Pamiętaj, ten artykuł pisany był w 2016 roku, więc niektóre informacje nie są już aktualne. Jednak wciąż uczę moje dzieci tych samych zasad tylko dopasowanych do ich bieżących obowiązków 🙂

Ostatnio wiele osób pyta mnie o to, jakich nawyków związanych z zarządzaniem czasem uczę swoje dzieci. Jeśli myślicie, że jestem Szaloną Matką z Linijką, która już od najmłodszego uczy swoje dzieci wyznaczania priorytetów i planowania w perspektywie 6-miesięcznej, to – oczywiście – mylicie się.

Jestem przekonana, że w obszarze zarządzania czasem to my możemy więcej nauczyć się od dzieci. Dlaczego? Małe dzieci szanują siebie, swoje ciało, swoje możliwości i ograniczenia, podczas gdy my, dorośli – nie. Dokładnie pisałam o tym TUTAJ, więc nie będę się powtarzać.

Czy jest jednak coś, czego uczę swoje dzieci, a co ułatwia życie nam wszystkim? Oczywiście.

WSZYSTKO MA SWÓJ CZAS

Nasze dni bywają dość przewidywalne i – szczerze mówiąc – bardzo to w nich lubię. Być może jestem nudną i przewidywalną osobą Wstajemy o tych samych porach, jemy śniadanie i wychodzimy do szkoły i przedszkola. Dzieci odbieramy o tej samej porze. Zawsze o 16.30 jadamy podwieczorek, a o 19.30 kolację. Między posiłkami nie podjadamy niczego poza surowymi warzywami i nie pijemy niczego oprócz wody. Codziennie czytamy książki (wszyscy). Każda czynność ma u nas swój czas i rytm, i jest ustalona z pozostałymi domownikami, o ile ich dotyczy. Jeśli chcesz coś zmienić w rytmie dnia – no problem, ale musisz nas do tego przekonać (a to nie będzie łatwe).

KAŻDY MA PRAWO MIEĆ CZAS TYLKO DLA SIEBIE

W naszej rodzinie oczywiste jest, że każdy ma prawo mieć czas tylko dla siebie i każdy ma prawo ten czas spędzić tylko i wyłącznie ze sobą. Może wyjść na spacer i pobyć kompletnie sam, ale może też zamknąć się w pokoju i zażyczyć sobie, by nikt mu nie przeszkadzał.

Oczywiste jest dla nas również to (i takie było od urodzin naszych dzieci), że w momencie gdy potrzebujemy mieć czas dla siebie, nie okłamujemy naszych dzieci, lecz mówimy prawdę: „Tata idzie biegać”, „Mama idzie malować” itp. Nigdy w życiu nie okłamałam dziecka, mówiąc, że muszę iść do pracy, podczas gdy zamierzałam realizować własną przyjemność. Dlaczego? Dlatego, że chcę nauczyć moje dzieci, że przyjemność to nic strasznego, że każdy z nas ma do niej prawo i że dawanie sobie przyjemności nie oznacza zabierania miłości drugiej osobie. Mam prawo mieć czas dla siebie, co nie oznacza, że kocham Cię mniej.

Jaś ma prawie 7 lat i doskonale to rozumie – często sam korzysta z tego prawa. Gdy chce skupić się na swoich czynnościach, czasem prosi, byśmy mu nie przeszkadzali. Staramy się uszanować tę prośbę. 4-letni Franek miewa z tym jeszcze kłopoty, szczególnie gdy mama wychodzi malować i wiadomo, że nie będzie jej w domu cały dzień.

ZADANIA REALIZUJE SIĘ KROK PO KROKU

Jestem absolutnie przekonana, że nie byłabym tu, gdzie jestem, gdybym na hurra rzucała się do realizacji swoich pomysłów. Moje pomysły czasem mnie przerażają, ale na szczęście już wiem, co trzeba wtedy zrobić – rozpisać je na małe kroki i zacząć od wykonania maleńkich spraw. Dokładnie tak samo jest z dziećmi.

Największym koszmarem dla moich dzieci jest sprzątanie po całodziennej zabawie, zwłaszcza gdy znajdują się pod moją opieką (bo mąż nie pozwala chłopakom aż na taką rozpustę). Ich pokój zwykle wygląda tak, jakby do środka wpadła bomba; nawet mnie samą przeraża wizja sprzątania i rzeczy do ogarnięcia. Ale chłopaki dzielą ten świat na sektory: biurko i pod biurkiem, łóżko i pod łóżkiem, do połowy pokoju i od połowy pokoju, tory i klocki, klocki drewniane i klocki lego. Poza tym każdy z nich ma swój sektor do posprzątania – w ten sposób nie zajmują się sprzątaniem w ogóle, lecz jego małym wycinkiem. Rezultat? Po jakimś czasie posprzątanie wielu małych wycinków zapewnia porządek

Podobnie jest z odrabianiem lekcji. Jaś lubi czasem wyjąć wszystkie książki i zeszyty z pracą domową (a sporo tego jest): ćwiczenia nr 1, ćwiczenia nr 2, elementarz, zeszyty do języka polskiego i matematyki. Odrabiając jedno, gapi się na drugie i już myśli o tym następnym, zamiast skupić się na obecnym. Nie pozwalam na to. Proszę, by skoncentrował się na jednym zadaniu w 100%, zanim zacznie kolejne.

NIE MA CO NARZEKAĆ, TRZEBA DZIAŁAĆ

„I co w związku z tym?”. To pytanie chyba najczęściej zadawane w naszej rodzinie. Coś się stało. I co w związku z tym? „Mamo, a on mnie kopnął”. „I co w związku z tym?”. „Rozlałem mleko”. „I co w związku z tym?”. Wszystko, co robimy, wiąże się z jakimiś konsekwencjami, z których warto zdawać sobie sprawę. Zadania i czynności, których się podejmujemy, nie kończą się narzekaniem i rozgrzeszaniem, lecz konkretnym działaniem.

Narzekanie to taka typowo polska sprawa – źle mi, więc sobie ponarzekam i dzięki temu poczuję się lepiej (bo mam wrażenie, że coś zrobiłam). Ale nic nie zrobiłaś. Nie osiągnęłaś jakiegokolwiek innego efektu poza wylaniem trochę żółci.

Ja wolę więc uczyć moje dzieci działania i wyciągania wniosków z tego, co się stało. Skoro coś się zepsuło, trzeba to naprawić. Skoro uderzyło się brata, trzeba go przeprosić. Skoro się nabałaganiło, trzeba posprzątać.

RODZINA JEST SYSTEMEM, W KTÓRYM DZIAŁA SIĘ WSPÓLNIE

Mam to szczęście, że nie musiałam robić czegoś, czym chwali się wiele Kobiet, a mianowicie – nie musiałam „wychowywać sobie” męża. Po pierwsze dlatego, że takie podejście zakładałoby, że mąż jest dzieckiem, tymczasem mój mąż to nie moje dziecko. Po drugie dlatego, że wybrałam partnera, który podziela moje podejście do życia, a obszary początkowo nieznane zostały dopracowane w trakcie częstych dyskusji.

Moje założenie jest następujące: rodzina stanowi całość, o którą WSZYSCY mają obowiązek dbać. Nikt nie jest na to za mały, za duży, za stary czy też zbyt zmęczony. Każdy ma określone prawa i każdy ma obowiązki. Ty gotujesz, jak zmywam. Ty wieszasz pranie, ja je ściągam. Ty idziesz na zakupy, ja w tym czasie zajmuję się chłopakami. Oboje z mężem pracujemy zawodowe i oboje zajmujemy się domem, dziećmi i pozostałymi kwestiami. Nikt nikomu nie pomaga, tylko każdy robi to, co do niego należy.

W tym systemie dzieci również posiadają swoje obowiązki, jest więc oczywiste, że je wykonują. Dopóki ja przygotowuję śniadanie, one sprzątają po jedzeniu; mama czy tata nie są od tego, by odnosić naczynia do zlewu lub do zmywarki. Skoro nabałaganiłeś, to musisz posprzątać. Jeśli nie masz ochoty, nie musisz jeść tego, co przygotowałam, ale – o ile sam sobie nie zrobisz – niczego innego nie ma. To bardzo proste zasady, które powodują, że każdy wie, z czym ma do czynienia, dlatego nikt nie czuje się wykorzystywany.