CZYLI O TERMINACH, DEADLINACH I EFEKTYWNOŚCI

Warto wiedzieć co powoduje, że Twoja efektywność rośnie, co powoduje, że spada. Są Kobiety, które są zmotywowane do pracy mając ściśle określony czas na wykonanie danej czynności i planują działania z iście zegarmistrzowską precyzją.

Ja właśnie do nich należę. Gdy mam “deadline” (stara dobra polszczyzna – wybaczcie), gdy mam naprawdę mało czasu, to mam poczucie jakby para wydobywała mi się z uszu i działam wtedy na pełnych obrotach.

Siedzę na przykład w pociągu, mam słuchawki na uszach i słucham mojego ulubionego Sigur Ros (jeśli nie znasz to koniecznie sprawdź – to muzyka niełatwa w odbiorze , ale ładuje baterie na bardzo długo) jednocześnie nie słyszę i nie widzę niczego dokoła. Nie widzę współpasażerów, ani Pani serwującej kawę, a już na pewno nie konduktora sprawdzającego bilety 🙂

Wszystkie te osoby muszą się wręcz dobijać o moją uwagę, bo ja mając ograniczoną ilość czasu na wykonanie tego, co mam do zrobienia teraz, jestem tak skoncentrowana na zadaniu, że nie mam nawet odrobiny uwagi na inne sprawy dziejące się wokół.

(A tak przy okazji – tego właśnie posta piszę właśnie w takim maksymalnym skupieniu siedząc w 2 klasie  pociągu relacji Kraków Główny – Warszawa Centralna)

Podobne odczucia mam w każdej sytuacji mocno ograniczonej czasowo, a czasem także przestrzennie. Jeśli moje dzieci oglądają właśnie „Opowieści Mamy Mirabelle” (nikt nie powiedział, że Pani Swojego Czasu musi być Matką Idealną i nigdy im nie puszcza bajek! A Mamę Mirabelle naprawdę polecam bo to bajka edukacyjna o świcie zwierząt:)), a ja wiem, że bajka ta trwa około 13 minut to mogę być pewna, że te 13 minut być może będzie najbardziej produktywnie spędzonym czasem w ciągu całego dnia. To wtedy powstaną koncepcje i pomysły dotyczące moich biznesów, wtedy Pani Swojego Czasu, czy też Mama Cukiereczka (moje prywatne alter ego) napisze posta na bloga, czy też wtedy wpadnę na świetny pomysł jak spędzić najbliższy weekend z rodziną (nie dajcie sobie wmówić, że efektywność i dobre zarządzanie czasem dotyczą tylko pracy i projektów zawodowych. Są one równie ważne w życiu prywatnym)

Ale…

Doskonalę zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to jedyny możliwy sposób na bycie efektywną. Stawianie sobie deadlinów jest dla niektórych z nas techniką doskonałą i jak widać na moim przykładzie – działa. Są jednak Kobiety, które działają zgoła inaczej, a wcale przez to nie gorzej.

Znam na przykład Kobietę niezwykle twórczą, pracowitą i efektywną jednocześnie (wkrótce dowiecie się o niej czegoś więcej), która działa, jak sama to nazywa, procesowo. Jeśli to możliwe to nie stawia sobie sztywnych terminów, bo ma świadomość, że one jej do niczego nie zmotywują – wcale nie spowodują, że będzie działała efektywnie, a wręcz przeciwnie – przeszkodzą jej bo wzbudzą stres i spowodują, że zamiast o zadaniu będzie myśleć o terminie.

Ta Twórcza Kobieta działa procesowo i poddaje się temu, co się właśnie w niej dzieje – jeśli ma wenę to pisze, działa, publikuje i tworzy. Jeśli nie, to nie zmusza się do tego. Jak mi to kiedyś powiedziała: „nie zmuszam się do niczego. Zastanawiam się czego chcę, na co mam ochotę i to realizuję”.

 

A Wy? Jakie podejście do zarządzania czasem wolicie? Takie ze sztywno określonymi datami czy też procesowe? Dajcie znać!