Pisząc ten tekst, lecę samolotem. Do Hiszpanii. Na wyprawę rowerową. Nie żebym była jakąś zapaloną rowerzystką, ale jest okazja uciec z Krakowa pełnego smogu, skutego śniegiem i lodem (gdy wylatuję, w Krakowie o poranku jest minus siedemnaście stopni), a na dodatek zostawić męża i dzieci i udać się w towarzystwie fajnych dziewczyn. Kto by nie skorzystał…?

Ale w zasadzie nie o tym chciałam.

Otóż jako była stewardesa kocham latać. Nie wiem, ile lotów za mną, bo nigdy ich nie liczyłam, ale na pewno zaliczyłam ich więcej niż przeciętny człowiek.

Uwielbiam być w powietrzu. Uwielbiam turbulencje. Mogłabym lecieć przez trzy godziny w ciągłych turbulencjach, szczelnie zapięta pasami. No, takie mam zboczenie.

W trakcie szkolenia, które przeszłam w liniach lotniczych, uwielbiałam praktyczne zajęcia z tzw. safety and emergency procedure: jak ugasić pożar na pokładzie, jak przeprowadzić ewakuację, jak poprawnie zjeżdżać ze ślizgawki, jak przyjąć brace position (to pozycja przyjmowana na wypadek awaryjnego lądowania).

Wiem o lataniu więcej niż przeciętny pasażer linii lotniczych, a więc wiem również, że prawdopodobieństwo, że coś się faktycznie wydarzy, w zasadzie jest znikome. A mimo to właśnie w samolocie zaczynam myśleć górnolotnie i patetycznie.

Samolot jest takim miejscem (przynajmniej dla mnie i raczej wtedy, gdy latam sama), w którym jestem odcięta od świata (mimo ludzi siedzących obok), a dystans fizyczny wobec wszystkiego, co zostawiłam za sobą, pozwala mi złapać dystans do życia.

To w samolotach często zastanawiam się nad tym, czy żyję tak, jak chcę żyć.
To w samolotach często pytam siebie, czy robię to, co chcę robić.
To w samolotach często oceniam, czy jestem szczęśliwa, czy moi bliscy są ze mną szczęśliwi, a jeśli coś zgrzyta, co mogę zmienić, aby przestało.

I czasem pytam samą siebie: „A co by się stało, gdyby właśnie nadeszła ta chwila? Gdyby właśnie nastał koniec?”.

Wiesz, jaka odpowiedź przychodzi mi do głowy?
„NIC”.

Oczywiście żal by mi było. Zapewne rozpaczałabym, że nie zobaczę przyszłości – przyszłości ludzi, których kocham, i przyszłości świata, w którym żyję. Bo życie generalnie fajne jest.

Ale patrząc wstecz, nie żałowałabym niczego. Bo w swoim życiu nie przejmuję się pierdołami. Nie poświęcam czasu nieistotnym sprawom. Nie odkładam na później swojego życia i swojego szczęścia.

Oczywiście milion spraw odkładam na później: umycie lodówki (chyba od lat), posprzątanie schowka (w końcu zabrał się do tego Mister B., bo niczego nie mógł znaleźć), wystawienie na sprzedaż niepotrzebnych książek (co obiecałam Wam już dawno temu), zdecydowanie, co zrobić z ubraniami, których już nie potrzebuję.

Ale to wszystko są drobiazgi.

Gdyby samolot, w którym teraz siedzę, miał spaść z hukiem na ziemię (oby nie!), to czy w ostatniej chwili żałowałabym, że odłożyłam umycie lodówki? No raczej nie.

Ale gdybym żyła inaczej, niż żyję, mogłabym żałować, że nie spędzałam więcej czasu z dziećmi lub z mężem. Mogłabym żałować, że realizowałam cudze cele zamiast swoich. Mogłabym żałować, że nigdy nawet nie zastanowiłam się nad tym, jakie są moje cele i co chciałabym robić w życiu. Mogłabym żałować, że nie zbudowałam niczego swojego.

Na szczęście nie żyłam inaczej.
I lepiej, żeby samolot jednak nie spadł.