Wtrącanie nosa w nie swoje sprawy jest jedną z bardziej fascynujących aktywności ludzkich. Uwielbiamy patrzeć jak mają inni, co robią, jak żyją, co jedzą, gdzie ćwiczą, jak się kochają itp.

To jest bardzo fajne, bo może być niesłychanie inspirujące. Sama niedawno pisałam Wam jak inspirująca jest dla mnie Marie Forleo, a przecież ona również dużo odsłania siebie – mówi o swoich słabościach, wartościach, życiu z mężem itp.

Nie ma więc co ukrywać – ja również cierpię na tak zwane podglądactwo.

To, co mnie jednak uderza w tym fakcie to, to jak bardzo lubimy marnować czas na krytykowanie tych, którzy żyją inaczej niż my, działają inaczej niż my, wybrali inną drogę niż my i realizują się tam, gdzie my byśmy się nigdy nie realizowały.

Bardzo często stykam się z pełnymi oburzenia uwagami, czy mi nie wstyd tak otwarcie pisać o tym, że nie sprzątam. Czy mi nie wstyd, że zatrudniam kogoś do sprzątania, czyli komuś obcemu pokazuję bałagan w domu. Jestem przywoływana do porządku poprzez wzbudzanie poczucia winy; muszę pomyśleć o synach, którzy ponoć Wigilię w dresach spędzili i na dodatek suchary jedli (taki komentarz kiedyś dostałam, choć zielonego pojęcia nie mam dlaczego czytelniczka wysnuła takie wnioski na temat naszej Wigilii).

Dostaję informacje, że ja o zgrozo wolę nie porządkować przestrzeni wokół siebie, lecz odpoczywać i mieć czas dla siebie (jakby to jakieś przestępstwo było) i jeszcze dostaję informacje, żebym była świadoma tego, “że tak to z boku wygląda”.

A ja odpowiem tak.

No i co z tego, że tak to z boku wygląda?

Co z tego, że komuś się nie podoba? Co z tego, że teściowa myśli o mnie straszne rzeczy? Co z tego, że sąsiedzi myślą, że jestem Nieperfekcyjną Panią domu, bo nie mam firanek?

Co się takiego dzieje u mnie, w związku z tym, że ONI tak mają? Nic – absolutnie nic. To są ich oczekiwania, ich życie, ich preferencje, ich opinie. Mają do nich prawo. A ja mam prawo do swoich. I nie mam obowiązku, ani nawet powinności modyfikować swoich do „ichnich”.

Już jakiś czas temu zaakceptowałam fakt, że jestem inna. Jestem niewierząca, nie jestem Matką Polką, nie prasuję mężowi koszul, nie mam firanek (i zasłon również) w oknach, zamiast wakacji „all inclusive” wybieram wypad z dziećmi pod namiot. Nie jestem poprawna politycznie i wolę skisnąć niż komuś skłamać w twarz „bo nie wypada”. Generalnie w moim słowniku nie ma czegoś takiego jak „nie wypada”. Nie pracuję na etacie, kocham swoją pracę i nie narzekam jak to mi jest źle.

Jestem inna i bardzo to w sobie lubię.

Nie oczekuję, że wszyscy będą tacy. Nie oczekuję, że ktokolwiek będzie taki. Dwa razy w tygodniu przekonuję Was do tego, że warto wziąć czas w SWOJE ręce i zarządzać nim PO SWOJEMU. W swoje ręce – nie teściowej, nie sąsiadki, nie męża, a nawet nie Pani Swojego Czasu. Tylko swoje.

Zobacz co jest dla Ciebie najważniejsze i idź tą drogą. Ja nienawidzę sprzątać i zawsze to będzie mój ostatni priorytet – i uprzejmie zwracam uwagę, że masz prawo w związku z tym uważać, że jestem ostatnią fleją i w ogóle już po mnie. Masz prawdo do swojej opinii. Ale nie próbuj mnie namawiać do zmiany, bo ja się nie chcę zmienić w tym obszarze. Bo to mi pasuje. Bo ja tak działam. Bo wzięłam czas w swoje ręce, zarządzam nim po swojemu, według swoich wartości i priorytetów i wychodzi mi to doskonale. I tak – na mojej liście priorytetów odpoczynek stoi dużo wyżej niż porządek wokół. I mam do tego prawo.

Howgh.

A Ty? Idziesz swoją drogą? Jakakolwiek by ona nie była?