Takie pytanie słyszę dosyć często, co ciekawe, zadają mi je nie kobiety, lecz mężczyźni, którzy zastanawiają się, dlaczego podobne inicjatywy nie są kierowane do mężczyzn.

Dzisiaj postanowiłam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tylko kobiety uczę zarządzania sobą w czasie, planowania i organizacji.

Od razu napiszę, że to nie jest tak, że uczę TYLKO kobiety, bo w moich kursach uczestniczą także mężczyźni i chwalą sobie udział, ja jednak z premedytacją kieruję swoją ofertę wyłącznie do kobiet.

No więc – dlaczego?

Żeby to wyjaśnić, cofnę się o kilka lat. Wystarczą 4-5, choć wszystko, co wydarzyło się przed tym okresem, również okaże się przydatne.

Otóż zawsze byłam świetnie zorganizowaną osobą. Odkąd pamiętam, wszystko robiłam na czas i wszystko robiłam dobrze. Egzaminy zawsze zdawałam w pierwszych terminach. Pracę zawsze realizowałam w wyznaczonym czasie. Nigdy niczego nie zawalałam, a wręcz przeciwnie – dostarczałam więcej, niż oczekiwano. Nigdy się nie spóźniałam, a nawet wszędzie pojawiałam się pierwsza i czekałam na pozostałych. Od zawsze wkurzało mnie rozmemłanie innych i marnowanie czasu, dlatego nie mogłam znieść faktu, że w pracy się siedzi, zbija bąki i gada o pierdołach, zamiast wziąć się do roboty. Od zawsze i (prawie) od wszystkich słyszałam, że jestem znakomicie zorganizowana, że można na mnie polegać, że jestem solidną firmą itp.

Jak na to reagowałam?

Nijak. A w zasadzie reagowałam. Jak typowa, przeciętna i niemal stereotypowa kobieta, która zamiast powiedzieć: „Dzięki. Też jestem z tego dumna!” albo „Dzięki, też to w sobie lubię!”, patrzyła gdzieś w bok i odpowiadała: „Oj tam, no wiesz, to nic takiego! Wiele osób tak potrafi/tak ma/tak działa”.

I wiecie, co? To wcale nie wynikało ze skromności (fałszywej lub nie); ja po prostu kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, że faktycznie jest to moją mocną stroną i swego rodzaju kompetencją! Co więcej (i żeby było ciekawiej): jako trenerka uczyłam innych efektywnie wykorzystywać czas, choć byłam przekonana, że sama tego nie umiem, ponieważ nigdy, przenigdy w swoim życiu nie zrobiłam matrycy Eisenhowera, a – jak wiadomo – jest to pierwsza rzecz, jaką poznajesz na każdym szkoleniu z zarządzania czasem (poza moim, oczywiście).

Wiele razy, mając tak zwany dołek, siedziałam i użalałam się nad sobą, jaka to ja jestem biedna, jak to ja niczego nie potrafię poza prowadzeniem szkoleń. Nie dostrzegałam, że najlepszą, najbardziej mnie wyróżniającą i najbardziej naturalną dla mnie umiejętność mam pod nosem!

Potrzeba było diagnozy choroby mojego syna, abym mogła przekonać się, jak wyjątkową kompetencję posiadam! Gdy na dwa miesiące pozwoliłam sobie na niepracowanie, siedzenie w domu i uczenie się życia od nowa, zobaczyłam, jak przydatnymi umiejętnościami dysponuję.

I to jest pierwszy powód, dla którego uczę kobiety i dla którego rozmawiam z kobietami; dostrzegam, że wiele z nich działa w takim samym schemacie, w jakim ja działałam: mają zajebiste kompetencje i potrafią robić takie rzeczy, że szczęka i gacie mi opadają, tymczasem one podsumowują je tak: „Oj tam, oj tam, nie wiem. Dobre zdjęcia każdy potrafi robić”.

No właśnie nie każdy! Nie każdy wykona je tak jak Ty! Nie każdy opisze, doświetli i sprzeda je tak jak Ty! Tylko Ty masz takie umiejętności i tylko TY możesz działać tak, jak tylko Ty potrafisz!

Nie wiem, być może mężczyźni na tym polu mają podobne problemy, ja jednak w swoim życiu spotykam zdecydowanie więcej kobiet, które najpierw nie zauważają swoich możliwości, a potem, gdy już je dostrzegą, boją się wyjść z nimi do świata. Chciałabym, byśmy stały się bardziej odważne i bardziej widoczne. Byśmy brały sprawy w swoje ręce i podejmowały własne decyzje; niezależnie od tego, jakie będą nasze wybory, niech będą naszymi wyborami, a nie wyborami innych o nas i za nas.

To był powód nr 1.

Jaki jest powód nr 2?

Zawsze byłam mocno nieśmiała, a jednocześnie ekstrawertyczna. Wiem, trudne wydaje się pogodzenie takich sprzeczności, ale w moim przypadku tak właśnie jest.

Zawsze do przesady zastanawiałam się, co pomyślą o mnie inni. Zawsze miałam obawy, czy mnie polubią, a jeśli nie, to dlaczego i co mogę zrobić, żeby jednak polubili. Opcja, że przecież nie muszą za mną przepadać, nawet nie pojawiała się w moim światopoglądzie.

Niestety, nikt mi nie mówił, że mam prawo działać po swojemu i że innym nic do tego. Niestety, nikt mi nie mówił, że wielu osobom nie spodoba się sposób, w jaki żyjemy, działamy, sprzątamy (lub nie) i że choć tu i ówdzie będą wtrącali swoje trzy grosze, mam prawo się tym nie przejmować, bo to moje życie. Byłam raczej wychowywana w przeświadczeniu, że „mądrzejszy ustępuje”, a nie w przekonaniu, że można dyskutować i przestawiać swoje argumenty. Dawniej wolałam czegoś nie zrobić, niż wpłynąć na niebezpieczne wody poddania się ocenie społecznej. Dawniej, mając zrobić coś, co spowodowałoby, że stanę się widzialna (choćby to była odpowiedź na forum klasy), robiłam wszystko, by pozostać w ukryciu (na przykład ubierałam się najgorzej, jak tylko można).

Dzisiaj, prowadząc kursy o tym, jak nie odkładać na później, poznaję setki kobiet, które nie robią czegoś ze strachu przed tym, jak wypadną. Które boją się, jak zostaną ocenione lub że w ogóle zostaną ocenione, a może nawet skrytykowane. Które martwią się, że ktoś napisze, że są do dupy, lub zacznie wątpić w ich kompetencje, bo na pewno są mądrzejsi w danym temacie.

Dlatego uczę kobiety, by odważyły się działać, nawet gdy się boją. Wiem, jak bardzo boli krytyka, ale wiem też, jak bardzo cieszy, gdy działasz i osiągasz rezultaty!

To był powód nr 2.

A teraz powód numer 3.

Jak odmawiasz, oznacza to, że jesteś wielką świnią, chamką, nieuprzejmym człowiekiem, złą żoną, niezaangażowanym pracownikiem, fleją i leniuchem.

Gdy miałam komukolwiek czegokolwiek odmówić, po prostu słabo mi się robiło, brzuch mnie bolał, a serce waliło. Wolałam wziąć na siebie trzy razy więcej obowiązków, niż mogłam wykonać, nie chcąc dostarczyć choćby najmniejszej wątpliwości, że się nie nadaję, że nie umiem i że generalnie głupia jestem. Bo skoro odmawiam, to znaczy, że albo nie daję sobie rady (bo nie mam czasu), albo jestem leniwą świnią (bo chcę mieć czas dla siebie, zamiast pomóc komuś znajdującemu się w potrzebie).

To wciąż moja największa bolączka i pięta achillesowa. Do dzisiaj! Co prawda nie mam już większych problemów z odmawianiem; faktycznie często odmawiam, lecz wciąż nie czuję się z tym komfortowo. Na szczęście zaakceptowałam świadomość, że najwyraźniej nie o to chodzi, by odmawiając, czuć się doskonale.

Tak czy siak, wiem, że wiele kobiet tego nie potrafi i o kant tyłka mogą sobie rozbić swoje planowanie, ustalanie i realizowanie celów, jeśli za każdym razem pozwalają sobie wejść na głowię i realizują cudze cele, zamiast zacząć realizować swoje, tylko dlatego, że albo nie potrafią, albo ze strachu przed konsekwencjami nie chcą odmówić.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jeśli znajomy nie potrafi zaakceptować faktu, że czasem nie mogę albo nie chcę się czymś zająć, to znaczy, że nie jest moim dobrym znajomym lub że nic się nie stanie, gdy przestanie nim być. Bo po jaką cholerę trzymać w swoim otoczeniu osoby, którym na nas nie zależy i które chcą nas wykorzystywać?

No i powód nr 4 – ostatni.

Jestem feministką, choć nie mam zamiaru rozpisywać się teraz w tym temacie, prezentując swoje rozumienie tego zagadnienia, nurt itp., podobnie jak nie chcę, żebyś poświęcała temu ogromną ilość czasu.

Nie o palenie staników tutaj chodzi, lecz o to, że według mnie w związku powinno panować partnerstwo. Dlaczego nagle o tym piszę? Przecież nie jestem specjalistką od związków? Ano dlatego, że to, jak wygląda nasz związek, i to, czy jest układem partnerskim, ma ogromny wpływ na ilość czasu, jaką masz dla siebie. Jeśli tylko Ty zajmujesz się domem, gotowaniem i wychowywaniem dzieci, nie ma się co dziwić, że nie masz ani grama wolnego czasu.

Mój radar zawsze wyłapie niepokojące opowieści o tym, jak to żony prasują koszule mężom (choć oni bynajmniej nie prasują żonom kiecek), jak to żony mówią partnerom, gdzie znajdą białe gacie (mam na myśli fakt, że mężczyzna nie wie, gdzie są jego własne majtki, i że musi mu to powiedzieć żona. I nie, nie zmyślam, to przykład z życia konkretnej osoby, którą bardzo dobrze znam!) oraz jak to kobieta wracająca z pracy rozpoczyna w domu kolejny etat.

Jestem feministką, dlatego wszędzie, gdzie jest to możliwe, nawołuję do partnerstwa, które w tym momencie w większości przypadków jest jednak wołaniem do kobiet, a nie do mężczyzn, choć kto wie, może w przyszłości to się zmieni…?

A teraz chyba najważniejsze.

Nie mam zielonego pojęcia, jak te cztery opisane sytuacje przedstawiają się u mężczyzn (no dobra, mniej więcej wiem, jak wygląda ostatnia, i już to chociażby nie pozwalałoby mi kierować swoich treści właśnie do nich). Nie wyobrażam więc sobie, jak mogłabym ukierunkowywać swoje działania na jakąkolwiek grupę, nie mając zielonego pojęcia, w jaki sposób ona funkcjonuje, co czuje, co myśli i co chce osiągnąć.

I właśnie dlatego zwracam się do kobiet 🙂

Jeśli jesteś zainteresowana kursem organizacji i zarządzania czasem, skierowanym tylko do kobiet do zapisz się na listę osób zainteresowanych TUTAJ.