Przyznam Ci się, że dzisiaj naprawdę nie wiem, jak z mojego artykułu zrobię „tramwaj” do zarządzania czasem (czy wiesz, co to „tramwaj”? Pisałam już kiedyś o tym, ale jeśli chcesz, z chęcią ponownie wyjaśnię w komentarzu).

Bo dzisiaj chciałam napisać o tym, co dzieje się ostatnio w moim życiu, a co jest szczególnie dla mnie ważne i że w związku z tym zauważam wokół wiele różnych rzeczy, mających na mnie olbrzymi wpływ.

Dzisiejszy artykuł będzie też chwaleniem się.

Takim odważnym, bezczelnym i niemającym nic wspólnego ze skromnością. Takim na wskroś amerykańskim i zupełnie niepolskim!

Kurier, który ostatnio zapukał do drzwi, przyniósł najnowszą dostawę książek, wśród nich znaną już chyba wszystkim, z wyjątkiem mnie, Drogę Artysty Julii Cameron. Książkę, którą chciałam na sobie przetestować, a o której usłyszałam dużo pozytywnych opinii, gdy zaczęłam przygodę z malowaniem.

Dlaczego akurat tę? Ponieważ gdy myślę o skromności, o niedocenianiu własnych talentów, umiejętności i spraw, które sprawiają nam przyjemność, to myślę właśnie o sztuce. Od zawsze lubiłam malować, rysować, lepić, coś tworzyć. Nigdy nie wychodziło mi to dobrze, a konkretniej rzecz ujmując – nigdy to, co stworzyłam, nie opisywało rzeczywistości tak dokładnie, jak miało opisywać. Z przeszłości wyniosłam wyobrażenie, że sztuka powinna wiernie odzwierciedlać rzeczywistość, czyli jabłko ma wyglądać jak jabłko, a oko człowieka jak oko. Moje jabłka, moje oczy i wiele innych malowanych lub szkicowanych przeze mnie rzeczy nigdy nie wyglądały tak, jak w rzeczywistości.

W związku z tym pogodziłam się z faktem, że to, co tworzę, jest brzydkie i mimo, że nadal lubiłam to robić, pozostawiłam ten akt twórczy już tylko w ramach zabawy z dziećmi.

Książka Droga Artysty, którą czytam, jest ważna dla mnie właśnie pod tym względem – pokazuje, jak radzić sobie ze swoim największym wrogiem, czyli wewnętrznym cenzorem. Ten cenzor czy też krytyk, to głos ciągle powtarzający w głowie:

Chyba żartujesz! TO chcesz pokazać ludziom…?”,

Chyba oszalałaś?! Zamierzasz głośno powiedzieć, że jesteś w czymś doskonała? A jak ci się nie uda i zaliczysz wpadkę? Co wtedy? Powiesz: „Sorry – jednak się myliłam, bo jestem kiepska?” No bo nie ukrywajmy – kim ty, do cholery, jesteś, żeby głosić wszem i wobec, że jesteś w czymś bardzo dobra?

Takie głosy wewnętrznych krytyków i cenzorów mogłabym spisywać nawet cały dzień, wiecie? Od lat je słyszę, od lat są „przyjaciółmi”, obecnymi w moim życiu. Jednak dzisiaj różnica polega na tym, że uczę się, że głos mojego krytyka nie jest głosem obiektywnym. Uczę się, że głos mojego krytyka może być blokadą, która nie pozwala iść dalej. Co więcej – uczę się, że głos mojego krytyka może być blokadą nie tylko dla mnie, ale także dla mojego biznesu. Jeśli wewnętrzny cenzor wmówi mi, że moja praca nie ma sensu, to wiele, wiele kobiet nie otrzyma wsparcia tylko dlatego, że w niego uwierzyłam!

Od lat uczę się, jak radzić sobie z wewnętrznym cenzorem. Od lat, cholernie bojąc się jego słów i tego, że może mieć rację, działam wbrew wszystkiemu, co od niego słyszę. To mnie bardzo dużo kosztuje, ale też z każdym kolejnym przedsięwzięciem jest mi coraz łatwiej i łatwiej.

I tym chciałabym się z Wami podzielić.

My, Kobiety, jesteśmy wyjątkowo dobre w hodowaniu w sobie takich krytyków – nie jesteś wystarczająco mądra, kompetentna, doświadczona. Kto to widział, by prosić o podwyżkę, skoro zarabiasz i tak więcej, niż większość Polek w Polsce. Kto to widział, by tak się chwalić. Kto to widział, by mówić, że jesteś tego warta i dodawać, że nie masz na myśli kosmetyków z reklamy.

Wiecie, że wszystkie badania pokazują, że Kobiety zarabiają mniej nie dlatego, że na mniej zasługują, lecz dlatego, że nie proszą o podwyżki? Wiecie, że Kobiety nie odzywają się jako pierwsze na spotkaniach i zwykle rozpoczynają mężczyźni? Wiecie, że Kobieta, dopóki nie jest na 100%, na 300% przekonana – w ogóle nie zabierze głosu, bo a nuż popełni błąd i w tym czasie laury zbierze ten (no właśnie – z reguły ten!), który posiada zaledwie 70% wiedzy, ale nie brak mu odwagi, tupetu i przekonania o własnej doskonałości?

Miałam to szczęście, że gdy zaczynałam jako Pani Swojego Czasu, o blogu szybko zrobiło się głośno. No właśnie – nawet teraz złapałam się na tym, co napisałam: „miałam to szczęście” – jakbym to nie ja zrobiła, jakby przytrafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. Mój cholerny krytyk i cenzor nie pozwala napisać – „zrobiłam coś dobrego, postarałam się, zapracowałam i w związku z tym osiągam efekty”.

Był taki okres, że co chwila zamieszczałam na fejsie linki do wywiadów ze mną, o które wiele osób prosiło. I wiecie, za co mi wstyd? Że sama o sobie zaczęłam myśleć, że „wyskakuję z lodówki”. Dlaczego tak jest, że my, Kobiety, łapiąc wiatr w żagle zaczynamy same o sobie tak myśleć? Jak mocne musi być w nas przekonanie o konieczności skromnego potakiwania i liczenie na to, że każdy nas znajdzie bez chwalenia się swoimi sukcesami, skoro nawet ja, buntująca się i namawiająca Was do zmiany zachowania, popadłam i dalej popadam w ten schemat?

Bardzo często to tupet, a nie talent decyduje o tym, kto zostanie artystą, a kto tylko artystą-cieniem, skrywającym się w mroku

(Julia Cameron, Droga Artysty).

Właśnie to zdanie poruszyło we mnie opisywaną strunę buntu pomieszanego z przekonaniem, że swoją pewność siebie musimy pielęgnować jak rzadką roślinę!

Julia Cameron opowiada o artystach. Ale czy kobieta prowadząca biznes – nie jest artystką? Czy kobieta pracująca na etacie i będąca świetna w tym, co robi – nie jest artystką? Czy matka, wychowująca swoje dzieci – nie jest artystką? Nie trzeba lepić, malować czy śpiewać, by być artystą.

Ale trzeba mieć tupet. Trzeba mieć odwagę.

Dalej nie wiem, jaki to ma związek z zarządzaniem czasem. Po prostu musiałam to z siebie wyrzucić i chciałam Wam o tym powiedzieć. Będę się chwalić, będę wyskakiwać z lodówki, będę mówić o tym, że znam się na zarządzaniu czasem. Bo znam się. Nie będę się tego wstydzić i nie mam zamiaru pomniejszać swoich zasług. A swojemu krytykowi mówię:

Ugryź się w dupę”!

Ola (Pani Swojego Czasu)

Pani Swojego Czasu