Tekst ma charakter archiwalny i niektóre fakty z życia PSC mogły się w tym czasie zmienić, ale proponowane rozwiązania zupełnie nie straciły na aktualności, dlatego korzystaj z nich do woli.


W najlepszej na świecie grupie Pań Swojego Czasu na FB mamy ponad 15 tysięcy kobiet! Wyobrażasz to sobie? Czy wiesz, jaka to armia ludzi? I jaka siła tkwi w takiej liczbie? Ja wiem, bo czuję to, gdy przebywam w grupie.

Muszę przyznać, że jej członkinie traktuję w specjalny sposób, ponieważ zwyczajnie są mi bliskie. Co tydzień w poniedziałki o 10.00 rano pijemy sobie razem kawkę (#kawazbudzynska to takie 15-minutowe spotkanie na żywo właśnie w tej grupie), a ja wygłupiam się, tańczę, a czasem nawet śpiewam, choć na szczęście słabo to słychać.

W grupie są tylko i wyłącznie kobiety i panuje w niej naprawdę dobra i miła atmosfera. To właśnie tutaj poznaję Wasze problemy, ale też Wasze rozwiązania tych problemów.
To w grupie dzielimy się nie tylko swoimi przemyśleniami i osiągnięciami, lecz także potknięciami.
To w grupie planujemy swoje zadania i rozliczamy się z ich wykonania.

I właśnie w grupie, gdy napisałam o swoich planach, które obejmują malarski weekend (czyli spotkanie z innymi kobietami w ramach Iluminatorni i wspólne malowanie), jedna z Was zapytała, czy nie mogłabym napisać artykułu na temat tego, w jaki sposób znaleźć czas na przyjemności i jak je sobie zaplanować.

Zgodziłam się. Ale potem tego pożałowałam. Dlaczego?

Bo planowanie czasu na własną przyjemność NICZYM NIE RÓŻNI się od planowania czasu na cokolwiek innego. To jest dokładnie taki sam proces.
Wyobraź sobie dowolne zadanie, które zrobiłaś w swoim życiu i które prawdopodobnie zawsze zrobisz, choćby się waliło i paliło. Dla większości z nas będzie to rodzaj obowiązku (jak na przykład pójście do pracy czy zrobienie dziecku śniadania).
Żadna z nas przecież podczas planowania swojego tygodnia nie myśli sobie: „Mmm, jeśli w tym tygodniu zostanie mi trochę czasu, być może sobie popracuję” (oczywiście jest to uproszczenie – na pewno są kobiety, które nie muszą pracować i prawdopodobnie tak sobie mówią; ja mam na myśli przeciętną kobietę, która pracuje, bo pieniądze, jakie zarabia, są jej potrzebne do życia).

Innymi słowami – na obowiązki zawsze mamy czas. Jeśli nie wiesz, jak je zaplanować, zapraszam do jednego z wielu artykułów, które napisałam na ten temat. A jeśli zastanawiasz się, jak zaplanować swoje przyjemności, wystarczy, że słowa „praca” czy „zadania” zastąpisz słowem określającym daną przyjemność, na którą chciałabyś mieć czas.

Ale dzisiaj nie będzie o tym.

Dzisiaj będzie o tym, dlaczego to NIE JEST dla nas oczywiste. Dlaczego nie traktujemy tego, co sprawia nam przyjemność, jako czegoś, co ma prawdo być dokładnie tak samo zaplanowane jak obowiązki.

W ostatni weekend malowałam w Iluminatorni. W pewnym momencie rozejrzałam się po sali i zobaczyłam inne kobiety, które robiły to, co ja, czyli stały przy sztalugach. Pomyślałam sobie wtedy, że w naszym kraju wciąż egzotyczne jest to, że kobieta „urywa” się na dwa dni ze standardowego życia – zostawia dzieci i rodzinę, nie dzwoni, nie pyta, co jedli i robili, jak się czują i co mają robić – i w 100% zanurza się w swoim świecie, dając sobie czas na bycie sama ze sobą oraz z innymi osobami mającymi taką potrzebę.

Nowa kolekcja PSC #kreatywnychill

Takie działanie wciąż, niestety, mieści się na granicy fanaberii, a już na pewno nie jest standardem!

Dlaczego? Dlaczego mamy wyrzuty sumienia, gdy sprawiamy sobie przyjemność? Dlaczego to, co sprawia nam przyjemność, zostawiamy na ostatni moment lub „gdy znajdziemy chwilę czasu”? A potem okazuje się, że tej chwili nie znalazłyśmy. Minął kolejny dzień, załatwiłyśmy milion zadań DLA KOGOŚ, ale nie znalazłyśmy 30 minut tylko dla siebie.

Czy dlatego, że tak zostałyśmy wychowane? Ile z nas – córek – widziało swoje mamy w chwilach, gdy były zajęte tylko sobą? Ile z nas słyszało od nich: „Nie mam czasu, kochanie, bo…”? Czy po tym „bo…” słyszałyśmy, że są zajęte czytaniem/malowaniem/nauką języka/rozwojem/zabawą/szydełkowaniem, czy też gotowaniem/prasowaniem/pracą/sprzątaniem/ogarnianiem? Lub że po prostu są zmęczone?

Czy dlatego, że wszędzie słyszymy: „najpierw obowiązki, potem przyjemność”? Nawet jeśli działamy w takiej kolejności (bo wydaje nam się, że odwrotna jest gorsza), to czy wiemy w praktyce, co to oznacza? Jak długo mają trwać te obowiązki i kiedy pojawi się ta przyjemność?

Podejrzewam, że zaraz „podniesie się larmo” (tak mówiło się u mnie w domu): jak to, każde czytanie książki mam wpisywać do kalendarza? Każdą wypitą kawę muszę gdzieś zaznaczać? Każdy spacer planować?

Nie. Jeśli to robisz. Ja czytam codziennie, gdy siedzę w wannie. Nie wpisuję tego do kalendarza i nie planuję. Nie mam ustawionych przypomnień ani nie zakreślam tego na kolorowo w swoim planerze. Jest to dla mnie naturalne.

Od jakiegoś miesiąca jest też dla mnie normalne, że ruszam się przez godzinę dziennie. Czasem joga, czasem pilates, czasem wyjście na spacer (ostatnio rzadko, bo smog w Krakowie okrutny), ale zawsze godzinka. Którą planuję, bo czasem wypada rano, a czasem wieczorem.

Gdy planowałam działania PSC w 2017 roku, patrzyłam na całoroczny kalendarz w podziale na miesiące. Planowanie zaczęłam od… wypisania wszystkich wolnych dni w roku: wakacji, wyjazdów, spotkań i momentów, w trakcie których będę ładować akumulatory.

Dokładnie w taki sposób podchodzę do planowania swojego dnia. Jeśli czas DLA MNIE jest naprawdę ważny, to planowanie zacznę od tego, aby zarezerwować go w swoim kalendarzu.