Monika Ciesielska – Dr Lifestyle

Zastanówmy się. Co może dać zdrow(sz)y styl życia? Główne korzyści, które odczuwam na co dzień,  to:

  • lepsze zdrowie (dziś i w przyszłości) – mam na to wymierne dowody w wynikach badań, na przykład wyjście z insulinooporności wymagającej leczenia metforminą do perfekcyjnych krzywych glukozowej i insulinowej,
  • lepsza kondycja/sprawność/siła – byłam naprawdę kiepska z wuefu (a często prawie w ogóle mnie na nim nie było przez mniej lub bardziej uzasadnione zwolnienia),
  • inny wygląd sylwetki – czuję się w swoim ciele świetnie! Schudłam 10 kilogramów i od kilku lat utrzymuję stałą masę ciała,
  • lepsze samopoczucie – mam więcej energii, jestem bardziej produktywna, łatwiej mi się skupić,
  • więcej możliwości spędzania czasu – moje ciało w niczym mnie nie ogranicza. Jeśli dostanę spontaniczną propozycję wyjścia, w góry nie muszę się martwić, “czy dam radę”.

Wszystkie te korzyści są w zasięgu ręki przy jedzeniu zgodnie z zasadą 80/20%. Naprawdę nie trzeba jeść idealnie, żeby czuć różnicę w samopoczuciu i wyglądzie! Dbając o 80% zdrowych wyborów na co dzień, można uzyskać wystarczająco satysfakcjonujące efekty.

W zdrowym stylu życia wytrwałość znaczy więcej niż intensywność działań 

W dorosłym życiu mamy wiele różnych obszarów, o które teoretycznie warto zadbać, na przykład:

  • samorozwój, duchowość,
  • relacje z partnerem/partnerką,
  • relacje rodzinne,
  • znajomi i przyjaciele,
  • rozwój zawodowy,
  • dbanie o dom,
  • prowadzenie budżetu,
  • nauka języków, zdobywanie nowych kompetencji,
  • hobby,
  • odpoczynek (zarówno dłuższe urlopy, jak i chwila wytchnienia w ciągu dnia),
  • zdrowie – nie tylko jego dietozależne aspekty, dajmy na to szukanie specjalistów i metod leczenia chorób może zajmować mnóstwo czasu,
  • wygląd (sylwetka, dbanie o urodę, moda),
  • sen (!) – jeśli coś zajmuje nam prawie 1/3 życia (a przynajmniej tyle powinno), nie można tego pominąć w naszym zestawieniu.

I zachodzę w głowę, jak to jest, że akurat w tym jednym malutkim aspekcie, jakim jest “bycie fit”, zaczęliśmy aż tak świrować. Przecież:

  • zaczynając naukę włoskiego, stawiamy sobie za cel raczej możliwość podziękowania kucharzowi za wybitną pizzę niż możliwość zrobienia Silviu Berlusconiemu wykładu na temat moralności,
  • interesując się modą, nie musimy posiadać każdej jednej rzeczy, która nam się podoba, by dobrze wyglądać,
  • może i fajnie by było mieć 6 miesięcy i pół roku urlopu, ale dobre i 10 dni jednym ciągiem.

W innych sferach życia zazwyczaj wiemy, że wcale nie trzeba iść na całość, by było wystarczająco dobrze DLA NAS. A jak pojawia się pomysł rozpoczęcia fit życia, to roztaczamy wokół siebie wizję rozpoczynania dnia sesją jogi, po której nastąpi pięć idealnie zbilansowanych, urozmaiconych, samodzielnie przyrządzonych posiłków zjadanych w trzygodzinnych odstępach, a fit dzień zostanie zwieńczony intensywnym treningiem. 

Zmęczyłam się od samego pisania! Jak dobrze, że to nie musi tak wyglądać! 

Co daje zdrow(sz)e życie BEZ diety?

Dowód angedotyczny (opierający się na przypadku jednej osoby) ma znacznie mniejszą moc niż dowód naukowy, ale być może moje wyznanie okaże się dla Ciebie interesujące: korzystając z metody bez liczenia i ważenia, zredukowałam ostatnie kilogramy i od dwóch lat utrzymuję najlepszą sylwetkę w całym moim dorosłym życiu. A co znacznie ważniejsze: nigdy nie układało mi się lepiej z jedzeniem niż teraz. 

Nauczyłam się jeść wszystko, co lubię, i wypracowałam zdrowe podejście do zdrowego stylu życia – opisałam to w poradniku o jedzeniu Bez liczenia i ważenia.

Dzięki strategii przedstawionej w Bez liczenia i ważenia zerwałam z ignorowaniem ośrodków sytości – już się nie przejadam. To ja decyduję, co i w jakiej ilości zjem, i jest to absolutnie fantastyczne uczucie!

Książka Bez liczenia i ważenia.

Nie będzie mi jedzenie mówić, jak mam ż(r)yć

…ani tym bardziej ILE mam jeść. Tylko dlatego, że jest takie pyszne, wspaniałe, łatwo dostępne, skuteczne w dostarczaniu przyjemności. A czasami tylko dlatego, że jest. 

Odzyskałam pełną decyzyjność w jedzeniu. Ja wybieram, które zachcianki ignoruję, a które chcę zaspokoić. W mojej głowie nie musi już rozbrzmiewać Agnieszka Chylińska pytająca retorycznie: “Kiedy powiem sobie dość?”, bo o tym decyduje Jej Wysoka Mość Sytość.

Zasada 80/20% ma szansę działać tylko wtedy, gdy nie dochodzi do częstego przejadania się. A do zaprzestania przejadania się dochodzi m.in. wtedy, gdy przestajemy ignorować głód. Ośrodki głodu i sytości ze sobą współpracują. Wiedziałam o tym w teorii od wielu lat! 

Ale dopiero praktykując metodę, uwierzyłam, jak bardzo ułatwia ona zdrow(sz)e odżywianie i dbanie o sylwetkę.

Jem, kiedy jestem głodna.

Przestaję jeść, kiedy jestem najedzona.

I cholera, to działa. To naprawdę działa :).

Jasne, że zanim zadziała, to musimy wykonać kupę pracy – odkurzyć ośrodki głodu i sytości, dopuścić je do głosu. To nie przychodzi z dnia na dzień – szczególnie jeśli ktoś długo kręcił się w pętli restrykcyjnych diet. My, kobiety, mamy z tym totalnie przekichane! 

Umiejętność tłumienia głodu, “wytrzymywania” nieprzyjemności z nim związanych, jest w wielu kręgach nobilitowana. Świadczy o stalowej woli, wytrwałości, zawziętości. PIONA!

Szkoda tylko, że im bardziej trenujemy się w ignorowaniu głodu, tym trudniej nam szanować sytość. Nie dziwię się, jeśli czytasz ten tekst i myślisz sobie: “U normalnych osób może i to tak działa, ale ja jestem już zbyt zepsuta! Czuję sytość i wypełnienie żołądka, dopiero kiedy się przeżrę!”.

Dobra wiadomość jest taka, że istnieją strategie i narzędzia, które mogą Cię wesprzeć w nauce jedzenia… od nowa. Idealnie określiła to jedna z czytelniczek Bez liczenia i ważenia: “ta książka uczy na nowo, jak myśleć o jedzeniu“. Zabiera jedzeniu trochę powagi. Jedzenie przestaje być AŻ TAK WAŻNĄ SPRAWĄ, wypełniającą większość wolnych zasobów w ciągu dnia. “Co zjem, kiedy zjem, ile do kolejnego posiłku, co by tu jeszcze zjeść, czym się dopchać, jestem smutna, no to zjem, to silniejsze ode mnie, więc zjem, o cholera, zjadłam, mam takie wyrzuty sumienia, co tu robić, czego nie robić, jak nadrobić?”

Oszaleć można.

Albo można nauczyć się jeść inaczej.

Czy odchudzanie może być ciałopozytywne?

Możesz podobać się sobie w każdym rozmiarze.

A możesz też akceptować aktualną sytuację i jednocześnie pracować nad zmianą w obszarze, który obecnie nie do końca Ci odpowiada, a jest zależny od Twoich działań.

Możemy czuć się fantastycznie w swoim ciele bez względu na to, ile ono waży!

Nowa kolekcja PSC GirlPower już 11 października!

A możemy też czuć się fantastycznie ze sobą i dążyć do stanu, w którym ciało podobało nam się bardziej. Bo tak samo, jak masz prawo czuć się dobrze, ważąc 100 kg, tak samo masz prawo lepiej wspominać okres, gdy ważyłaś 15 kg mniej.

Oszukiwanie się, że odpowiada Ci obecna sytuacja, jest znacznie gorsze niż szczere przyznanie, jak się sprawy mają. Powstaje niebezpiecznie głęboki dysonans pomiędzy tym, co próbujesz sobie wmówić, a tym, co naprawdę czujesz.

Dlatego uważam, że nie każda próba odchudzania zakrawa o fatshaming, tak jak nie wszystkie “fit metamorfozy” zakładają przeistoczenie “złej, brzydkiej, niechcianej wersji przed” w “oklaskiwaną wersję po”. Chęć zredukowania masy ciała nie musi oznaczać niskiej samooceny czy braku szacunku do siebie “z dziś”.

Nie każda chęć zmiany jest podyktowana brakiem akceptacji!

Farbując się na blond, nie hejtujemy przecież brunetek.

Pracując na etacie, nie krytykujemy z automatu samozatrudnionych.

Sprzątając sama dom, nie umniejszam rodzinom wynajmującym panie do sprzątania.

Chęć zmiany nie musi być przejawem niechęci do siebie!

Nie musi być też karą za dotychczasowe błędy.

Może być przejawem troski o siebie i sprawdzeniem, co by było, gdybyśmy spróbowali zrealizować chodzące nam po głowie postanowienia. Takiemu podejściu do odchudzania poświęciłam cały rozdział Bez liczenia i ważenia

Odchudzanie zdecydowanie NIE jest ciałopozytywne, gdy: 

✖️ celem jest osiągnięcie ściśle określonego wyglądu sylwetki i/lub masy ciała, 

✖️ wyklucza produkty, które lubisz, 

✖️ nie uwzględnia Twojego stylu życia, preferencji co do pór i liczby posiłków,

✖️ stawia tempo utraty masy ciała ponad ryzyko konsekwencji zdrowotnych,

✖️ obfituje w zakazy i nakazy.

Jednak czy odchudzanie musi tak wyglądać? A w życiu! 

Powiem więcej: to nie jest droga do skutecznego odchudzania i utrzymania wypracowanych efektów. 

Znacznie łatwiej skutecznie praktykować zdrow(sz)e nawyki, gdy intencją do zmian jest chęć zrobienia czegoś dobrego dla siebie tu i teraz, a nie karanie się za błędy z przeszłości podyktowane nienawiścią do ciała. 

W swojej pracy nie narzucam nikomu, że MUSI czy nawet POWINIEN chudnąć. Ale jeśli chce to zrobić (opierając się na własnych priorytetach, celach, wnioskach), to potrafię go wesprzeć w tym procesie, by nie tylko doszedł do celu, ale zrobił to z poszanowaniem zasobów i z korzyścią dla zdrowia oraz samopoczucia (nie tylko dla sylwetki).

Dla kogo jest Bez liczenia i ważenia?

Komu polecam Bez liczenia i ważenia? Wszystkim kobietom, które chcą zacząć jeść normalnie. Tym, które mają już dość liczenia kalorii i chcą bezpiecznie wyjść z diety bez efektu jojo. Albo wręcz przeciwnie – tym z Was, które diet/liczenia kalorii nigdy nie lubiły i po kilkunastu dniach rzucały to wszystko w kąt.

Poradnik przeszedł redakcję merytoryczną doświadczonej psycholożki, psychodietetyczki – dr Anny Januszewicz. 

To nie jest “opis moich doświadczeń”, bo sam fakt, że coś sprawdza się u mnie, to jeszcze o wiele za mało, żeby polecać to innym. Wskazówki i informacje zawarte w książce są argumentowane aktualnymi wynikami badań naukowych (bibliografia liczy ponad 70 pozycji).

Dieta, aplikacja do liczenia kalorii, catering dietetyczny czy Bez liczenia i ważenia to zróżnicowane narzędzia, które mogą Ci pomóc w realizacji celów. Jeśli większość z nich nie przyniosła spodziewanych rezultatów albo na dłuższą metę okazuje się męcząca, warto spróbować czegoś nowego. 

Trzymam za Ciebie kciuki!