Ostatnio dostałam od mojej ulubionej Marie Forleo newsletter, w którym napisała (oczywiście, że tylko i wyłącznie specjalnie dla mnie :)), że jestem zbyt grzeczna i właśnie dlatego nikt nie chce mnie czytać. Hm zastanowiłam się – ja na pewno nie jestem grzeczna, choć z drugiej strony – napisałam jakiś czas temu artykuł o jakże znamiennym tytule „Dlaczego Pani nie jest miła” i jednak go nie opublikowałam bo wystraszyłam się, że będzie zbyt mocny. Więc może coś jest jednak na rzeczy co? (to pytanie do Ciebie – czy ja jestem zbyt ostra?)

Dzisiaj jednak postanowiłam pojechać po bandzie. Sprowokowała mnie do tego przyjaciółka, która odwiedziła mnie w weekend więc jakby co, to możecie na nią zrzucić. Rozmawiałyśmy bowiem o moim blogu, którego ona regularnie czyta i przyjaciółka ze spokojem stwierdziła, że to wcale nie jest blog ekspercki (do czego kurczę ja aspiruję) tylko blog lifestylowy i na dodatek feministyczny. Ja cię kręcę – naprawdę? Czy Wy też tak uważacie? Że tu lifestylowo i feministycznie? Wytłumaczenie było takie, że blog ekspercki byłby suchy i nudny, i traktowałby o technikach i metodach, a tu jest o życiu i to na dodatek o życiu Kobiety, która pewnych „kobiecych czynności” (ok – przyznam, że ten zwrot ledwo mi spod palca wyszedł) po prostu nie robi i jeszcze śmie się tym bezczelnie chwalić.

Tak więc postanowiłam napisać ten tekst tym bardziej, że mój mąż zupełnie nieświadomie znacznie się do tego przyczynił, gdyż tytuł tego artykułu to cytat dosłownie wyjęty z jego ust.

Uwierzcie mi – w przeciwieństwie do tego, co zaleca Marie Forleo, nie jest moim zadaniem wzbudzanie fermentu i chaosu. To nie jest tak, że ja wymyślam te tematy społeczno-genderowo-feministyczne dlatego, żeby było więcej hałasu wkoło. Choć lubię hałas.

Ja tak naprawdę wcale ich nie wymyślam. One mi się pchają. Na usta, na komputer, na bloga po prostu. Teraz na przykład jest 7.12 a ja w obcym hotelu i w obcym mieście powinnam się szykować do szkolenia, które zaczynam o 8, ale nie mogę, bo temat się pcha i MUSZĘ go zapisać. E tam muszę – ja bardzo chcę go zapisać.

Temat feminizmu, temat gender, temat podziału ról.

Nie łączy się z czasem? Gówno prawda! (brzydko napisałam – pójdę zaraz za karę do kąta). Łączy się aż za bardzo! Powiem Wam, że kiedyś też myślałam, że się nie łączy – zanim nie zostałam Panią i nie spotkałam rzeszy kobiet na swojej drodze próbujących JAKOŚ ogarnąć swoją rzeczywistość: prywatną, zawodową, matczyną, domową. Rozumiem to – ja też mam zawód, też mam rodzinę, też jestem Matką. Wiem, że jest ciężko i wiem, że czasem chciałabym więcej. Lub mniej.

Ale wiem też jeszcze jedno – nie da się zrobić wszystkiego na raz. Nie można być wszędzie doskonałym. Nie można – jak to napisała jedna z Was – „być wszędzie tip top i jeszcze mieć czas dla siebie i jeszcze nie mieć stosu niewyprasowanych ubrań”. To jest FIZYCZNIE nie możliwe. Fizycznie – nie zmieścisz w ciągu doby tylu obowiązków.

Skąd więc ten tytuł – tak powiedział mój mąż około dwóch tygodni temu, kiedy chodził po domu z szaleństwem w oczach, a ja sobie siedziałam spokojnie na materacu i pracowałam. Mąż biegał z szaleństwem, bo w domu było bardzo zimno i należało w końcu odpowietrzyć kaloryfery, by zaczęły ostatecznie grzać. Ja sobie siedzę i pracuję, a on biega i się złości. Aż w końcu staje przede mną, lód ma w oczach i mówi do mnie:

„Fuck you! Pieprzę taki feminizm!!!”

A to dlatego, że ja bardzo często mówię o sobie, że jestem feministką. Ale dla mojego męża nie jestem. Nie jestem skoro zrzucam na niego naprawianie kaloryferów, naprawianie spłuczki, kranów i innych psujących się rzeczy w naszym domu. Bo tak robię – bezczelnie zrzucam to na niego, bo sama nie chcę i nie umiem tego robić. Ale w życiu nie umiałam robić wielu rzeczy i w końcu się nauczyłam, a spłuczek po prostu naprawiać nie chcę. I mojego męża to złości, bo to on pokazywał mi co tak naprawdę oznacza feminizm w praktycznym wydaniu – to jest takie pakowanie swojej walizki czy plecaka, by móc ją sobie samej nosić i bez problemu wrzucać ją na górną półkę w pociągu.

Bardzo często słyszę od zapracowanych Kobiet takie słowa:

Mąż mi kiedyś powiedział, że skoro jestem jego żoną to muszę sprzątać w domu i prasować mu koszule, bo to mój obowiązek

Przyznam, że myślałam, że trupem padnę! Kobieta, która to powiedziała to nie była Kobieta, której zadaniem było pracować w domu i dbać o niego. To była Kobieta, która miała względnie dobrze płatną pracę na etacie i wychodziła z domu o 8.00 rano by o godz. 18.00 z wywieszonym językiem biec po dziecko do przedszkola, a potem szybko do domu robić obiad dla całej rodziny oraz prasować mężowi i sobie te cholerne koszule, których oboje potrzebują do pracy. Nie muszę chyba wspominać, że mąż jej nigdy koszuli nie wyprasował.

Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się

a. w filmach,

b. w poprzednim pokoleniu.

Nie dzisiaj, nie współcześnie. A jednak. Rzucam więc wyzwanie – Kobiety, Panie, Dziewczyny – wytłumaczcie mi proszę dlaczego tak się dzieje? Dlaczego bierzecie to na swoje bary? Dlaczego czujecie się odpowiedzialne za wygląd swojego męża? Wasz mąż nie jest Waszym dzieckiem, które faktycznie trzeba wielu rzeczy uczyć. Nie przyjmuję argumentów o tym, że mąż jest jakby drugim, trzecim, czy piątym dzieckiem w rodzinie Bo nie jest! A jeśli jest to tylko dlatego, że ktoś (nie chcę być niemiła, ale to najpewniej Ty) go nauczył, że tak jest dobrze i tak się opłaca!

A gdybyśmy nie były takie zorganizowane to dom zarósłby brudem

Być może tak by się stało. Ale być może ty byłabyś wtedy wypoczęta co? Może w końcu miałabyś chwilę na poczytanie książki, obejrzenia ulubionego serialu. Ja tam nie po to jestem zorganizowana, żeby ogarniać brud w domu, bo brud jeszcze nikogo nie zabił. Ja się organizuję po to by mieć więcej czasu – dla swojej rodziny, dla swojej przyjemności, dla swoich zainteresowań.

Nie chcę podważać Twojej roli i tego, co lubisz robić i kim lubisz być. To twoje święte prawo. Masz prawo być kim chcesz i masz prawo lubić to, co lubisz. Problem polega na tym, że większość Kobiet, które do mnie pisze i które ze mną rozmawiają – wcale nie chcą tego robić i nie lubią być tym kimś – sprzątającym, prasującym, gotującym i w 100% odpowiadającym za to, by ognisko domowe wyglądało ok.

A jednak MUSZĄ – same tak mówią.

„No jak to nie prasować. Ubrania będą wyglądały nieciekawie” 

Jasne, że tak, ale może już czas zdecydować czy wolisz mieć ciekawe ubrania czy ciekawe życie? Bo na jedno i drugie może nie starczyć czasu!

Jakiś czas temu zaliczyłam kolejne śmiertelne oburzenie – jak wiecie mój syn ma cukrzycę więc jestem członkiem grupy cukrzycowej dla tzw. Rodziców Cukiereczków na jednej z grup na Fb.

I pewnego dnia pojawia się post jakiegoś Taty Cukiereczka (bardzo rzadka sprawa – z reguły ojcowie tam nie zaglądają) który pokazał wszystkim zdjęcie rozpiski, którą zrobiła mu żona, przewidując swój rychły wyjazd do szpitala (wkrótce miała rodzić drugie dziecko). Na rozpisce były wszystkie informacje, który każdy Rodzic Cukiereczka powinien znać na pamięć po dwóch tygodniach od diagnozy dziecka (kalorie, wymienniki, prawidłowe poziomy cukrów no i oczywiście objawy hiper i hipoglikemii). Gdy zobaczyłam, że ojciec Cukiereczka zdiagnozowanego kilka lat temu (!) chwali się tym, że ma coś takiego przygotowane przez żonę, to się we mnie zagotowało. Pierwszym powodem było to, że nie wyobrażam sobie, że jakikolwiek Rodzic (nie ma znaczenia czy to Matka czy Ojciec) nie zna objawów hipoglikemii, czyli stanu dla Cukiereczka potencjalnie zagrażającego życiu. Ale drugim powodem była reakcja wszystkich Mam aktywnie udzielających się na tym forum. Otóż one zaczęły chwalić tę mamę za jej zaradność i zmyślność; że taką fajną ściągę przygotowała, że tatuś w końcu będzie wiedział co ma robić itp. Jak się możecie domyślać ode mnie ten Tatuś nie dostał wsparcia. Dostał pytanie jakim cudem mając dziecko z cukrzycą nie wie takich rzeczy i gdzie był do tej pory? A reszta z mam dostała pytanie dlaczego pozwalają na taką sytuację?

Wiem, że ten opis większości z Was nie dotyczy, ale pokazuje on jak My same odbieramy naszym mężom i ojcom naszych dzieci wszelką decyzyjność i odpowiedzialność i uczymy ich bezradności, a potem nazywamy ich trzecim dzieckiem w domu (swoją drogą nie wiem jak można odczuwać pociąg seksualny do kogoś, kogo się nazywa swoim dzieckiem!)

Rany julek możecie się zastanowić – po jakiego grzyba ona taki moralny wykład nam tu robi? Z kilku wymienionych wyżej przyczyn. Ale też z jednej najważniejszej dla mnie. Otóż zauważyłam bowiem, że mój mąż niektóre moje artykułu „lubi”, a niektórych nie. I zastanawiałam się dlaczego, aż w końcu spytałam. I dostałam informację, że nie lubi tych, w których sama siebie opisuję jako „Zosię Samosię”, która ze wszystkim umie sobie poradzić sama. I powiedział mi jeszcze: „gdyby tylko wszystkie Twoje czytelniczki zobaczyły jak bardzo ja Ci pomagam …”

I piszę to dlatego, żeby przyznać mu rację, a Wam powiedzieć – nie bądźmy takimi cholernymi Zosiami Samosiami, bo to do niczego nie prowadzi oprócz jednorazowych kwiatków na Dzień Kobiet. Ja kwiatków na dzień Kobiet od męża ani dzieci nie dostaję, ale za to codziennie dostaję kupę wsparcia. I nie mam tu na myśli klepania po plecach i mówienia “super ci idzie – dasz sobie radę, jestem z ciebie dumny” (Choć tak też się dzieje i jestem z tego niesłychanie zadowolona).

Mam na myśli wsparcie w codziennej fizycznej harówie w domu i w rodzinie.

Bez mojego męża nie byłoby Pani Swojego Czasu. Myślicie, że dałabym radę jeździć na szkolenia, prowadzić dwa blogi, spotykać się z klientami, rekrutować Guwernantki do Agencji Guwernantek i tworzyć jeszcze kurs on-line? I cały czas się uczyć i rozwijać? I jeszcze odpoczywać?

Nie dałabym rady. Z czegoś musiałabym zrezygnować. Dlatego moje Drogie i Kochane Panie Swojego Czasu – włączajcie swoich mężów, partnerów (partnerki), konkubentów i kogo tam jeszcze macie w życie i obowiązki domowe. Albo z czegoś zrezygnujcie. Bo inaczej zwariujecie!

Ps. Dziś na koniec nie będzie pytania. Możesz pod spodem przytaknąć, albo skrytykować, jeśli masz ochotę.

Ola (Pani Swojego Czasu)

11