Z reguły jest tak, że kryzys, którego doświadczamy, wydaje nam się tym najważniejszym, najtrudniejszym i najbardziej dotkliwym. Spotykam się z tym ciągle, gdy Klientki opisują mi swoje sytuacje i swoje problemy jako zupełnie wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju.

Tymczasem po przyjrzeniu się sprawie okazuje się, że wcale nie jest tak unikalna. Że większość z nas doświadcza podobnych kryzysów i że na te kryzysy istnieją podobne rozwiązania. Oczywiście w kontekście pojedynczych zadań i spraw można znaleźć różnice, jednak ogół działań jest taki sam.

Dlaczego akurat teraz podejmuję taki temat?

Nadszedł ten czas w roku, kiedy na tydzień staję się słomianą wdową i jestem w domu sama z dziećmi, bo mąż realizuje się naukowo gdzieś na drugim końcu świata. Doskonale wiem, że dla niektórych kobiet nieobecność męża przez cały dzień to norma, jednak nie dla mnie. W naszym domu funkcjonuje system, w którym wszystko robimy na zmianę, na spółę i po równo. Sprawy, których nikt nie chce robić, nie są realizowane (dlatego wciąż mamy gołe żarówki zamiast żyrandoli – nie jest to dla nas ważna kwestia).

Ale gdy rozpoczyna się tydzień, w którym jestem w 100% sama, oczywiście nasz system nie działa, bo nie mam z kim zamienić się lub podzielić zadaniami po połowie.

I w takiej właśnie chwili myślę sobie, że samotne Matki to absolutne heroiny i bohaterki naszych czasów. Naprawdę, Drogie Kobiety – czapki z głów!

Wydawać by się mogło, że skoro nastąpił kryzys, to muszą pojawić się i bałagan, i chaos. Nic bardziej mylnego! Jeśli w codziennym, dzielonym po połowie życiu panują porządek i organizacja, to w samotnym życiu jest organizacja do kwadratu. Głównie chodzi o chorobę Jaśka – jej ogarnięcie stanowi priorytet, więc nie ma mowy o jakichkolwiek potknięciach. W końcu chodzi o zdrowie i życie mojego syna.

Jak więc wygląda dzień słomianej wdowy?

6.30 – wstaję, szykuję śniadanie i drugie śniadanie do szkoły, ogarniam się i powoli wybudzam chłopaków;

7.00 – wstają chłopaki; Jaś mierzy cukier, następnie wszyscy jemy śniadanie i pakujemy plecaki (drugie śniadanie i zestaw cukrzycowy);

7.30 – wychodzimy do szkoły i przedszkola;

8.00 – zaczynam pracę. Mam czas tylko do 9.30, więc pracuję. Zero pogaduszek, mejli, FB – to mój najlepszy i najbardziej efektywny czas na pracę.

9.30 – pierwsze szkolne mierzenie cukru u Jasia; wskazania dotyczące dawki insuliny i śniadanie. Jeżeli dobrze pójdzie. Jeżeli źle, harmonogram wygląda tak:

9.30 – telefon do syna:

– Jaś, zmierz cukier – mówię.

– Nie mogę, mamo – słyszę – bo robię teraz coś super ważnego (na przykład: „naklejam skrzydło pingwinowi” – 1 klasa).

– OK, zadzwoń do mnie za 5 minut.

9.40 – telefon od syna:

– Już nakleiłem i mogę zmierzyć cukier – mówi Jaś.

– To zmierz.

9.50 – rozmowa z synem:

– Mam 56.

– Zjedz cukierka i całe śniadanie i zadzwoń do mnie po zjedzeniu.

10.05 – rozmowa z synem:

– Zjadłem. Ile insuliny mam sobie podać?

– 1,5. Bolus standardowy.

Jak widzicie, od momentu pierwszego telefonu minęło około 40 minut. Staram się te 40 minut dobrze wykorzystać, aczkolwiek nie jest to łatwe. Załatwiam wtedy pojedyncze mejle, ogarniam social media, edytuję zdjęcia, planuję wpisy, deleguję zadania. Często wykorzystuję to czekanie jako przerwę na kawę albo ogarnięcie mieszkania (czyli coś, na co zwykle szkoda mi czasu podczas pracy).

10.15 – wracam do pracy. Gdy jestem sama, muszę być non stop pod telefonem. Nie znoszę tego, ale to konieczne. Poziom cukru często jest nieprzewidywalny i zdarza się, że ni gruchy, ni z pietruchy spada lub rośnie. Jaś dzwoni, a gdy nie może się dodzwonić – przejmuje się (co dodatkowo powoduje wahania cukru).

Nauczyłam się jednak wybiórczo traktować telefony – odbieram tylko i wyłącznie połączenia od syna, resztę skutecznie ignorując. Na szczęście niespodziewane telefony zdarzają się rzadko.

12. 30 – kolejne mierzenie cukru u Jaśka. Szopka lubi się powtarzać („nie mogę teraz zmierzyć, bo gram w szachy”). W tym czasie gotuję sobie obiad.

Gdy jestem sama, podczas obiadu lubię oglądać jakieś kursy, webinary lub szkolenia online. Wiem, że to niedobre dla mojego systemu trawiennego, ale trudno. Około 13.45 wracam do pracy (tak – obiad mam zawsze błyskawiczny; nienawidzę babrać się z gotowaniem).

15.00 – wychodzę po dzieci;

16.00 – jesteśmy w domu. Jaś mierzy cukier, potem pół godziny dla chłopaków na samodzielną zabawę. W tym czasie przygotowuję podwieczorek.

16.30 – jemy podwieczorek;

17.00 – Jasiek odrabia lekcje, ja bawię się z Frankiem. Pakujemy też plecak na następny dzień.

17.30 – wspólne zabawy lub: wspólne robienie/wieszanie/ściąganie prania, wspólne załadowanie/rozładowanie zmywarki, wspólne zamiatanie mieszkania;

18.30 – kąpiel;

19.00 – mierzenie cukru i bajka chłopaków. Ja w tym czasie biorę kąpiel i w wannie czytam książkę.

19.30 – kolacja;

19.50 – założenie znieczulenia Jasiowi (jeśli to dzień zmiany wkłucia – a dziś akurat taki dzień wypada);

20.00 – mycie zębów, bajka, usypianie;

20.45 – mam czas dla siebie, co oznacza, że – gdy jestem sama – powinnam: ogarnąć mieszkanie po całodziennym tajfunie, zaplanować jutrzejszy dzień, wybrać ubrania dla siebie i dla chłopaków (choć często robią to sami), przeczytać książkę, a czasem jeszcze popracować. Bywa, że jestem tak zmęczona, że padam na twarz i oglądam jakiś serial. Niestety, nie mogę tak po prostu walnąć się do łóżka i iść spać, bo:

21.00 – zmiana wkłucia u Jasia;

22.00 – pierwsze nocne mierzenie cukru u Jasia;

01.30 – drugie nocne mierzenie cukru u Jasia;

04.30 – trzecie nocne mierzenie cukru u Jasia i – oczywiście – ewentualne interwencje, jeżeli coś jest nie tak (za duży cukier – podanie insuliny; za niski cukier – trzeba wybudzić Jaśka, żeby wypił sok).

Nocne pomiary cukru i fakt, że ANI JEDNEJ NOCY nie prześpisz w całości – są najtrudniejsze. Bo sen pomaga na wszystko, a ja nawet snu nie mam.

No i 6.30 – wstajemy!

W trakcie moich kryzysów (doskonale rozumiem, że są rodziny, dla których to nie jest żaden kryzys, tylko lajcik) stosuję pewną zasadę, którą nazywam „zasadą ABC” i której trzymam się kurczowo, bo zawsze mi pomaga. Przez wielu jest krytykowana, ale ja mam to gdzieś.

„Zasada ABC” wygląda następująco:

ABSOLUTNIE nie przejmuj się pierdołami.

Pierdoły to wszystko to, co nie jest w danej chwili kluczowe. Wszystko to, co zabiera Ci czas, a prowadzi donikąd. Wszystko to, co uszczęśliwia innych, ale nie Ciebie. Wszystko to, co powoduje, że jesteś zmęczona.

Sprzątanie, kubki na blacie, mejl, na który nie odpowiedziałam, post na social media, brudne okna na wiosnę, pusta lodówka, czyjeś prośby o moje zaangażowanie się w jakąś inicjatywę, krzywe spojrzenie teściowej – w takim okresie to wszystko ląduje u mnie w kategorii „pierdoły”. Oczywiście Ty masz prawo mieć swoją, zupełnie inną kategorię pierdół.

BEZWSTYDNIE wykorzystuj ludzi dokoła.

Kiedyś nie tylko nie umiałam prosić o pomoc, ale nawet nie umiałam przyjmować oferowanej pomocy. Chociaż dzisiaj wciąż mam z tym problem, nie przeszkadza mi to w pytaniu o wsparcie, a nawet w domaganiu się go – w końcu nie jestem sama na tym świecie; skoro często coś daję, chcę też czasem coś dostawać. Jeśli ktoś o tym zapomina, w trakcie mojego kryzysu na pewno mu przypomnę.

CIESZ się tym, co masz – może być gorzej.

I tu wracamy do tego, co napisałam na początku.

Każda z nas przeżywa swoje kryzysy i trudne sytuacje. Gdy zdiagnozowano nam syna, a my codziennie odwiedzaliśmy go w szpitalu, przechodząc obok dziecięcego oddziału onkologicznego, mówiłam do siebie w myślach: „Jak to dobrze, że mam zdrowe dzieci”, choć przecież jedno z nich nie było i nie jest zdrowe. Ale skala nieszczęść na tym świecie jest tak duża, że naprawdę nasze trudności nie są końcem świata.

Co jednocześnie nie oznacza, że nie daję sobie prawa do słabości i „gorszych” emocji – smutku, żalu, a nawet złości. To, że mój kryzys nie jest największym kryzysem świata, nie oznacza, że nie mogę odczuwać negatywnych emocji z nim związanych!

A ponieważ jestem obecnie w samym środku mojego kryzysu, uprzejmie proszę o wyrozumiałość i cierpliwość

A jak Ty radzisz sobie z kryzysami?

Zrob to dziś leadpages

Ola (Pani Swojego Czasu)