Listopad jest specyficznym miesiącem. Pamiętam, że gdy pracowałam w hotelu to bardzo lubiłam listopad, bo w Krakowie jest to miesiąc w którym statystycznie wypada najwięcej mglistych dni. W związku z czym ląduje mniej samolotów, a w związku z czym w hotelu melduje się mniej gości.

Tak, przyznaję, to było mało biznesowe myślenie – na swoją obronę mam fakt, że miałam dwadzieścia parę lat i biznes jakoś nie był moim priorytetem. Chodzi o to, że lubiłam listopad. A teraz tak jakby nie bardzo.

Listopad w Krakowie jest szary, bury i ponury. Smog wisi nad miastem jak jakaś wielka zaraza i pobiera z ciebie resztki wszystkiego, co dobre i optymistyczne. Nawet jazda na rowerze już tak nie cieszy, bo wieczorem przeczytasz, że jadąc na rowerze właśnie sobie zafundowałaś raka albo coś równie strasznego od tych wszystkich substancji smolistych, których się nawdychałaś.

I w tymże paskudnym listopadzie zdarzyły się Pani trzy rzeczy:

Po pierwsze dostałam komentarz na fejsie, w którym zostałam, nie owijając w bawełnę, zmieszana z błotem. Zostałam nazwana „pseudotrenerką pseudopsychologicznych szkoleń” i jeszcze jakoś inaczej – niezbyt pozytywnie w każdym bądź razie (zainteresowanych odsyłam do źródła).

Tąpnęło mną to – miła być może nie jestem, ale lubię być pomocna. Lubię pomagać innym. Zarówno interesownie, jak i bezinteresownie. Interesownie – pomagam za pieniądze – szkolę i konsultuję, a bezinteresownie pomagam oddając krew (jestem honorowym dawcą krwi) i na przykład pisząc bloga. Więc dostawszy taką opinię przejęłam się nią i byłam przejęta całe dwa dni. Przyjaciele mogą potwierdzić, bo byłam struta zarówno na spotkaniach, jak i podczas rozmów telefonicznych. Pani Swojego Czasu rzadko kiedy jest struta – raczej zawsze jest mnie dużo i pełno – szybko mówię, szybko chodzę, dużo się udzielam i dużo gestykuluję. Jak milknę i zaczynam grzecznie przytakiwać to znaczy, że coś jest nie tak.

Ale po tych dwóch dniach pomyślałam sobie – o nie moja droga. Nie może tak być, że każesz innym brać tyłek w troki, a sama tu siedzisz i się użalasz nad sobą. Postanowiłam zrobić na złość tej komentującej osobie, która pewnie chciała mnie osłabić, a niechcący mnie wzmocniła.

I się zebrałam i działam.

Druga rzecz to wizyta w studio Dzień Dobry TVN, która odarła moje myślenie o telewizji ze wszystkich mitycznych wyobrażeń, które kiedykolwiek miałam na jej temat. Siedząc w studio i patrząc jak się to wszystko odbywa, myślałam sobie, że nie posiadanie telewizora i nie oglądanie telewizji jest jedną z lepszych decyzji, jaką kiedyś podjęłam. Świat telewizji i świat rzeczywisty to dwa różne światy i naprawdę niewiele mają ze sobą wspólnego. Siedziałam na białej kanapie naprzeciw prowadzących program i zastanawiałam się jak to możliwe, że zaraz po Pani doktor siedzącej obok mnie, wiem najwięcej na temat zagadnienia, o którym się tu rozmawia. Co więcej – nikt dokoła (oprócz mnie i Pani doktor) nie ma ochoty tego zagadnienia w jakikolwiek sposób zgłębiać. No jasne – zadajemy pytania, ale to w końcu telewizja śniadaniowa – pytania trzeba zadawać. Grzecznie kiwamy jak słyszymy odpowiedź, dużo się uśmiechamy, bo ma być miło i kolorowo.

Po trzecie – dostałam prezent.

Prezent bezinteresowny, który zmusił mnie do zastanowienia się nad wiarą w siebie, w swoje możliwości i w swoje przekonania.

Otóż Monika z manufaktury moniki uszyła mi przepiękną torbę. Torbę Pani Swojego Czasu. Możecie ją zobaczyć TUTAJ. Ta torba jest ewidentnie gadżetem reklamowym, ale dla mnie ma dużo większe znaczenie. Ta torba jest dla mnie deklaracją wiary w samą siebie.

Odkąd pamiętam miałam problem z wiarą w siebie. W to, że mogę być jaka chcę i będę w tym dobra. W to, że nie zawsze muszę być doskonała. W to, że to co robię jest dobrej jakości.

Zawsze to ktoś inny wierzył we mnie bardziej niż ja sama w siebie. W szkole podstawowej wierzył we mnie mój Tata, który mnie przekonywał, że mogę być kimkolwiek tylko zechcę. A ja miałam ambicje iść do szkoły zawodowej i zostać fryzjerką (to były takie czasy, w których nie było salonów fryzjerskich i artystów fryzjerów mających taką renomę jak dzisiaj). Nie wierzyłam, że się dostanę do liceum. Dostałam się bo tata we mnie wierzył i to mi pomogło.

W liceum wierzył we mnie mój obecny mąż, którego tam właśnie poznałam. To on „wypchnął” mnie na studia w Krakowie, bo ja oczywiście nie wierzyłam, że się dostanę.

Podczas moich pierwszych lat pracy zawodowej to inni wierzyli we mnie, udowadniali mi, że się nadaję i pokazywali mi, że moje sukcesy nie są przypadkowe, że sobie na nie zapracowałam.

Zawsze Ktoś wierzył we mnie.

A torba, którą dostałam od Moniki i którą z dumą noszę na swoim ramieniu uświadomiła mi, że teraz ja sama wierzę w siebie. Jestem Panią Swojego Czasu i się tego nie wstydzę. Umiem zarządzać swoim czasem i jestem z tego dumna. Umiem organizować sobie życie i mówię o tym otwarcie.

Wierzę, że mogę, że dam radę, że mi się uda.

Niestety nie wiem z czego to wynika, a w związku z tym nie wiem, co mogę powiedzieć komuś, kto w siebie nie wierzy. Mogę tylko powiedzieć do Was Drogie Panie:

Widzę jak dużo robicie i z iloma sprawami, zadaniami i obowiązkami dajecie sobie radę. Ile macie na głowie i ile rzeczy ogarniacie. Uwierzcie mi – jesteście Paniami Swojego Czasu!

Nie traćcie czasu na podważanie swoich kompetencji, zastanawianie się czy dacie radę, myśleniu o tym, co będzie gdy ktoś Was skrytykuje i obawę przed wyśmianiem.

Ktoś kiedyś podważy Twoje kompetencje, powie, że nie dasz rady, skrytykuje Cię bardzo ostro, a nawet wyśmieje.

A Ty wtedy miej ze sobą jakiś swój talizman (tak jak ja mam teraz torbę) i patrząc na niego powiedz sobie „wierzę w siebie”.