jedyna ten plan zrealizowałam – po roku wróciłam. Inne nie, bo tam się wiedzie łatwe życie – zarabiasz masę kasy, nie masz obowiązków, nie płacisz rachunków, nie masz szarej rzeczywistości, z którą tu często spotykasz się na co dzień.

Ale ja wróciłam bo wiedziałam, że tu ktoś na mnie czeka i że czeka mnie inne życie.

Gdy wróciłam do Krakowa bardzo szybko znalazłam pracę w hotelu. To była prawdziwa żonglerka godzinami i terminami bo wciąż studiowałam dziennie. Pracowałam na recepcji. To była ciekawa praca – przewijało się tam mnóstwo ludzi i ciągle coś się działo. Nawet awansowałam i byłam kierownikiem zmiany na recepcji. Zarabiałam coraz większe pieniądze, ale wiedziałam, że nie tu leży moja przyszłość. Że nie chcę być kierownikiem recepcji (tam mogłam awansować), że nie w tym kierunku chcę się rozwijać.

Znów zmieniłam pracę i poszłam pracować do firmy, w której zdobywało się dotacje unijne dla przedsiębiorstw. Ranyyyy – to była najnudniejsza praca na świecie. Wytrwałam w niej pół roku tylko dlatego, że bardzo dobrze płacili i miałam święte miesiące spokoju. Ale praca na etacie – od godziny 9.00 do 18.00 była czymś makabrycznym. Dusiłam się! Toksyczny szef, który każe siedzieć w biurze czy jest sens czy nie ma, czy jest robota czy nie! O nie – to nie dla mnie! Zrezygnowałam i założyłam własną firmę. A jednocześnie dostałam się do programu „Trener Adept”, w którym przygotowywałam się do zawodu trenera. Bez gwarancji, że się dostanę bo dostawali się tylko najlepsi. Cały rok zaciskania pasa po to, by dostać zawód o którym wtedy jeszcze niewiele wiedziałam. Ale w tym programie i na tym stażu wiedziałam już, że to praca dla mnie Że taką pracę chcę mieć – że chcę uczyć innych ludzi. Program skończyłam i dostałam pracę. Na początku zarabiałam bardzo niedużo ale w końcu robiłam to, co kocham!

W końcu zdecydowałam, że chcę być w 100% na swoim i budować swoją własną markę. Tak powstała Pani Swojego Czasu.

Nie napisałam tego wszystkiego, żeby się pochwalić swoim życiem, choć nie ukrywam, że jestem dumna z tego, co w nim osiągnęłam i etapu, na którym obecnie się znajduję.

Po prostu wiem co mogę, a co nie.

Nie mogę zmienić choroby mojego syna. Nie mogę wpłynąć na to, by mój drugi syn tej choroby nie miał. Mogę zmieniać swoje życie. Jeśli tylko chcę.

A Ty? Jesteś w tej bajce, w której chcesz być? Czy myślisz o zmianie?

Ola (Pani Swojego Czasu)

11