Jeśli od jakiegoś czasu śledzicie Panią Swojego Czasu, to wiecie, że w kwietniu – po naszych krótkich rodzinnych wakacjach na Sardynii – postanowiłam uczyć się języka włoskiego.

Zanim przejdę do konkretów, chciałabym, żebyś zwróciła uwagę na dwa słowa, które jeszcze przypomnę: „POSTANOWIŁAM” oraz „UCZYĆ”.

Ogłosiłam to wszem wobec, zapaliłam się do tego jak mała pochodnia i zaczęłam działać. Uczyłam się mniej więcej przez trzy miesiące, przez kolejne trzy udawałam (także sama przed sobą), że to robię, a potem… dupa. Wielka, spektakularna DUPA!

Ten artykuł piszę dla Ciebie mniej więcej od 3 miesięcy. Miałam go skończyć już wtedy, gdy przestawałam się uczyć, ale pojawił się wstyd.

Ten wstyd spowodował, że przestałam odpowiadać na Wasze (cudowne zresztą i bardzo miłe) pytania o to, jak mi idzie nauka.

Ten wstyd powodował, że niczego o tym nie pisałam, bo wiedziałam, że prawie niemożliwe będzie poradzenie sobie z ewentualnym ciosem w postaci czyjegoś komentarza: „Ha, ha, uczy systematyczności, a sama nie wytrwała w nauce języka!”.

Musiałam ochłonąć, oderwać się od tematu, przerobić ten cholery wstyd i… zacząć raz jeszcze.

Najlepiej byłoby pominąć wszystko milczeniem, a potem zabrać się do roboty (co zresztą zamierzam uczynić), aby nadrobić to, co zaniechałam. Istnieje szansa, że żadna z Was by tego nie zauważyła, tym bardziej że wymówek miałabym mnóstwo (promocja i sprzedaż planera, święta, tworzenie nowego kursu itp.).

ALE

Niezwykle mnie wkurza powierzchowność tego, co znajdujemy w internetach. Wszyscy są idealni, robią piękne zdjęcia, mają cudownie uśmiechnięte dzieci (na które, oczywiście, nigdy nie krzyczą) i wszystko im się udaje. Nie chcę uczestniczyć w budowaniu wizji takiego wyidealizowanego świata, bo gdy patrzymy na taki świat, nagle traktujemy siebie jak nieudaczników – wszystkim się udaje i wszyscy mają fajnie, tylko nie my.

Tak nie jest. I ja jestem tego doskonałym przykładem.

Do swojej nauki włoskiego podeszłam jak osoba, która o realizowaniu celów wie wszystko. Co więcej, podeszłam nie tylko z wiedzą teoretyczną (która jest przecież nic nie warta, jeśli jej nie stosujemy), lecz także z toną praktyki!

Przecież ja non stop stawiam przed sobą jakieś cele i większość z nich osiągam bez najmniejszego problemu! Owszem, zdarzają się po drodze problemy, ale moje cele są realizowane. A tu taka porażka!

Najwygodniej byłoby udawać, że sprawy nie ma, a ja jestem zbyt zapracowana, aby brać sobie na głowę kolejny cel. Ale przemyślałam to i po pierwsze – doszłam do wniosku, że ten cel wciąż jest dla mnie ważny i wciąż CHCĘ się nim zająć, a po drugie – znalazłam i bezlitośnie wypunktowałam wszystkie błędy, które popełniłam.

I właśnie tymi błędami chcę się dzisiaj z Tobą podzielić.

1. Niesłusznie przełożyłam swoje zaawansowanie w celach biznesowych na cele prywatne.

Wszystkie moje błędy wynikały właśnie z tego podejścia. Do realizacji tego konkretnego celu podeszłam jak zawodowiec, którym owszem, jestem, ale w biznesie. W biznesie idę jak burza i swoje cele realizuję bez mrugnięcia okiem.

Założyłam, że tutaj też tak będzie. No i zapomniałam, że zupełnie inaczej realizujesz cel w nowym dla siebie obszarze, a zupełnie inaczej wtedy, gdy jesteś doświadczonym graczem.

Nawet jeśli brałam pod uwagę cele prywatne, to i tak wzorowałam się na tych, w których już śmigam (nauka języka angielskiego), zamiast na tych, które wciąż są dla mnie wyzwaniem (zdrowy tryb życia).

2. Podzieliłam się planem, ale nie zobowiązałam się do jego zrealizowania.

Często osobom, które stawiają przed sobą jakiś cel, radzi się, aby podzieliły się nim ze światem, a tym samym poczuły się zobowiązane do jego realizacji.

Niestety prawda jest taka, że w obecnych czasach samo podzielenie się swoim celem „ze światem” zwyczajnie nie działa. Bo dzisiaj oznacza to zrobienie tego, co ja zrobiłam – napisanie w mediach społecznościowych (na blogu lub FB): „Juhu, zamierzam zrobić to i to!”. I niby nasi znajomi, czytelnicy, słuchacze będą nas sprawdzać co jakiś czas.

Problem jednak w tym, że raz sprawdzą, a raz nie. Napiszą (tak jak Wy pisałyście) miły komentarz z pytaniem, jak nam idzie, który może zauważysz, a może nie. Nawet jeśli komentarz pojawi się w idealnym czasie (czyli wtedy, gdy zaprzestałaś coś robić), łatwo go zignorować. Pytałyście mnie kilka razy, a ja haniebnie Was ignorowałam.

Tymczasem ZOBOWIĄZANIE SIĘ to zupełnie inna bajka. To nie są słowa rzucone w przestrzeń do nie wiadomo kogo, lecz podjęcie działania w kierunku konkretnej osoby (lub grupy osób), czyli zobowiązanie się do konkretnych aktywności. Co więcej – ta osoba (lub grupa osób) zobowiązuje się do monitorowania naszych działań.

Dlatego zobowiązanie najlepiej działa wtedy, gdy obie strony chcą zrealizować podobny cel.

W moim długoterminowym celu, jakim jest wytworzenie w sobie nawyku zdrowego stylu życia, (pisałam o tym TUTAJ), wspieramy się wzajemnie z moją przyjaciółką. Doskonale wiem, że jeżeli nie zrobię tego, do czego się zobowiązałam, to dostanę ochrzan. Gdy przestanę regularnie pisać o tym, co zrobiłam, czego nie i dlaczego, to odezwie się i mi przypomni. Przede wszystkim nasze zobowiązanie jest dwustronne, czyli ona wspiera mnie, a ja wspieram ją.

Moim zadaniem w nauce włoskiego jest znalezienie takiej osoby, która chce od podstaw uczyć się języka, która chce podjąć zobowiązanie, która chce mnie monitorować i która chce być monitorowana przeze mnie. No i z którą się polubię, bo katastrofą jest działanie z kimś, z kim nie czujemy chemii.

3. Przesadziłam z liczbą minizadań i aktywności.

Decydując się na rozpoczęcie nauki włoskiego, postanowiłam (zgodnie z zaleceniami) totalnie zanurzyć się w tym języku. Podjęłam baaardzo dużo aktywności z tym związanych. Słuchałam podcastów po włosku, uczyłam się słówek, dostawałam mejle z jednym słówkiem dziennie, zainstalowałam w telefonie trzy (!!!) aplikacje do nauki włoskiego, korzystałam zarówno z Memrise, jak i Duolingo, oglądałam trzy programy na YouTubie poświęcone nauce włoskiego, znalazłam 4 blogi o języku włoskim, słuchałam włoskiej muzyki, oglądałam „Kochane kłopoty” po włosku i robiłam milion innych rzeczy, których już nie pamiętam.

No i przesadziłam. Postawiłam przed sobą za dużo zadań!

Nie chodzi tutaj o czas, bo wszystkie te działania z założenia miały zajmować – i faktycznie zajmowały – małą ilość czasu, ale o totalny chaos w głowie. Ciągle przełączałam się między tymi aktywnościami.

Fajnie się tak zanurzyć. Liczyłam, że wchłonę coś bez mojego zaangażowania – oglądałam „Kochane kłopoty”, mimo że kompletnie niczego nie rozumiałam! Nie tylko nie chłonęłam (a na pewno niczego takiego nie zauważyłam), lecz także miałam coraz większy mętlik w głowie.

Teraz, gdy podeszłam jeszcze raz do swoich planów, wszystko układam inaczej. Nadal uważam, że te aktywności są ważne i na pewnym etapie warto chłonąć język na możliwie wiele sposobów, ale właśnie: dopiero na pewnym etapie.

Widzę, jak to działa w wypadku mojej nauki angielskiego: czytam gazety i książki, słucham podcastów, oglądam seriale i filmy, piszę mejle, rozszyfrowuję komunikaty z programów i aplikacji – wszystko po angielsku. Tyle że proporcje są odwrócone: 80% rozumiem, 10% pomijam, bo nie jest mi potrzebne do zrozumienia, a pozostałe 10% sprawdzam i się uczę.

W języku włoskim nie rozumiem 98%, co wywołuje we mnie wyłącznie frustrację zamiast radości z powodu „totalnego zanurzenia się”. Dlatego w drugim podejściu maksymalnie ograniczyłam liczbę aktywności, dzięki którym uczę się języka. I zamierzam się przekonać, czy takie podejście się sprawdzi.

Jakie to aktywności – przeczytasz w kolejnym punkcie.

4. Swoim planom nie nadałam struktury.

Wracamy do tego, co napisałam na początku – otóż ja chciałam się „uczyć” włoskiego, nie: „nauczyć”. Różnica niby mała, a jednak ogromna.

Bo nauczyć się można na jakimś poziomie i po coś, a uczyć się można non stop i dalej nic nie umieć.

Dlatego uczyłam się od Sasa do lasa, raz tego, raz śmego i owego, w końcu zgłupiałam. Oczywiście był to też efekt poprzedniego błędu, czyli tysięcy możliwości nauki.

Podobna sytuacja jest również wtedy, gdy planujemy w 3 aplikacjach mobilnych, kalendarzu ściennym, biurkowym i planerze bez dat. Wkrótce zaczynamy się gubić.

Uczyłam się z kilku źródeł, nie robiłam powtórek, nie szłam dalej z materiałem; wręcz przeciwnie – ciągle przerabiałam te same tematy, tyle że na różnych platformach.

Poza tym naprawdę nie wiem, jakim cudem ja – osoba lubiąca strukturę i porządek – nie stworzyłam sobie odpowiedniej, po ludzku mówiąc, kolejności nauki!

Miałam miliard źródeł, ale nie miałam drogi, która jakoś by je połączyła.

Zmieniłam to w aktualnym podejściu. Mam jedno podstawowe źródło (podręcznik „Ciao” polecony przez Natalię z Włoskielove, które będzie moją mapą, podstawą wyznaczającą kolejność tematów. Resztę będę uzupełniać w miarę możliwości i chęci.

Strukturę narzuciłam sobie także w kontekście czasu, a mianowicie ustaliłam sama ze sobą, że codziennie (od poniedziałku do piątku) 60 minut (między 14.00 a 15.00) poświęcam nauce języka włoskiego.

Jestem wtedy zmęczona i mam mało energii na pracę w ramach PSC, dlatego z chęcią zajmę się czymś innym.

W soboty i niedziele postanowiłam się lenić, ewentualnie mogę sobie czytać przewodniki po Włoszech (ostatnio kupiliśmy „Miasta widma”).

5. Nie postawiłam przed sobą miniwyzwań.

W mojej ocenie to chyba największy z moich błędów. Postanowiłam uczyć się włoskiego nie po to, żeby znać gramatykę, lecz po to, aby czerpać przyjemność z możliwości zamówienia sobie kawy czy lodów.

Jednocześnie nie postawiłam przed sobą wyzwania, w ramach którego faktycznie nauczyłabym się, jak zamawiać te lody czy kawę. W rezultacie we wrześniu spędziłam tydzień w Toskanii i nie wypowiedziałam ani jednego włoskiego słowa!!! Zamiast tego rozmawiałam po angielsku!

Tym razem postanowiłam to zmienić.

Przede wszystkim trzy moje najbliższe wyjazdy zagraniczne mają jeden kierunek: Włochy. W lutym lecę z rodziną na Sardynię, w kwietniu również, ale w inne miejsce i tym razem z przyjaciółką (polecam Wam Sardynię! Jest piękna jak bajka!), natomiast w maju lecimy do Toskanii.

Moje wyzwanie w związku z rodzinnym wyjazdem jest takie, żeby nauczyć się podstawowych zwrotów i komunikować się w podstawowym zakresie. Oczywiście wiem już, jakie to zwroty (banały typu zamówienie kawy lub poproszenie o pizzę bez sera).

Wyzwanie związane z wyjazdem z przyjaciółką (która uczy się angielskiego) jest takie: ja używam tylko włoskiego (oczywiście w rozmowach z Włochami, nie z przyjaciółką), a ona tylko angielskiego. Jeśli mój włoski mnie zawiedzie, ona wkracza ze swoim angielskim (a ja zapominam, że w ogóle znam angielski!). Zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.

Wyzwania związanego z trzecim wyjazdem jeszcze przed sobą nie postawiłam, ale jestem pewna, że z czasem się pojawi.

6. Pozwoliłam, aby wstyd zaczął myśleć za mnie.

Wstyd i poczucie winy. Trochę już o tym pisałam. Jest mi wstyd, że nie dałam rady, ale nie zamierzam biczować się z tego powodu. Zamierzam spróbować jeszcze raz. A jeśli będzie trzeba, to jeszcze raz.

Przyznam się Wam (tak prywatnie), że naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio nie zrealizowałam celu, jaki przed sobą postawiłam, i kiedy było mi tak wstyd z tego powodu. Mam wrażenie, że dopiero teraz rozumiem, co czują niektóre z Was, gdy piszą o swoim wstydzie.

Na szczęście dzisiaj mówię sobie tak: „Budzyńska, trochę siara, że tak kosmicznie ci nie wyszło, ale cóż zrobić? Ruszaj dupsko i zaczynaj od nowa!”.

A tak przy okazji – pomyślałam sobie, że będę się z Wami regularnie dzieliła tym, co się dzieje z moją nauką języka włoskiego. Jeśli któraś z Was też się uczy – możecie potraktować to jako mini grupę wsparcia 🙂