W trakcie tegorocznego wyjazdu na święta zamierzałam napisać artykuł o moich planach na 2018 rok. Nie ma w tym nic dziwnego – co roku wrzucam na blog artykuły, które są dla mnie rodzajem fajnego wehikułu czasu: mogę sprawdzić, co planowałam w grudniu 2014, gdy PSC dopiero raczkowała, a co zamierzałam zrealizować w 2017 – i czy faktycznie to się zadziało.

Jednak do tego wpisu zabierałam się jak pies do jeża. Koniec końców w czasie świąt go nie napisałam. Oczywiście wsad w postaci zróżnicowanych faktów tworzył się już od jakiegoś czasu, ale jakoś nie mogłam usiąść i ubrać tego w sensowną całość. Usiadłam dzisiaj (środa, 27 grudnia) i już wiem, dlaczego tak jest.

Otóż internet obecnie zapełnia się wpisami tego rodzaju. Każdy szanujący się bloger/każda szanująca się blogerka lub osoba działająca w sieci robią podsumowanie poprzedniego roku i pokazują swoje plany na rok 2018.

Z jednej strony jest to super – widzimy, kto co zrealizował, czego nie zrealizował, z czego jest zadowolony, dokąd zmierza… Z drugiej strony czytanie inspirujących historii jest inspirujące jedynie tak długo, jak długo nas inspiruje. Problem jest taki, że często nie zauważamy momentu, w którym inspiracja najpierw zaczyna przekształcać się w uczucie: „Ja też bym tak chciała!”, a zaraz potem pytanie: „Dlaczego ja tak nie mam?”.

Dlatego do dzisiejszego wpisu chciałam podejść nieco inaczej: pokazać Wam nie to, CO planuję, ale JAK planuję 2018 rok.

Oczywiście to, CO zaplanowałam, również się pojawi, bo nie chcę rezygnować z mojej tradycji podsumowań i planowania, ale nie będzie najważniejszym elementem. Moje osiągnięcia, sukcesy i porażki z 2017 roku oraz projekty i zadania, które planuję na 2018, będą jedynie tłem, które pokaże Wam, jak z #gangiemPSC planujemy długoterminowo.

PLANUJEMY WSPÓLNIE

Wiesz, co jest ciekawego w moim biznesie? Gdy zaczynałam rozkręcać PSC, wszędzie używałam formy „ja”, choć dosyć mocno trzymał się jeszcze trend używania liczby mnogiej (na przykład w opisie firmy mającym sugerować, że nasza mikrodziałalność gospodarcza jest czymś więcej niż tylko mną i moim komputerem).

Dzisiaj używam liczby mnogiej. Mówię: „my”, bo PSC już dawno przestała być jednoosobowym przedsięwzięciem. Można powiedzieć, że PSC swoim gangiem stoi. Bez gangu nie byłabym tu, gdzie jestem teraz, i nie byłabym w stanie zrealizować tego, co zrealizowałam.

Dlatego nasze planowanie zawsze dzieje się wspólnie.

Jasne, że to moja firma i to ja ostatecznie podejmuję wszelkie decyzje dotyczące strategii i kierunku, który obieramy, jednak dzieje się to po długich rozmowach i burzach mózgów z moim #gangiemPSC. Jeśli teraz miałabym wypisać jedną rzecz, z której jestem niesłychanie dumna, to byłoby to właśnie zbudowanie #ganguPSC – grupy kobiet, które nie tylko ze mną współpracują, realizują zadania i cele, lecz także z wielką chęcią i radością RAZEM ZE MNĄ budują markę Pani Swojego Czasu!

Nauczyłam się, że co dwie głowy podczas planowania, to nie jedna. Jest to istotne nie tylko dla osób działających w sieci albo  prowadzących biznes.

Żadna z nas nie jest samotną wyspą. Z reguły działamy i żyjemy w większych systemach – rodzinach, kręgach przyjaciół, kręgach zawodowych. Planowanie w oderwaniu od nich jest z góry skazane na porażkę, bo system „upomni się” o swoje, a wtedy wszystkie Twoje plany wezmą w łeb. Dlatego już na etapie planowania weź pod uwagę system, w którym działasz.

ROBIMY PODSUMOWANIA

Jestem przekonana, że nie ma dobrego planowania bez podsumowania dotychczasowych działań. Oczywiście o tyle łatwiej robić bilans, o ile wszystko nam wyszło, nie? Wtedy spokojnie zapisujemy, chwalimy się, informujemy cały świat. Ale co, jeśli nam nie wyszło? Jeśli nie zrealizowałyśmy tego, co tak bardzo chciałyśmy zrealizować?

Wtedy miewamy tendencję do wybierania jednej z dwóch skrajności: albo idziemy w zaparte i udajemy, że nic się nie stało (mówimy sobie, że kolejny rok to kolejna czysta karta, gotowa do zapełnienia), albo obarczamy siebie winą i na milion sposobów rozdrapujemy rany, wmawiając sobie, że nasze plany nie wypaliły, bo jesteśmy beznadziejne. Pierwsze rozwiązanie powoduje, że nie wyciągamy wniosków na temat tego, co można zrobić inaczej, a co kontynuować dokładnie w takiej samej formie. Drugie wyjście powoduje, że załamujemy się pod ciężarem winy, którą obarczamy wyłącznie siebie, i kompletnie niczego nie robimy – oprócz obwieszczenia światu (w ramach racjonalizowania swojej decyzji), że planowanie jest do dupy.

Podsumowania robimy w gangu na bieżąco: po każdym projekcie analizujemy, co się wydarzyło i okazało sukcesem, a co błędem. Błędy mocno analizujemy z bardzo prostego powodu: nie chcemy więcej ich popełniać.

W 2017 roku jeden błąd – zamówienie złego papieru do planera – kosztował nas 12 tysięcy złotych! Wyobrażasz to sobie…?!! 12 tysięcy złotych poszło w piach tylko dlatego, że nie przewidziałyśmy kierunku, w jakim powinnyśmy pójść (więcej o tej historii pisałam TUTAJ). Oczywiste jest dla mnie, że wspólnie zastanawiamy się nad tym, co zrobić, żeby następnym tego uniknąć.

Nawet cieszę się z tych błędów, wiesz? Akurat w tym obszarze mam podejście podobne do podejścia pana Edisona, dla którego tysiąc nieudanych prób nie było tysiącem błędów, lecz tysiącem eksperymentów, które pokazały mu, w jaki sposób NIE NALEŻY tworzyć żarówki (poza tym nie lubię pana Edisona. Wszyscy chwalą go za cudowną kreatywność i tonę patentów, ale wieść niesie, że przywłaszczał sobie wynalazki swoich pracowników).

Wracamy do podsumowania roku.

Jeśli wydaje Ci się, że te wszystkie publiczne podsumowania tego, co zrealizowaliśmy w 2017 roku, jest zwykłym karmieniem naszego ego, to… masz rację!!! Tak faktycznie jest! Podsumowania mają spełniać również taką funkcję!

I Twoje podsumowanie – być może nie publiczne, być może nie na blogu (bo go nie masz) i nie na FB (bo możesz go nie mieć albo nie widzisz sensu w dzieleniu się takimi informacjami) – też ma spełniać taką funkcję! Ma karmić Twoje ego. Ma Ci pokazać czarno na białym, co zrealizowałaś, czego dokonałaś, kim byłaś w tym roku i gdzie byłaś w tym roku.

Ale uwaga na ZAGROŻENIA!

Największe zagrożenie (tak jak podczas planowania i wytyczania celów na kolejny rok) wiąże się z tym, że gdy patrzymy na innych, którzy chwalą się, że zrobili to, śmo i owo, myślimy, że my również powinnyśmy mieć takie czary-mary: o tym, jak fantastycznie realizujemy się zawodowo, o tym, że przepłynęłyśmy cały świat (najlepiej na własnoręcznie zbudowanej łódce), o tym, że schudłyśmy oszałamiającą liczbę kilogramów albo odkryłyśmy superekstremalny sport, który stał się naszą pasją. Dobrze byłoby wspomnieć również o tym, że założyłyśmy superbiznes i zarobiłyśmy milion dolarów.

Tymczasem okazuje się, że do podsumowania mamy… nasze zwykłe, zwyczajne, codzienne życie. Może się okazać, że gdy patrzymy wstecz, zastanawiamy się, czy mamy czym się chwalić i co mam podsumować. To jest właśnie pułapka ambitnych celów w obecnym świecie, który żyje w mediach społecznościowych, gdzie wszystko musi być NAJ.

Otóż Twój rok nie musi być naj! Ale powinien być Twój.

Być może w swoim podsumowaniu znajdzie się to, że zaczęłaś jeść tofu (ja zaczęłam), które przecież jest bardzo zdrowe. A być może to, że w końcu, dzięki Twojemu samozaparciu, Twoja rodzina zjada wspólnie kilka kolacji w tygodniu. A być może to, że masz jeden weekend w miesiącu tylko dla siebie – i nie, nie jeździsz wtedy na motocyklu po stepach Mongolii, tylko wychodzisz na cały dzień do Galerii Handlowej. Liczy się to, że w końcu masz ten dzień tylko dla siebie!

I wiesz, co Ci powiem? Każde podsumowanie jest OK. Nie ma lepszych i gorszych podsumowań, tak jak nie ma lepszych i gorszych planów – pod warunkiem że są Twoje.

Jeśli więc zamierzasz zrobić własne podsumowanie, zachęcam Cię do tego, żebyś usiadła w ciszy i zastanowiła się spokojnie nad tym, co dał Ci ten 2017 rok i jaki dla Ciebie był. Co dałaś z siebie, a co otrzymałaś?

Tak na przyszłość (bo nie da się tego zrobić w przeszłości): zupełnie serio namawiam Cię, żebyś codziennie (albo chociaż raz w tygodniu) robiła sobie takie podsumowania. Dzięki temu zobaczysz, że nasze życie tak naprawdę nie składa się z wielkich i przełomowych sytuacji, lecz ze zwyczajnych zadań, które realizujemy codziennie.

Gdy usypiam swoich synów, staram się (przyznaję, nie zawsze o tym pamiętam) rozmawiać z nimi o mijającym dniu: co fajnego zrobili, z czego są zadowoleni, co się działo itp. Sama również to robię, wykorzystując swój „słoik mocy” (mam taki słoik, do którego wrzucam karteczki z opisem swoich sukcesów, czyli spraw, zadań, projektów i sytuacji, które sprawiły mi radość. Są tam zarówno wielkie zadania, które wywołują efekt wow, jak i proste sprawy typu: „narysowałam swój pierwszy rysunek akwarelowy”).

A moje podsumowanie roku 2017 wygląda następująco:

  • zrealizowałam dwie edycje kursu „Zrób to dziś” oraz jedną edycję kursu „Zorganizuj się w 21 dni”;
  • wydałam samodzielnie swoją książkę;
  • uruchomiłam w końcu podcast, który w tym momencie składa się z 8 odcinków;
  • nagrałam audiobook do mojej książki;
  • stworzyłam Planer Pełen Czasu i uruchomiłam jego sprzedaż;
  • znalazłam się w Złotej Dziesiątce najbardziej wpływowych blogerów 2017 roku – rankingu organizowanym przez Jasona Hunta;
  • wygłosiłam prelekcję na Blog Conference Poznań – o tym, jak budować własną markę poprzez tworzenie własnych produktów;
  • otrzymałam wyróżnienie w kategorii „Twórca wpływowy” na Blog Forum Gdańsk;
  • stworzyłam #kursnacel – o tym, jak planować i realizować swoje cele. Sprzedaż uruchamiamy w styczniu 2018 roku;
  • systematycznie organizuję dla Was webinary oraz #kawyzbudzynską;
  • wciąż realizuję swój plan zdrowego stylu życia, który razem z przyjaciółką ułożyłyśmy w listopadzie 2016 roku;
  • z powyższego planu nie zrealizowałam swojego celu (miałam schudnąć określoną liczbę kilogramów);
  • przeszłam na dietę wegańską i trzymam się jej z kilkoma niechlubnymi wyjątkami (świąteczne paszteciki podczas Wigilii);
  • wybraliśmy się w tym roku na trzy długie rodzinne wakacje (styczeń, kwiecień, sierpień);
  • zrealizowałam dwa cudowne wyjazdy z moją przyjaciółką, które były nagrodą za nasze dbanie o zdrowy styl życia;
  • padł mi kręgosłup i dosyć długo musiałam się rehabilitować, wdrażając kolejne (zdrowe) nawyki do swojego życia;
  • odkryłam jogę i zakochałam się w niej, ale przez ten cholerny kręgosłup musiałam z niej zrezygnować (teraz powoli do niej wracam).

ANALIZUJEMY

Podsumowanie to jedno, analiza – drugie. Jeśli chcemy zrobić coś, co w tym roku zupełnie nie wypaliło, warto zadać sobie kilka pytań, aby dowiedzieć się dlaczego.

Weźmy na tapet jeden z moich celów na 2017 rok. Było nim schudnięcie 10 kilogramów – z 75 do 65 (tyle ważyłam przed pierwszą ciążą). Jeśli spojrzymy wyłącznie na cyferki, to czarno na białym zobaczymy, że… celu nie zrealizowałam – od dobrych kilku miesięcy ważę 68 kilogramów i z tego, co widzę, waga nie zamierza więcej spaść.

Mogłabym to potraktować w kategoriach porażki, ale jeśli zadam sobie pewne pytania, dowiem się, dlaczego tak się stało, a przede wszystkim… wyciągnę wnioski.

A moje wnioski są takie, że mój cel się zmienił. Już nie interesuje mnie określona waga, bo w tym momencie jest dla mnie wyłącznie efektem ubocznym takiego stylu życia, jaki chcę prowadzić. I to jest właśnie mój cel!

Pytania, które powinnaś sobie zadać w czasie analizowania swoich celów, są następujące:

  • Czy w trakcie ustalania swojego poprzedniego celu zastanawiałaś się, po co go realizujesz?
  • Czy Twój poprzedni cel był zgodny z Twoimi wartościami? Czy umiesz w 10 sekund wymienić 5 najważniejszych dla Ciebie wartości?
  • Czy podczas planowania swojego celu zastanawiałaś się nad tym, jakie mocne strony Twojego charakteru i jakie talenty pomogą Ci go zrealizować? Czy znasz swoje mocne strony i wykorzystujesz je w swoim codziennym życiu?
  • Czy miałaś rozpisany plan działań kierujący Cię do Twojego celu?
  • Czy Twój plan działań obejmował zadania zabierające od 15 do 45 minut?
  • Czy przemyślałaś konsekwencje zrealizowania swojego planu (pozytywne i negatywne)?
  • Czy tworząc swój plan realizacji celu (o ile go stworzyłaś), brałaś pod uwagę swoje codzienne życie, swoje codzienne zadania i sprawy?
  • Czy planując poprzednie cele (o ile je planowałaś), zastanawiałaś się co zrobisz, gdy nie uda Ci się ich nie zrealizować? Takie analizowanie naszych NIEZREALIZOWANYCH celów będziemy robić w trakcie „Kursu na cel”, dotyczącego planowania i realizowania celów.

ROZKŁADAMY NA CZYNNIKI PIERWSZE

#GangPSC planuje swoje projekty w Asanie. Pieczę nad tym, aby każdy projekt został świetnie zaplanowany, a potem odpowiednio i zgodnie z harmonogramem zrealizowany, sprawuje Wszechogarniająca Joanna, czyli moja menedżerka projektów.

Żeby monitorować zarówno terminowość realizacji zadań, jak i ich jakość, zadania trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze – tylko wtedy będziemy wiedzieć, czy każdy z członków zespołu robi to, co do niego należy, i czy robi to w takim czasie, jaki zaplanowałyśmy.

Weźmy takie zadanie jak: „Przygotować ćwiczenia do Kursu na cel”. Wydaje się, że to jedno zadanie, prawda?
Tymczasem składało się ono z następujących podzadań:

  • merytoryczny wsad (Ola) – robiłam to 7 dni!!!
  • korekta tekstu (Ela) – wciąż to robi i haniebnie się ociąga – żeby było jasne, ten dopisek zrobiła Elka!!!
  • ponowne sprawdzenie materiałów (Joasia);
  • przeniesienie treści z Worda do plików PDF (Justyna);
  • ponowne sprawdzenie wersji PDF (Ola);
  • załadowanie gotowych treści na Dropbox i Dysk Google (nasze materiały zawsze wrzucamy na dwie niezależne chmury) i platformę kursu, bo lepiej dmuchać na zimne.

Dzięki rozłożeniu zadania na czynniki pierwsze mamy kontrolę nad tym, co dzieje się z zadaniem, i wiemy, na jakim etapie jesteśmy. Taka kontrola jest ważna nie tylko wtedy, gdy za jedno zadanie odpowiadają 4 osoby, jak to jest w naszym wypadku, lecz także wtedy, gdy jedyną osobą odpowiedzialną za zadanie jesteś Ty. Bo najczęstszą przyczyną niedoszacowania ilości czasu potrzebnego na wykonanie danego zadania jest właśnie operowanie ogólnikami i niezastanowienie się nad mniejszymi zadaniami, jakie stoją za tym jednym dużym.

DZIAŁAMY NA BIEŻĄCO

Ci, którzy uważają, że planowanie roku pod koniec poprzedniego roku jest bez sensu, mają trochę racji. Bo tak naprawdę nie jest możliwe zaplanowanie wszystkiego w jeden wieczór (no chyba że urodziłaś się wczoraj albo leżałaś w śpiączce).

Najlepsze jest planowanie na bieżąco, które wynika z tego, co dzieje się z nami teraz.

Pisałam już, że w #ganguPSC wyciągamy wnioski na bieżąco – to jedyny sensowny sposób działania, ponieważ na świeżo pamiętasz o tym, co się działo. Oczywiście czasami (szczególnie wtedy, gdy coś nam się nie udało) warto trochę odczekać, bo emocje związane z porażką mogą być zbyt mocne i trochę zaburzać perspektywę patrzenia. Warto planować… cały czas.

Nie chodzi o to, żebyś ciągle myślała: „Muszę coś zaplanować, muszę coś zaplanować…!” (bo jestem pewna, że zwariujesz), lecz o to, żeby wykorzystywać i łapać okazje… na bieżąco.

Jednym z zarzutów, które słyszę w odniesieniu do planowania, jest właśnie to, że gdy zaczniemy planować i całe życie będziemy miały zaplanowane, to przestaniemy zauważać okazji i możliwości, które dzieją się wokół nas.

Według mnie to nieprawda, bo jedno nie wyklucza drugiego!

Fakt, że mamy plan na 2018 rok, nie oznacza, że nie będziemy mogły zmienić planu w ciągu roku! Niby dlaczego nie? Bo ktoś powie, że jesteśmy niekonsekwentne? No i co z tego, że tak powie? To jego problem, że bardziej zajmuje się cudzym życiem i cudzymi planami niż swoimi! Ty zajmij się swoim życiem i swoimi planami.

To jest źle rozumiana konsekwencja.

Nasze plany są wynikiem naszych celów. To, jakie cele sobie stawiam, jest odpowiedzią na pytania o to, jaka chcę być i jakie chcę mieć życie. Skoro chcę zmienić coś w swoim życiu, to zmieniam swoje cele, a co za tym idzie – zmieniają się moje plany.

Proste!

Plany PSC na 2018 rok nie wyklarowały się ani w czasie jednego wieczoru, ani dwóch wieczorów.

Nie wierzę, że WSZYSTKIE plany na dany rok spisujesz i opracowujesz w ciągu jednego dnia. Znacznie bardziej efektywne jest myślenie o swoich planach w sposób ciągły i zapisywanie ich wtedy, gdy przyjdą nam do głowy, a następnie co jakiś czas sprawdzanie, odświeżanie i weryfikowanie, czy faktycznie będziemy je realizować, czy też dalej powinny siedzieć w tej naszej poczekalni. A może powinny zniknąć z tej listy? Może w ogóle nie powinny być realizowane? Przecież nie wszystko musimy w życiu zrobić, prawda?

W #ganguPSC plany tworzą się ciągle – każdy nowy projekt, kurs online, produkt fizyczny, konkurs, każde wydarzenie może stać się przyczynkiem do nowego planu. Wyciągamy wnioski, nie czekając na magiczną datę, w której ktoś powie: „Start!”.

Nie zamierzam jednak twierdzić, że w planowaniu i układaniu strategii nie przydaje się chwila (czasem dłuższa), w której wyłącznie planujemy.

Dla #ganguPSC pierwszą taką chwilą był nasz sierpniowy wyjazd, w czasie którego dwa dni poświęciłyśmy na zastanawianie się, rozmawianie, analizowanie i planowanie tego, co byłoby dla nas najlepsze w 2018 roku. Potem wszystkie nasze pomysły ułożyłyśmy w sensowną całość i na tej podstawie opracowałyśmy harmonogram. A potem przyszedł grudzień i… Budzyńska wywróciła wszystko do góry nogami.

Bo o ile moim mottem jest: „Zrobione jest lepsze od doskonałego”, o tyle planując to, co ma się zadziać, nie chcę marnować czasu na projekty i zadania, które mi nie pasują i których z jakichś powodów „nie czuję”. Dlatego kombinuję dotąd, aż stworzę plan, na widok którego mówię: „Noooo, ten plan mi pasuje…!”.

Ciągle powtarzam, że nie po to zakładałam swój biznes, żeby stać się więźniarką własnego pomysłu. Ciągle zauważam to (głównie wśród kobiet) w kobiecych grupach: „Mam blog, więc podczas wakacji nie mogę być offline”, „Mam własną firmę, więc nie mogę jechać na wakacje” (!).

Nie zamierzam tego robić! Wciąż uważam (i tak działam), że mój blog i moja firma mają mi pomagać (nie przeszkadzać!) w prowadzeniu takiego życia, jakie chcę mieć.

Pewnie jesteście ciekawe, co zmieniło się w tych moich planach, prawda? Co wywróciłam do góry nogami?

Otóż w 2018 roku zamierzałam wydać kolejną książkę. Stwierdziłam, że tego nie zrobię, bo żeby do tego doszło… musiałabym się zajechać. A ja nie lubię się zajeżdżać. I choć książka – tak jak moja pierwsza – okazałaby się dużym sukcesem, kolejny raz przypomnę Wam: zarządzanie czasem nie jest sztuką dowalania sobie jeszcze więcej, ale sztuką odpuszczania.

Druga ogromna zmiana to decyzja o tym, że swoją wiedzą i swoimi doświadczeniami w zakresie prowadzenia biznesu online będę w 2018 roku dzielić się wciąż… niekomercyjnie. Mówiąc po ludzku: za darmo.

Po tym jak założyłam grupę biznesową „Biznes online i blogowanie od kuchni by PSC”, padł pomysł, aby robić kursy o biznesie online, wydawać e-booki, generalnie – zarabiać na tym. Po kilku miesiącach zachwytu nad tą ideą przyszedł moment, w którym zadałam sobie najprostsze na świecie pytanie: „Czy ja tego chcę?”. Padła odpowiedź: „Nie”.

Dzielenie się wiedzą o tym, co i jak robię w biznesie online, tylko wtedy sprawia mi dużo satysfakcji i radości, gdy jest pozbawione zobowiązań. A tak jest w formie bezpłatnej. I dalej takie będzie. Podcast „Pani Swojego Czasu od kuchni”  nie zmieni swojej formuły i w dużej mierze będzie poświęcony właśnie temu zagadnieniu. I nie znajdziecie u mnie płatnych treści z tego zakresu. Czy tak będzie już na zawsze? Nie wiem. Ale na razie na pewno tak 🙂

Drugi powód jest jeszcze bardziej prozaiczny: imperia nie budują się same. A ja – jak już zapewne wiecie, bo powtarzam to z uporem maniaka – buduję imperium. Dlatego wszystko, co nie jest związane z tematyką planowania i organizacji, odciąga mnie od tych działań.

Uwierz mi: czym innym jest nagrać półtoragodzinny podcast o tym, jak zacząć budować biznes online, a czym innym zrobić kurs online na ten temat. Mogłabym to zrobić, pewnie sprzedałby się świetnie i zarobiłabym na nim mnóstwo kasy, ale w ten sposób Panią Swojego czasu zepchnęłabym na boczny tor. A tego nie chcę i nie zamierzam zrobić.

No, to teraz pora na listę moich planów na 2018 rok (uprzedzam, jest długa!):

  • „Kurs na cel” w styczniu 2018. Kurs jest gotowy, ale trzeba go wypromować i sprzedać;
  • jednodniowa sprzedaż kursu „Zrób to dziś” – 8 marca. Testujemy ten model, bo nigdy dotąd sprzedaż nie trwała u nas tak krótko;
  • nowy sposób rozpowszechniania webinarów (jeszcze niczego nie możemy zdradzić);
  • regularne nagrywanie podcastów. Obecnie raz w miesiącu wypuszczałam podcast, ale traktowałam to po macoszemu (czyli zostawiałam na samym końcu listy priorytetów);
  • stworzenie i wypuszczenie kursu dla mam (z okazji Dnia Matki);
  • przetestowanie nowego sposobu sprzedaży kursów online (testowanie trwa od początku grudnia 2017);
  • kontynuowanie organizowania bezpłatnych webinarów raz w miesiącu (przecież wszystkie przyzwyczaiłyśmy się do tego), oczywiście poza wakacjami – w wakacje #gangPSC się wakacjuje;
  • nowe produkty fizyczne w sklepie PSC. Powiem krótko: zamierzamy zawojować rynek w obszarze papierowych produktów do zarządzania czasem. Wkrótce więcej informacji;
  • zatrudnienie nowej osoby do #gangPSC. To będzie spora zmiana, bo – co tu dużo ukrywać – wiąże się z dużymi kosztami. Ale potrzeba zatrudnienia dodatkowej osoby jest paląca i czekamy tylko na wyniki naszych testów, aby ruszyć z tematem. Szykujcie się na wiosnę!

To były sprawy zawodowe.

A z kwestii prywatnych mam na swojej liście takie kwiatki:

  • projekt „Rysunek”. Zakochałam się w rysowaniu i w 2018 roku zamierzam zrobić z tego autorski projekt! Co będzie się z nim działo, gdy zostanie zakończony, tego nie wiem. Może go wykorzystam, a może wrzucę do szuflady. Nastawiam się na proces, nie na efekt. Projekt ruszył w połowie grudnia. Część moich prac możecie zobaczyć poniżej:
  • projekt „Dzienniki z podróży”. Zdarza się, że wyjeżdżam poza granice naszego kraju. Oczywiście robię zdjęcia, ale zostają one w telefonie. Od najbliższego wyjazdu (Sardynia w lutym) zamierzam prowadzić dziennik. Zainspirowała mnie do tego Jadźka Rysuje, u której znalazłam coś takiego:

(A tak przy okazji: te cele tylko dlatego nazywam projektami, żeby nadać im „powagi”. To jeden z takich trików, który ma spowodować, że fajniej będzie mi się realizowało te zadania.)

  • weekendowe gotowanie. Po przejściu na dietę roślinną zastanawiałam się, jak to będzie z gotowaniem i czy już zawsze będę jadła tylko chleb z hummusem. Okazało się, że moja dieta jest trzynaście razy bardziej urozmaicona, niż kiedyś była. Nowości testuję głównie w weekendy. Kiedyś nienawidziłam stania przy garach, teraz nie wyobrażam sobie weekendu bez nowego przepisu i wypieku wegańskiego;
  • rower. W 2018 roku zamierzam na poważnie zaprzyjaźnić się z rowerem. Dla wielu z Was moje rowerowanie jest na dosyć wysokim poziomie (mój rekord to prawie 90 kilometrów przejechanych za jednym razem), ale dla mnie to są jednorazowe zrywy. Chciałabym zamienić je w coś ciągłego. W tym celu zamierzam podjąć kilka działań (na przykład w 2018 roku wybieram się na taki wyjazd. Żeby w trakcie nie umierać ze zmęczenia i z rozpaczy, muszę choć trochę popracować nad formą. Oznacza to, że… trzeba udać się do klubu na zajęcia spinningu, które mnie przerażają i które są dla mnie pięćset razy straszniejszym doświadczeniem i wyjściem poza strefę własnego komfortu niż jakiekolwiek webinary, szkolenia, prelekcje i cholera wie co jeszcze. Jest to dla mnie straszne i tyle. Ale bez tego się nie uda. Jak powiedział Mister B., czyli mój mąż: „trzeba jeździć na rowerze, żeby jeździć na rowerze”);
  • język włoski. Zostawiłam go na koniec, bo to moja wielka porażka 2017 roku. Serio. Popełniłam przy tym wszelkie możliwe błędy, jakie tylko można było popełnić. Porażka była tak wielka i spektakularna, że zamierzam jej poświęcić osobny artykuł (ukaże się na blogu w przyszłym tygodniu). Pokażę Wam, co robiłam źle, jakie wnioski wyciągnęłam i jak zamierzam realizować ten cel w 2018 roku.

NIE BIERZEMY NA SIEBIE ZA DUŻO

Ciebie również do tego zachęcam.

Bardzo dbam o to, aby… nie pracować za dużo. To moja misja, którą zaszczepiam dziewczynom. Nie chodzi o to, żebym pracowała 4 godziny dziennie, podczas gdy mój #gangPSC pracuje po 8 godzin. Chodzi o to, żebyśmy wszystkie miały takie życie, jak chcemy, i jakie sprawia nam przyjemność.

Dlatego oczywiste jest dla nas, że w wakacje mamy wakacje i gdy któraś z nas jest na wyjeździe, pozostałe się z nią nie kontaktują.

Dla mnie – jako szefowej – jest oczywiste, że mój zespół ma płatne wakacje, choć forma zatrudnienia dziewczyn bynajmniej mnie do tego nie zobowiązuje. Jest równie dla nas oczywiste, że gdy nasze dzieci (gangowe, czyli członkiń gangu) mają wolne od szkoły, to my pracujemy na pół gwizdka i tak planujemy wszystkie swoje aktywności w roku, żeby ten plan zrealizować.

Jeśli jakieś projekty wymagają od nas zbyt dużego nakładu pracy, na który nie mamy ochoty, to po prostu… nie wrzucamy ich w nasz plan.

Oczywiście patrząc na powyższą listę celów, możesz się zastanawiać, czy ja przypadkiem wiem, co piszę, bo celów mam całkiem sporo.

Nie, nie pomyliłam się. W procesie realizacji celów trzeba wiedzieć, co dla nas oznacza „odpowiednia liczb celów do zrealizowania”, a ile celów stanowiłoby obciążenie.

Tym zagadnieniem również szczegółowo zajmiemy się podczas „Kursu na cel”, bo kwestia tego, ile celów realizować jednocześnie i do którego wziąć się w pierwszej kolejności, jest częstym dylematem wielu kobiet. Najogólniej rzecz biorąc: im więcej nowości w Twoich celach i im wyższy poziom ich skomplikowania, tym mniej celów powinnaś brać na swoje barki. I ostrożnie podchodzić do tematu, jeśli w przeszłości nie zrealizowałaś swoich celów.

Spójrz teraz na listę moich celów zawodowych na 2018 rok. Jest ich 9, ale tylko 2 z nich (kurs dla mam oraz zatrudnienie nowej osoby) są celami, których jeszcze nie realizowałyśmy. Reszta to cele nowe, ale bazujące na naszych doświadczeniach z poprzednich projektów.

Podobnie jest z moimi celami prywatnymi: większość z nich jest tak naprawdę kontynuacją lub usystematyzowaniem tego, co już się u mnie dzieje. Totalną nowością będzie „Dziennik z podróży”.

Niektóre z projektów („Rysunek”) specjalnie rozpoczęłam jeszcze w grudniu, żeby w styczniu mieć pokaźną kolekcję rysunków, a tym samym zyskać potwierdzenie, jak fajne jest to, co robię (a jest bardzo fajne).

Możesz zapytać: „No hello, Budzyńska, to co ty tu fanzolisz o celach na 2018 rok, skoro tak naprawdę większość z nich już realizujesz?”.

I tak dochodzimy do ostatniego punktu.

1 STYCZNIA TO TYLKO DATA

I bynajmniej nie jest to data magiczna. Nic się nie wydarzy od samego faktu, że mamy już rok 2018. Między ostatnimi dniami grudnia a pierwszym tygodniem stycznia nie minął rok, lecz zaledwie kilka dni. Bez względu na to, kiedy czytasz te słowa, możesz zacząć realizować swoje cele właśnie dzisiaj. Nie musisz czekać na konkretny dzień.

A TERAZ KONKURS!!!

Do wygrania są 3 kursy na cel, w wersji standard!!!

Sprzedaż kursu rusza 15 stycznia, ale Wy możecie mieć go już zaraz w garści!

Wystarczy nam w komentarzu pod tym artykułem napisać (narysować, nakręcić film – forma dowolna) odpowiedź na pytanie “Jaki cel chciałabyś zrealizować w 2018 r.?”.

Konkurs rozgrywa się na blogu, fanpejdżu PSC, na grupie Pań Swojego Czasu i na Instagramie. Jeśli odpowiedź zamieszczasz w mediach społecznościowych, nie zapomnij dodać hashtagu #kursnacel.

Na Wasze prace konkursowe czekamy do 5 stycznia do 20.00. Wyniki ogłosimy 8 stycznia podczas #kawazbudzyńską 🙂
Więcej informacji i formalności jak zawsze w regulaminie, który znajdziesz TUTAJ