Pamiętaj, że ten artykuł został napisany w 2015 roku, więc niektóre informacje nie są już aktualne. Moje dzieci są teraz starsze, potrafią się sobą zająć, ale wciąż zdarza im się chorować i wtedy potrzebują więcej mojej uwagi niż na co dzień. W takich chwilach dostosowuję swój dzień pracy do bieżących potrzeb.

Być może wiecie, że jestem Mamą dwóch synów. Starszy ma 6 lat, a młodszy 3. Ostatnio znajdujemy się w ciągłym cyklu chorowania. Jak nie przeziębienie jednego, to kaszel drugiego. Po wyleczeniu wszystkiego wyskoczyła… ospa. Cudowne dwa tygodnie, spędzone w domu. W takich chwilach gorąco zazdroszczę mamom, posiadającym stabilną pracę na etacie, które mogą po prostu pójść na dwutygodniowe chorobowe razem ze swoimi dziećmi, nie martwiąc się o pracę, klientów, zlecenia, telefony itp.

Czy są jeszcze takie sytuacje na świecie?

U mnie w każdym razie nie ma. Artykuły na bloga same się nie napiszą, klienci oczekują na telefon, projekty muszą być realizowane, a nowe pomysły generowane.

Wiadomo, że jeśli jest to sytuacja wyjątkowa, trwająca 1-2 dni, pewne sprawy można odwiesić na kołek; ale jeśli ciągnie się dwa tygodnie, prawdopodobieństwo powstania znacznych opóźnień jest spore, a tego bym nie chciała.

Co zatem robię:

Przeglądam swoją listę spraw

Wykreślam wszystko, co nie jest super-hiper ważne. Wszytko, co może – lub nie może – poczekać, ale wiem, że ktoś mi wybaczy, bo mam z nim dobre relacje (na przykład dlatego, że jest to inna Mama, która doskonale wie, jak wygląda świat z dwójką dzieci).

Wymyślam zabawy wypełniające dzieciom czas

Styropian, nożyczki, wszystko, co brudzące, klejące lub czego zwykle robić nie można, na takie dni jest idealne. Patrząc i słysząc, jak chłopaki się bawią, głęboko się zastanawiam, jak to możliwe, że są chorzy, a jednocześnie potrafią się tak dziko i głośno zachowywać? Myślę wtedy, że to chyba ich pretekst do tego, by w końcu mama pozwoliła na tak niecodzienne zabawy, jak robienie igloo z pościeli w sypialni, do której z reguły nie mają dostępu.

Gdy jest ładna pogoda, sprawa staje się jeszcze łatwiejsza – posiadamy ogródek i zamknięte osiedle z przestrzenią do zabawy, więc „wyrzucam” chłopaków na dwór (tak – mimo, że mieszkam w Krakowie od 17 lat, wciąż wychodzę na dwór i tak – gdy moje dzieci są chore, również tam wychodzą. No chyba, że mają gorączkę).

Planuję dzień z chłopakami

Rano, po śniadaniu, rozmawiam z chłopakami, dokładnie określając, kiedy będą się bawili sami, a kiedy ze mną. Jest to o tyle łatwiejsze, że gdy przebywamy w domu, życie toczy się od posiłku do posiłku, zawsze o stałych porach. Mogę więc zapowiedzieć, że po drugim śniadaniu przez godzinkę będziemy się bawić razem, by chłopcy mniej więcej orientowali się, kiedy to nastąpi.

W ciągu dnia robię same błahe sprawy

To odwrotność tego, z czym zwykle mam do czynienia. W normalny dzień staram się tak załatwiać ważne sprawy, by jak najszybciej pozostawić je za sobą. Z chłopakami jednak sprawa jest utrudniona, bo bez względu na to, co zaplanuję, i tak stale będą przychodzić, pytać czy pokazywać swoje dzieła, więc moja praca notorycznie będzie przerywana. Dlatego w takich dniach preferuję rzeczy, od których mogę się co chwila odrywać – prace graficzne, edytowanie gotowych już wpisów, wymyślanie tematów na artykuły, odpowiadanie na mejle, aktywność na fejsie itp.

Nadrabiam po nocach

Oczywiście, że to robię, choć staram się ograniczać do minimum! Jeśli zobowiązałam się do czegoś – próbuję się z tego wywiązać. Przy czym kwestia wywiązywania się wygląda tak, że najpierw piszę, dzwonię i rozmawiam z osobami, którym coś obiecałam, z którymi coś zaplanowałam itp., starając się zmienić termin. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdemu czasem zdarza się wpadka. Tym bardziej, że w takim przypadku jest to kwestia chorego dziecka. Wiele terminów naprawdę da się przesunąć i zmienić po uzgodnieniu. Oczywiście, są na mojej liście sprawy, przy których nie jest to możliwe i właśnie wtedy siedzę po nocach.

Ustawiam swoje dedlajny

Nauczyłam się tego, gdy starszy syn zaczął chodzić do żłobka (czytaj – wiecznie chorować i siedzieć w domu :)). Praktycznie każde zadanie ma u mnie dwa terminy wykonania: oficjalny – zewnętrzny (ustalony, na przykład, przez klienta albo termin publikacji) i mój – zawsze wcześniejszy. Mając dzieci nauczyłam się, że ich choroby i niedomagania lubią zdarzać się w gorącym okresie, więc wolę być na nie odpowiednio przygotowana.

Nie katuję się wyrzutami sumienia

Przyznam, że to moje największe osiągnięcie, choć ciągle muszę sobie o nim przypominać. By bycie dzieci w domu traktować jako przyjemność, nagrodę, okazję do spędzenia razem więcej czasu. Kiedyś przeczytałam, że nikt na łożu śmierci nie żałuje, że nie pracował więcej. Ale może żałować, że nie spędzał więcej czasu z dziećmi. No więc ja nie chcę 🙂