Przyznam, że ten artykuł zupełnie nie był planowany. Powstał na specjalne życzenie pewnej Cudownej Kobiety, która pomaga innym tak dużo, że czasem nie ma czasu na zjedzenie obiadu. I kiedyś spytała mnie wprost “Kiedy Pani gotuje obiad“? Przyzwyczaiłam się już do pytań: “A jak ty to robisz“, albo nawet „A co ty bierzesz”, ale o obiad jeszcze mnie nikt nie pytał 🙂

Najpierw się uśmiałam po pachy, bo myślałam, że to żart, ale później okazało się, że to całkiem serio. Że niektóre z Was zastanawiają się, czy ja jestem normalną osobą z krwi i kości, co to musi zjeść od czasu do czasu, czy też tylko siedzę w sieci i produkuję posty (jako Pani Swojego Czasu lub też Mama Cukiereczka).

Zostałam też poproszona – chyba w ramach dowodu – o opisanie mojego standardowego dnia. Co i kiedy robię i jak znajduję czas na wiele rzeczy. Tak więc powtarzam – dzisiejszy wpis jest na wyraźne życzenie jednej z Was i nie przyjmuję reklamacji, że jest za długi, albo nie na temat 🙂

Opisanie mojego standardowego dnia nie jest to takie łatwe bo ja nie mam standardowych dni. Jak wiecie robię bardzo różne rzeczy. Jeśli pracuję w domu nad Mamą Cukiereczka, czy też tym blogiem (a mam wobec niego BARDZO ambitne plany), to mam inny plan dnia, niż gdy prowadzę rekrutację Guwernantek do Agencji Guwernantek. Jeszcze inny mam też plan dnia, jeśli jestem na szkoleniu na drugim końcu Polski i nie ma mnie w domu przez 3 dni.

Na pierwszy ogień pójdzie jednak dzień z pracą w domu. Głownie dlatego, że w mojej obecnej sytuacji życiowej wyjazd na szkolenie (choć przecież jadę do pracy) jest jak wyjazd na urlop. Wszystko mam podane pod nos, 8 godzin pracy z uczestnikami i o 17.00 jestem wolan i mogę robić co chcę. Luksus po prostu! Co tu opisywać?

DZIEŃ Z ŻYCIA PANI SWOJEGO CZASU

7.30 rano

Pani Swojego Czasu wstaje. Nie chcielibyście mnie wtedy oglądać. Ledwo się zwlekam z łóżka przy akompaniamencie okrzyków moich dzieci „Wstawaj mama wstawaj” (zarówno one, jak i mój mąż już są dawno na nogach) Otwieram jedno oko i ucho i słyszę jak chłopaki biegną do Taty i z rozpaczą w głosie krzyczą „No nie wstaje“!

Przeklinam więc w duchu na czym świat stoi, ale przecież od czasu do czasu warto pokazać dzieciom, że jak już powiedziałam A to powiem B; skoro mówię, że wstaję to wstanę. Od słów do czynów:) Miauczę i marudzę ale mąż , który robi nam wszystkim pyszne śniadania i nalega byśmy je jedli razem, nie odpuszcza. Dzień się rozpoczyna.

8.30

Jesteśmy w przedszkolu. W chwili obecnej mam w tej instytucji dwie główne rzeczy do załatwienia – ukoić płacze Franka (ach te pierwsze dni w przedszkolu) oraz rytuały Jasia związane z pomiarem cukru i podaniem insuliny. Trzeba też poinformować Panie, że wszystko w porządku i zapewnić, że wrócę. Na następny pomiar.

9.00

Zaczynam pracę. Najczęściej w domu. Tam pracuje mi się najlepiej i nie potrzebuję żadnego wysiłku, żeby się skupić. 9.00 jest u mnie świętą godziną chyba, że jestem chora. To dobra pora dla mnie. Niektórzy się dziwią, ale ja o tej 9.00 rano w pustym domu siadam do komputera ubrana, umalowana i uczesana (no bez przesady z tym uczesaniem – po prostu umyłam włosy; nie to, że robię sobie jakąś skomplikowaną koafiurę). To mi pomaga w uświadomieniu sobie, że wykonuję pracę.

Poranny rozruch z obowiązkową kawą, fejsem i przejrzeniem mejli zabiera mi około pół godziny. Potem ma miejsce następujący cykl działań:

  • wyłączam fejsa
  • zamykam internet (chyba, że jest mi potrzebny do pracy)
  • zamykam pocztę (chyba, że pracą jest odpisanie na mejle lub ich napisanie)
  • wyciszam telefon i wibracje w telefonie
  • zamykam drzwi do pokoju (powinnam też otworzyć okno, ale mam budowę za oknem więc tego nie robię)
  • zaczynam pracę

Zawsze mam listę zadań spisaną poprzedniego wieczora. Decyduję, co jest najważniejsze i zakreślam na liście max 3 punkty, które chcę zrobić. Zastanawiam się też czy na pewno wszystko chcę i muszę zrobić dzisiaj i czy warto. Czasem coś jeszcze do listy wpada z samego rana. Nie ma sensu ładować tam nie wiadomo jak dużo, bo to tylko powoduje frustrację, jeśli czegoś nie wykonam. O tym, jak decyduję, które z zadań są rzeczywiście najważniejsze będzie oczywiście osobny artykuł 🙂

11.10  ALARM

Oznacza to, że muszę iść do przedszkola Jasia, by mu zmierzyć cukier i ewentualnie podać insulinę.

Po drodze do przedszkola sprawdzam, kto dzwonił i co chciał, przy czym (wyłączając telefony od najbliższych mi osób) stosuję tu następną żelazną zasadę – oddzwaniam tylko wtedy, jeśli ktoś się nagrał i zostawił wiadomość. Jeśli tego nie zrobił oznacza, że sprawa nie była aż tak ważna i zapewne została już rozwiązana. A jeśli jest naprawdę ważna to zadzwoni jeszcze raz. Stosowanie tej zasady fenomenalnie oszczędza czas i działa w 100%.

Czekając w przedszkolu na Jasia, który myje ręce (do zmierzenia cukru wymagana jest krew z palca, więc ręce muszą być oczywiście czyste), co zabiera mu jakieś trylion sekund, przeglądam sobie pocztę i ewentualnie notuję w telefonie (telefon mam oczywiście kompatybilny z komputerem i wszystko, co zanotuję w telefonie pojawia się także w moim komputerze), czy nie pojawiło się coś ważnego, by później nie zapomnieć odpisać. Na wyjątkowo ważne i pilne sprawy, których załatwienie nie zajmie mi więcej niż 2 minuty odpowiadam od razu (zgodnie z zasadą Getting Things Done, o której również mam plan napisać)

Wracam do domu i siadam do pracy. Zasada wyłączania ta sama co poprzednio, chyba, że robię takie rzeczy, do których nie potrzebuję aż tak wielkiego skupienia, wtedy jestem on-line chętna do rozmowy z całym światem. Zresztą praca blogerki często właśnie na tym byciu w sieci polega.

W okolicach 13.00

często wraca mój mąż (jeśli wychodził do pracy, a nie pracował tak jak ja w domu). Wtedy gadamy, plotkujemy, rozmawiamy i spędzamy czas razem tak jak spędza go mąż z żoną (przecież Wam nie będę zdradzać szczegółów – tym czasem chyba potraficie zarządzać). Czemu dzieje się to o takiej dziwnej porze, a nie normalnie w okolicach wieczora, dowiecie się jeśli dotrwacie do opisu zadań które realizuję wieczorem.

No dobrze, podejrzewam, że na tym etapie czytania artykułu zaczynacie się lekko niecierpliwić, bo przecież było konkretne pytanie, a nie ma konkretnej odpowiedzi. Gdzie do jasnej ciasnej ten obiad???

Spokojnie – właśnie tu:) O tej właśnie godzinie, gdy wraca mój mąż bardzo często gotujemy obiad. Z naciskiem na gotujeMY. A nie gotujĘ! Mój mąż wiele rzeczy robi genialnie i jedną z nich jest gotowanie. Jego azjatyckie potrawy nie mają sobie równych. Ja natomiast przoduję w zupach. Nie, żeby były jakieś niesamowite – no po prostu są. Raz lepsze, raz gorsze, da się zjeść. Obiad w tygodniu jest głównie dla nas, bo dzieci w tym czasie są w przedszkolu, a ze względu na chorobę Jasia nie możemy sobie pozwolić, by po południu (w okolicach 16.30 ) on jadł jeszcze raz obiad. Musi w tym czasie zjeść zupełnie inny posiłek, a my wszyscy razem z nim.

O 14.00

jesteśmy znowu w przedszkolu i już nie będę powtarzać co tam robimy – to samo co codziennie 3 razy dziennie 🙂

Około 14.30

wychodzimy z przedszkola całą rodziną i do wieczora staramy się spędzać czas całą rodziną; spacery, place zabaw, szaleństwa w ogródku lub układanie puzzli. Lub milion innych zabaw, które wymyślają moje dzieci (ostatnio najczęściej jestem remizą strażacką krzyczącą do dzieci „uwaga uwaga, pożar w małym pokoju pod regałem. Strażacy Janek i Franek wzywani na akcję. Powtarzam…”)

O 16.30

jemy całą rodziną owsiankę. W dwóch rzeczach jestem niekwestionowaną mistrzynią – w zarządzaniu czasem i robieniu owsianki. Moją owsiankę chwalą wszyscy! Oprócz Franka, który jej nie lubi 🙂 Oczywiście, jeśli jesteśmy gdzieś poza domem to jemy coś innego, ale na pewno jemy. Jeśli myślisz, że przygotowanie owsianki to takie hop-siup to zapewniam, że się mylisz. W rodzinie z cukrzycą nic nie jest hop siup.

Potem dalszy etap zabawy. Jak widzicie nasze dzieci (mają 2, 5 roku oraz 5 lat) nie mają zajęć dodatkowych. Nie, żebyśmy byli temu jakoś przeciwni, ale wychodzimy z założenia, że współczesne dzieci mają naprawdę mało i dzieciństwa i rodziców. I my chcemy z nimi spędzić jak najwięcej czasu, a zajęcia dodatkowe organizuje im Tata, który jest również sportowcem (mówiłam, ze wiele rzeczy robi genialnie) i od czasu do czasu wciela się w rolę Pana Trenera (możecie o tym przeczytać TUTAJ).

O 18.30

dzieci idą się kąpać, o 19.00 zasiadają do bajki (przyznaję się – moje dzieci oglądają bajki – nie jakąś horrendalną ilość, ale bajki są obecne w ich życiu. W tej chwili na topie mamy koreańską bajkę „Robocar Poli” dostępną na You Tube w wersji francuskiej lub rosyjskiej. Pytałam kiedyś Jasia co on rozumie z tej bajki i okazuje się, że zaskakująco dużo:))

O 19.30

wspólna kolacja. Znów obowiązkowy punkt programu, zawsze o tej samej porze, zawsze taka sama ilość wymienników (czyli węglowodanów w posiłku). Potem, w zależności od tego czyja jest dzisiaj kolej, (odkąd moje dzieci przestały być karmione piersią kąpiemy i usypiamy je na zmianę – raz ja, raz mąż) jest usypianie dzieci.

Tu się zaczyna najciekawsze. Podejrzewam, ze w żadnym innym domu nie zajdziecie takiego systemu. Jeśli gdzieś jest, to koniecznie dajcie znać.

Otóż o godzinie 20.00 moja druga połowa również idzie spać. Mój mąż bowiem często bywa w Korei (tej lepszej:)) a tam mamy 7 godzinną różnicę w czasie (do przodu). Więc Piotr kładzie się spać o 20.00, a ja mam wtedy eleganckie, prawie niczym nie zmącone 4 godziny pracy.

O 23.00

znów mam pomiar cukru Jasia, a o 24.00 z reguły idę spać. Co się dzieje później, to nie mam pojęcia bo śpię jak zabita. Po dzienniczku samokontroli i wpisach w nim widzę, że mąż wstaje o 3 w nocy, bada Jaśkowi cukier i zabiera się do pracy. Pracuje do rana, czyli do momentu, gdy wstaną dzieci i Pani Swojego Czasu zwleka się ponownie z łóżka.

I znowu mamy dzień.

Jak wygląda Wasz dzień? Regularny do bólu czy codziennie inne szaleństwo? Napiszcie koniecznie!