Pomyślałam o tym artykule dokładnie wtedy, gdy po pokazaniu swoich kolorowanek na Instagramie (za chwilę więcej o nich) jedna z Was zadała mi pytanie, czy gdy rysuję, w trakcie tego robię coś jeszcze, na przykład słucham podcastów, oglądam webinary, isnastory itp. czy tylko tak beztrosko pozwalam sobie “marnować” czas.

Więc zanim opowiem, jakie mam sposoby na beztroskie marnowanie czasu, powiem Wam coś o relaksie, odpoczynku, regeneracji itp. Nie pierwszy raz poruszam ten temat i stałe bywalczynie to wiedzą. Mam już na koncie #kawęzbudzyńską oraz cały webinar właśnie o tym.

Po pierwsze, jeśli przychodzi Ci do głowy myśl: “Ja prdl świat stanął na głowie, skoro ludzie muszą nauczyć się odpoczywać!”, to trochę Cię rozumiem. Tak faktycznie jest. Świat stanął na głowie i mam wrażenie, że od jakiegoś czasu musimy uczyć się spraw, nawyków, umiejętności i zwyczajów, które kiedyś były zupełnym standardem.

Prawda jest też taka, że naszym życiem społecznym trochę rządzą “mody”. Teraz jest moda na minimalizm i slow life, na to, by zwolnić i smakować życie oraz być bardziej uważną. I fajnie. Ale warto zwrócić uwagę, że nie zawsze tak było. Ja akurat doskonale to pamiętam, bo gdy w 2014 roku wkraczałam do świata blogowego (wtedy powstała PSC), śledziłam bardzo dużo różnych blogerek (czyli płeć żeńską), żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Moje Drogie, wtedy nie królował minimalizm. Wtedy królował perfekcjonizm.

Konkurencja w świecie blogowym już wtedy zaczynała deptać sobie po piętach i blogerki, które dzisiaj mówią o uważności oraz wyłączaniu się ze świata, wtedy mówiły o tym, jakimi są ogromnymi perfekcjonistkami, jak bardzo muszą dopieszczać każdy detal, bo UMARŁYBY (ich słowa), gdyby zobaczyły, że ich “produkt” – czyli artykuł, zdjęcie, czy cały blog – po prostu został wystawiony na widok publiczny w stanie niedoskonałym.

Te same osoby piały również o tym, że – “Ojejejeja!” – będąc na wakacjach, nie potrafią się wyłączyć. NIE POTRAFIĄ zostawić bloga, bo uschnie, zaschnie i to nieprofesjonalne. Nie potrafią NIE myśleć o pracy, bo to przecież ich kochane dziecko, a jak można nie myśleć o dziecku?! (Można! Przetestowałam na sobie.)

Powiem tyle: bardzo dobrze, że tamte czasy już za nami. Bardzo dobrze, że te osoby zreflektowały się, że to droga donikąd i zmieniły kurs. Bardzo dobrze, że już tak nie robią ani nie piszą, a w związku z tym nie wzbudzają w innych presji, że też powinni być doskonali.

W międzyczasie jednak – mam wrażenie – ta moda na ciągłą pracę, wręcz zapierdol, obecność i czujność przeszła na… przedsiębiorczynie. Wydaje mi się, że od kilku lat następuje wysyp kobiet prowadzących lub chcących prowadzić swoje małe biznesy (i to jest według mnie super).

Jednak mały biznes ma naprawdę trudno. Nie jest mu łatwo się wybić. Ma ograniczone możliwości konkurowania, więc działa non stop, żeby nie wypaść z rynku. A największym paradoksem jest chyba to, że mały biznes tak robi i tak się “zachowuje”, nawet jeśli… nie musi. Po prostu bycie w ciągłej gotowości i dyspozycyjności stało się dla ludzi synonimem profesjonalizmu. Więc gdyby mały biznes przyznał się, że od 16.00 ma klientów w nosie i zajmuje się dziećmi, to podniosłoby się larmo, że: “Jak to? Przecież klient!” itp.

Miałam okazję przekonać się o tym ostatnio na własnej skórze, gdy klientka po długich poszukiwaniach znalazła w sieci mój prywatny numer telefonu i zaczęła do mnie dzwonić w sprawie zamówienia, co jest strategią bardzo nieskuteczną i baaardzo wydłużającą proces. Ja naprawdę nie wiem, jakie zamówienia składacie, jakie one mają numery, co się z nimi dzieje itp. Bo mam w zespole osoby, które się tym zajmują. Po wielu telefonach klientka została BARDZO UPRZEJMIE poproszona o przejście na kontakt mejlowy, a nie dzwonienie do nas w dziwnych godzinach pod nasze prywatne numery telefonów. I dowiedziałyśmy się, że jest to skandaliczna prośba i skandaliczne zachowanie. Wniosek: prowadzisz firmę, musisz być dostępna non stop.

Ja się z tym wnioskiem nie zgadzam i nie mam problemu z tym, że ta klientka nie jest już moją klientką. Ja mam już naprawdę dobrze przepracowane to, z jakimi klientkami chcę mieć kontakt, a z jakimi mogę się pożegnać. Ale nie każdy tak ma.

Smutna prawda jest taka, że większość osób prowadzących swoje małe biznesy i przedsięwzięcia żyje w świecie, w którym są aktywne, działają i pracują non stop. Osoby takie odpoczywają tylko wtedy, gdy już totalnie i fizycznie padają na pysk (czyli ktoś na przykład siada w łóżku z laptopem i zwyczajnie nad nim zasypia) albo przez przypadek (ktoś zrezygnował ze spotkania i masz godzinę nicnierobienia).

Jeśli działasz tak od jakiegoś czasu – i wszyscy dokoła Ciebie tak robią – a dodatkowo od zupełnie obcych osób z sieci dostajesz potwierdzenie słuszności takiego sposobu życia (bo widzisz, że oni też non stop, a przynajmniej ciągle mówią o tym, że non stop), to nic dziwnego, że po jakimś czasie, to staje się dla Ciebie normalnym trybem. Jakikolwiek stan odpoczynku i relaksu jest dla Ciebie nicnierobieniem, przy którym z automatu włącza się poczucie winy i myśl: “Mogłabym w tym czasie coś zrobić”.

Chciałabym tutaj z całą mocą, jaką tylko mam, powiedzieć, że sytuacja, w której siadasz, odpoczywasz i NIE ROBISZ NIC – nie myślisz, nie kombinujesz, nie tworzysz przeglądu zadań na jutro, nie zastanawiasz się, co kupić w sklepie, gdzie masz iść w poniedziałek, o czym zapomniałaś, jak odpowiedzieć Kryśce na zaczepkę itp. itd. – jest sytuacją NORMALNĄ i każda z nas powinna mieć czasem do czynienia z takim stanem. Nie mówię, że codziennie (choć codziennie przez chwilę – czemu nie?). Nie mówię, że non stop (bo wtedy chyba można zwariować). Ale czasami – jak najbardziej. I odwrotnie – możesz mi wierzyć lub nie, ale sytuacja, w której zawsze coś robisz i zawsze o czymś myślisz, a nigdy się nie relaksujesz, nie jest sytuacją zdrową dla ludzkiego organizmu.

NA ODPOCZYNEK NIE TRZEBA ZASŁUŻYĆ

To jest chyba najczęstsza mantra, jaką jesteśmy częstowane od dziecka. Najpierw praca, potem odpoczynek. Najpierw obowiązki, potem przyjemności.

Wszystkie wiemy, co za tym stoi – chęć zmotywowania nas (tak, za tym stoi pozytywna intencja) i tego, byśmy pracę wykonywały lepiej i szybciej, bo później czeka nas “nagroda”. Już nawet nie wspomnę o tym, że wiele badań wykazało, że ludzie WCALE NIE PRACUJĄ LEPIEJ, wiedząc, że czeka na nich nagroda (Poczytaj sobie o tym w książce Daniela H. Pinka „Drive” o motywacji). Takie słowa wzbudzają w nas przekonanie, że na odpoczynek musimy zasłużyć. A to oznacza, że musimy najpierw ciężko się napracować.

Tylko problem polega na tym, że nie ma jednej wytycznej ani uniwersalnej definicji ciężkiej pracy. Ale jesteśmy my (kobiety – perfekcjonistki), które są przekonane, że być może tylko Maria Skłodowska-Curie zasłużyłaby na odpoczynek. “No bo, helloł! Ma dwa noble! Pewnie by jej się należało, ale gdzie tam mnie – Kaśce, co wychowuje dzieci i w sumie mąż mi pomaga, a czasem nawet babcia. Ja tam tylko wieczorami dorabiam sobie pisaniem tekstów. To ja nie. Ja nie zasługuję. Poczekam, aż będę naprawdę zaharowana, odchowam dzieci, zarobię miliony, świat zdobędę. I świat mi wtedy powie, że zasłużyłam”. To nic, że będziesz wtedy miała 88 lat i pewnie będziesz umierać. Przecież jest takie powiedzenie, że: “Wyśpisz się w grobie”, prawda? A powiedzenia, jak mówiła Mama i Pani w szkole, są mądrością narodu i należy ich słuchać.

Jest jeszcze jedno fajne: “Baba z wozu, koniom lżej” albo “Chłop do kielni, baba do patelni”.

No więc: nie – na odpoczynek nie trzeba zasłużyć. Należy nam się on jak psu buda! Twój organizm wymaga odpoczynku bez względu na to, czy masz nobla, uznanie i podziw w cudzych oczach. Twój organizm wymaga odpoczynku, żebyś później mogła działać, wymyślać, kreować, przetwarzać, tworzyć nowe, kombinować. Organizm, który nie odpoczywa to taki, który zadaje pytania: “Skąd wziąć energię do działania?”. A bierze się ona głównie z wypoczętej głowy i ciała. Serio!!! Wypoczęty i wyspany mózg szybciej przetwarza informacje – szybciej i lepiej wymyśla, łączy fakty i tworzy nowe pomysły tak, jak nigdy nie będzie w stanie tego zrobić przemęczona i niewyspana głowa! Kiedy to w końcu zrozumiesz?

CO I KOMU UDOWADNIASZ

Jeśli już wiesz, że jesteś w tym zapętleniu niedawania sobie prawa do odpoczynku, to zastanów się z czego to wynika. Mówiąc wprost: co i komu chcesz udowodnić? I dlaczego tak Ci na tym zależy? Co będziesz miała, jeśli ktoś powie: “Ojej, faktycznie… Ale pracowita jesteś”? CO się wtedy stanie? Będziesz bardziej pracowita niż jesteś? Będziesz wartościowszą osobą? Będziesz bardziej na coś zasługiwała? Będziesz kimś lepszym? Bo komuś coś udowodniłaś?

A teraz odwróć tę sytuację. A co, jeśli nie udowodnisz? Co, jeśli od lat próbujesz sprostać czyimś oczekiwaniom (być może tylko wyobrażonymi przez Ciebie)? Od lat stajesz na głowie, udowadniasz i… nic się nie dzieje. Będziesz jeszcze bardziej? Jeszcze szybciej? Jeszcze lepiej? Jeszcze mniej spać? Jeszcze więcej pracować? Do kiedy? Aż zauważy? Aż potwierdzi? Aż powie: “Brawo”? Czy może aż padniesz? Aż  zemdlejesz? Aż Ci się rodzina rozpadnie? Aż umrzesz?

Więcej treści o tym, dlaczego warto odpoczywać, jak się za to zabrać i jak zmienić swoje przekonania związane z odpoczynkiem znajdziecie w moim webinarze: “Organizacja to sztuka odpoczywania. Jak nauczyć się odpoczywać?“. Znajdziesz go tutaj.

MOJE SPRAWDZONE SPOSOBY NA RELAKS

  • ROWER

Pokochałam rower. Ale nie taki jak kiedyś – w stylu przemieszczania się z punktu A do B – tylko rower szosowy, który jest szybki, zwrotny i przejeżdża się na nim baaardzo dużo kilometrów. Rower, na którym wypruwam sobie żyły z wysiłku i robię wielokilometrowe podjazdy, na którym staram się jechać jeszcze szybciej, choć mięśnie już palą jak szalone.

Ostatnio jeździłyśmy na wyprawie rowerowej z dziewczynami i rozbawiło mnie stwierdzenie Elwiry z bloga Jak ona to robi, że ona dopiero teraz (jeżdżąc “na szosie”) poznała, czym tak naprawdę jest jeżdżenie na rowerze. Wcześniej to było tylko “jakieś tam kręcenie nogami”. Tak, jeżdżenie “na szosie”, najlepiej w grupie, to nie wycieczka krajoznawcza (choć poruszamy się w pięknych okolicznościach przyrody). To walka z samą sobą, swoimi słabościami, palącymi mięśniami, oddechem, którego nie można złapać, prędkością, a czasem pogodą, która bardzo daje w kość.

Takie jeżdżenie na rowerze lubię, takie mnie relaksuje, takie oczyszcza mi głowę, ciało i umysł.

  • KOLOROWANKI

Ja wiem, jak to brzmi. Mnie kiedyś też kojarzyło się infantylnie. Ale którejś zimy wyciągnęłam duży zeszyt, akwarele, cienkopisy, pisaki itp. I… Zaczęłam kolorować i malować. Bez planu, bez myślenia o tym, co to będzie i co ma z tego wyjść, o tym, czy umiem, czy będzie równo, czy będzie się podobać, czy mam talent, czy mogę, czy mnie nie wyśmieją, czy to ma sens itp. Czyli bez tego wszystkiego, co nam się często uruchamia, gdy zaczynamy robić coś manualnego, związanego ze “sztuką” albo to, co nam kojarzy się z oceną i – bądźmy szczere – krytyką!

Projekt tej zimy szedł mi doskonale, bo zimowe wieczory sprzyjały takim działaniom. Często siadali obok mnie synowie i tworzyli swoje malowidła. Co zresztą było dla nas cudowną okazją do rozmawiania – o życiu, sztuce, tym, co to znaczy, że nam się coś podoba, a coś nie i co robić, gdy ktoś nas ocenia oraz co to znaczy, że różnym osobom podobają się różne rzeczy i co zrobić, gdy ktoś nam mówi, że nie podoba mu się to, co nas zachwyca.

Po pewnym czasie zwyczajnie odechciało mi się farb, a zachciało cienkich linii. Zachciało mi się kolorować. Kupiłam nawet gotowe kolorowanki, ale – o matko bosko! – one są takie symetryczne i doskonałe, że zanim zacznę je kolorować, to już się złoszczę na te ideały.

Zaczęłam więc sama rysować kolorowanki. I przepadłam. Wciągnęło mnie to niezwykle. Spodobało mi się. Działa to dokładnie tak samo – robię to bez planu, bez pomysłu i w zasadzie bez celu. Ręka sama mnie niesie. Czasem wyjdzie, czasem nie. Czasem jest krzywe, czasem proste. W większości jednak krzywe 🙂 Czasem to kończę, czasem nie. Czasem zaczynam kolorować, a czasem zostawiam czarno-białe. Czasem dołączę do tego farby, czasem naklejam naklejki.

Nie ma w tym wielkiej filozofii, nie ma to nawet żadnego celu, poza jednym: to dla mnie relaks. Relaks mojego ciała i mojej głowy. I nie, nie jest to dla mnie “zabijanie czasu” podczas słuchania podcastów czy webinarów lub podczas czegokolwiek innego. Robiąc to, zanurzam się w tym w 100% i odpoczywam. Choć jednocześnie mogę na przykład rozmawiać, bo te dwie czynności akurat mocno idą w parze.

  • KSIĄŻKI

To mój relaks od zawsze. Odkąd pamiętam połykałam książki i nic w trakcie mojego 40-letniego życia tego nie zmieniło. Książki czytamy rodzinnie. To nasz sposób na relaks, miło spędzony czas, naukę,  poznawanie świata i pretekst, by o nim rozmawiać.

TUTAJ pisałam o tym, co robimy, by nasze dzieci również czytały jak szalone.

Nadmienię tylko, że czytam w zasadzie wszystko. Zarówno pozycje rozwojowo-biznesowe, jak i zwyczajną beletrystykę do poduszki, kończąc na thrillero-horrorach. Ale te ostatnie czytam tylko po angielsku.

Generalnie mam taką zasadę, że lektury lekkie, łatwe i przyjemne czytam po angielsku, żeby choć trochę były dla mnie wyzwaniem 🙂 Aha – jak się pewnie domyślasz – nie ma w moim życiu czegoś takiego jak brak czasu na czytanie książek. Mogę nie mieć czasu na gotowanie, pranie albo nawet umycie głowy, a na książkę czas się zawsze znajdzie. Jest mi o tyle łatwiej, że takie nastawienie ma cała rodzina. Przychodzi niedziela i każdy coś tam czyta. Gdy w porze obiadu orientujemy się, że nie ma żadnego obiadu, bo nikt go nie ugotował, to nie ma dramatu. Zamawiamy coś i… czytamy dalej 🙂

  • KĄPIEL W WANNIE

To mój stały punkt dnia, jeśli chodzi o relaks. Uwielbiam wannę i nie mogłabym bez niej żyć. W niej relaksuję się i odpoczywam. Wannę miałam nawet w łazience, która miała chyba 3 metry kwadratowe. Sama wanna miała metr długości (to nie metafora – naprawdę była taka mała!).

W wannie potrafię siedzieć 2 godziny. Odmakać, czytać, spać, myśleć, spisywać pomysły, oglądać seriale itp. Generalnie wszystko mogę tam robić. Nie wykonuję w niej jakichś rytuałów, nie mam lampek, podstawek i świeczek rodem z Instagrama. Nie puszczam muzyki, nie zatapiam się w czymś tam. Po prostu wystarczy mi fakt, że jestem odizolowana od całej rodziny i mam święty spokój.
W wannie za to bardzo często czytam książki – czyli punkt 3 i 4 jednocześnie.

Daj znać jak u Ciebie z odpoczywaniem.