Nie martw się, to nie będzie artykuł w rodzaju „20 rzeczy, jakich nie wiesz o Pani Swojego Czasu”.

Nie lubię takich artykułów i bez względu na to, co mówią wszystkie marketingowe szychy (a mówią, że świetnie się „sprzedają”), ktoś musiałby mi sporo zapłacić za ich napisanie. Także jeśli chcecie – szykujcie kasę 🙂

W takim razie o czym jest mój artykuł?

Pani istnieje już od 10 miesięcy. A w zasadzie – dopiero od 10 miesięcy, bo to przecież nie szmat czasu, choć sposób, w jaki Pani powstała, jest z czasem bardzo mocno związany. I z moimi celami. I z moimi priorytetami.

Powstanie Pani nigdy nie było planowane. Decyzję podjęłam w ciągu minuty, a że umiałam już robić strony internetowe (nauczyłam się tego w Latającej Szkole Agaty Dutkowskiej), jeszcze tego samego wieczora powstała strona www, następnego dnia fanpejdż – i poszły w świat!

Bo na co czekać, prawda? Skorzystałam z faktu, że posiadam pewien dar, pewną cechę, które bardzo w sobie lubię, mianowicie to, że gdy coś postanowię i chcę coś zrobić – po prostu to robię. Nie czekam, nie myślę, nie analizuję, nie pytam stu tysięcy osób, co o tym myślą i jakie mają pomysły, tylko działam. Od razu dodam, że pomysł okazuje się czasem stratą czasu, mimo to wszystkie działania traktuję jako swego rodzaju inwestycję. W przypadku Pani była to trafiona inwestycja.

No ok, ale skąd pomysł?

Jeszcze rok temu (dokładnie w czerwcu 2014 roku) moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Każdego miesiąca mniej więcej 10-12 dni spędzałam poza domem, prowadząc szkolenia w całej Polsce. Po powrocie zdarzało się, że dzieci zwracały się do mnie „tato”, a mąż cierpliwie tłumaczył mi dawkowanie ich lekarstw, bo przecież nie byłam z nimi u lekarza i nie miałam o tym zielonego pojęcia.

Stojąc w sali szkoleniowej w Kielcach, Juracie, Kudowie, Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu czy gdziekolwiek akurat przebywałam (nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia poza ewentualną odległością od domu) i patrząc na – jakby nie było – obcych sobie ludzi, zastanawiałam się, dlaczego jestem tutaj z nimi, a nie w domu z moimi dziećmi? Dlaczego oddaję im całą swoją energię, pomysły i entuzjazm, nic nie zostawiając sobie? Pytałam siebie, czy tak już będzie do 70-tki? Prowadzę przecież działalność gospodarczą, wiec nie mam żadnej szansy na godziwą emeryturę.

Zastanawiałam się też, czy na pewno chcę, by tak wglądało moje życie? Czy chcę kilka razy w tygodniu pakować walizki i jeździć po całej Polsce, wszędzie przebywając tylko przez chwilę?

I wtedy mój syn wylądował w szpitalu. Brzmi jak melodramat i tak ma brzmieć; zresztą – każdy rodzic, którego to dotknęło, ma w dupie, jak to brzmi. Pamiętam strach i krzyki mojego dziecka. Pamiętam płacz mojego męża. Pamiętam swoją bezradność i przekonanie, że ja płakać nie mogę, bo przecież ktoś musi się trzymać, prawda?

U mojego syna w wieku 5 lat zdiagnozowano cukrzycę typu 1 – to choroba nieuleczalna, i choć na szczęście da się z nią żyć długo i szczęśliwie – zmienia życie na bardzo wielu płaszczyznach.

Twoje życie staje się tak regularne, jakim nigdy przedtem nie było. Jesz 5 razy dziennie – zawsze o tej samej porze. Ważysz swoje posiłki. Przeliczasz, ile w każdym daniu jest węglowodanów, białek i tłuszczy, określając wymienniki węglowodanowe i białkowo-tłuszczowe. Mierzysz dziecku poziom cukru we krwi co najmniej 8 razy dziennie, także w nocy. Nagle przypominasz sobie, jak to jest mieć noworodka w domu. Do każdego posiłku podajesz insulinę, której ilość musisz wcześniej wyliczyć w zależności od poziomu cukru oraz rodzaju spożywanego przez dziecko posiłku. Wszędzie nosisz ze sobą wagę.

Gdy wylądowaliśmy w szpitalu – dałam wszystkim znać, co się dzieje, i ucięłam wszelkie swoje zobowiązania na najbliższe dwa miesiące.

W ciągu godziny zrezygnowałam ze wszystkiego, co miałam zaplanowane na kolejne dwa miesiące, mimo że decydowało o poziomie naszego życia. Pamiętaj bowiem, że własna firma (a taką posiadam) oznacza jedno: nie pracujesz – nie zarabiasz. Nie pytałam nikogo o zdanie czy pozwolenie. Nie zastanawiałam się, co reszta świata na to powie oraz jakie będą tego konsekwencje, bo priorytet miałam jeden – moje dziecko!

Gdy minął pierwszy szok, a ja byłam już w stanie skupić się na czymś innym, niż powtarzaniu w kółko: “nie wierzę w to”, dotarło do mnie, że od teraz moje życie będzie wyglądało zupełnie inaczej – nie tylko w tym aspekcie, na który nie miałam najmniejszego wyboru, bo los zdecydował za mnie, ale głównie w obszarach, w których sama mogłam podejmować decyzje.

Postanowiłam więc, że moje życie stanie się odmienne od dotychczasowego. Że nie będę ciągle na walizkach. Że moje dzieci nie będą mówić do mnie „tato”. Wreszcie – że sama będę budować swoją przyszłość, swoją markę i swoje życie.

I wtedy pojawiła się Pani Swojego Czasu 🙂

Ola (Pani Swojego Czasu)

Pani Swojego Czasu