Nigdy nie marzyłam o tym, aby napisać książkę.

Nie jestem jedną z tych osób, które w wywiadach twierdzą, że ich marzeniem było napisanie książki.

Moim marzeniem z dzieciństwa było zostanie kierowcą TIR-a (byłam przekonana, że kierowcy TIR-ów zwiedzają cały świat, a w wielkich przyczepach wożą własne domy!), a nie pisanie książek!

Koniec końców jednak tak właśnie się stało. Napisałam książkę! NA TEJ STRONIE możecie zobaczyć szczegóły na jej temat.

JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO?

Na tyle długo jestem na tym świecie, aby doskonale wiedzieć, co robię dobrze, w czym jestem dobra i na czym powinnam się skupiać.

Kiedyś niesamowicie ubolewałam nad tym, że nie potrafię wymyślić czegoś, czego jeszcze nie ma – wymyślanie było dla mnie kwintesencją kreatywności.

Na szczęście dzisiaj już wiem, jakie mam mocne strony. Jedną z najważniejszych jest to, że jestem doskonała w przekładaniu idei, inspiracji i pomysłów na praktyczne działania, które przynoszą efekt. Dzisiaj śmieję się, że większość kluczowych projektów PSC – kursy online, planer, kalendarz – wcale nie było moimi pomysłami! Gdy zakładałam PSC, nie wiedziałam, że będę organizować kursy online. Planer Pani Swojego Czasu (obecnie niedostępny, bo nakład został wyczerpany) nie był moim pomysłem, lecz Waszym. To Wy pisałyście do mnie z prośbą o realizację tych projektów!

Dokładnie tak samo sprawa miała się z książką, choć w tym wypadku pierwszym elementem były… wydawnictwa.

Do tej pory pamiętam moment, gdy jedno z nich po raz pierwszy zgłosiło się do mnie z propozycją napisania książki o zarządzaniu czasem.

Działałam wtedy od około roku i chciałam paść z wrażenia! Byłam przekonana, że złapałam pana Boga za nogi. Propozycja wydawnictwa oznaczała dla mnie prestiż, wyróżnienie i była dowodem na to, że robię dobrą robotę.

Na szczęście rozmowy z pierwszym wydawnictwem zaszły na tyle daleko, że… dostałam do wglądu umowę związaną z wydaniem mojej książki. I na szczęście znałam już wtedy Wojtka Wawrzaka (świetny prawnik, który prowadzi blog o prawie dla kreatywnych osób), który nie zostawił na niej suchej nitki. Dzisiaj sama uśmiecham się do siebie, gdy widzę warunki, jakie wtedy mi zaproponowano.

Umowa szybko poszła w zapomnienie, ponieważ równie szybko okazało się, że nie było to jedyne wydawnictwo, które zgłosiło się z propozycją, lecz… pierwsze.

Miałam bowiem nieszczęście, że już na etapie pisania książki (co prawda początkowym, ale jednak) zaczęły zgłaszać się do mnie wydawnictwa z propozycją wydania u nich książki.

Pewnie zastanawiasz się, dlaczego napisałam „nieszczęście”, skoro sytuacja wydaje się komfortowa: piszesz książkę, a wydawnictwa proszą, żebyś wydała właśnie u nich.

Niestety. Rzeczywistość wyglądała tak, że ja miałam swój pomysł na książkę, a wydawnictwo swój, i niekoniecznie były to spójne pomysły.

Początkowo wydanie za pośrednictwem wydawnictwa było dla mnie zupełnie oczywiste, jednak za każdy razem, gdy siadałam do pisania, przypominałam sobie, że jedno z nich chciałoby iść bardziej w tym kierunku, a drugie w zupełnie odwrotnym. Nagle słowa „dupa” i „cholera” nie chciały wyjść spod moich palców, a przecież często ich używam.

Siadałam do pisania i miałam wrażenie, że założyłam gorset, który krępuje moje ruchy.

W pewnym momencie musiałam powiedzieć „Dość!”. Wydawnictwom dałam do zrozumienia, że nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób i z kim będę wydawać, i że w tym momencie nie zamierzam podejmować decyzji. Najpierw zwyczajnie muszę napisać tę książkę.

Gdy zaczęłam to robić, ciągle ktoś mnie pytał: „A gdzie będziesz wydawać?”, „Zrobisz to samodzielnie czy z wydawnictwem?”. Każdemu niezmiennie odpowiadałam, że teraz się nad tym nie zastanawiam, tylko po prostu piszę.

I faktycznie tak było.

Gdy uwolniłam się od myślenia i analizowania, czy wolę wydawać z X, Y, czy może samodzielnie – nagle słowa same popłynęły.

KIEDY FAKTYCZNIE ZACZĘŁAM PISAĆ?

Tak na serio zaczęłam pisać książkę na początku maja 2016. Wyznaczyłam sobie deadlajn na koniec lipca, czyli dałam sobie pełne trzy miesiące. W sumie to niewiele, ale w tym czasie była to w zasadzie moja jedyna aktywność zawodowa.

Dodatkowo lipiec spędziliśmy na wakacjach; były to wakacje, podczas których non stop pisałam. Rodzina i znajomi szybko przywykli do widoku Budzyńskiej z laptopem, Budzyńskiej niereagującej na rozmowy, śmiechy, wrzaski dzieci i inne wydarzenia. Podczas pisania byłam jak w transie. Siadałam na trawie, na schodach, na huśtawce – i pisałam. Wstawałam po kilku godzinach, gdy tyłek zdrętwiał mi z powodu zajmowania jednej pozycji.

JAK WYGLĄDAŁ PROCES PISANIA?

Pisałam codziennie. Również w święta, soboty i niedziele. Moim założeniem było pisać codziennie przez minimum 1,5 godziny. Jest to w zasadzie śmiesznie mało, ale – jak wiecie – lubię działać metodą małych kroków. W większości przypadków pisałam dłużej, choć zdarzały się dni, gdy nawet te 90 minut było okupionych wielką męką.

Jak być może wiecie, mam zasadę, że dzień pracy rozpoczynam od priorytetów. Moje pierwsze 1,5 godziny pracy zawsze obejmuje zajęcie się jedną z najważniejszych spraw. W trakcie tych trzech miesięcy moim pierwszym – i najważniejszym – priorytetem każdego dnia była książka.

Odprowadzałam dzieci do szkoły i przedszkola i o 8.00 rano siadałam do pisania. O 9.30 robiłam pierwszą przerwę, aby zadzwonić do syna z prośbą o zmierzenie poziomu cukru we krwi. Około 10.00 siadałam, aby napisać kolejną partię, która również trwała 1,5–2 godziny, bo w okolicach 12.00–13.00 stawałam się zbyt głodna, żeby dalej pisać. Wtedy najczęściej robiłam przerwę na jedzenie i zajmowałam się innymi sprawami zawodowymi (nie zamknęłam przecież PSC na czas pisania książki).

Wieczorami pisałam tylko wtedy, gdy miałam tak zwaną wenę, czyli gdy faktycznie przychodziło mi do głowy coś, co koniecznie chciałam zapisać.

Jak już wspomniałam – pisałam także w weekendy, co akurat u mnie nie jest niczym dziwnym, ponieważ artykuły na blog zawsze piszę w niedzielę. Ale robiłam to inaczej niż zwykle: z reguły pakowałam laptop i jechałam do kawiarni, aby popisać poza domem. W kawiarni zamawiałam ogromne cappuccino i mogłam sobie pozwolić na 3 godziny stukania w klawiaturę.

Swoją drogą doskonale pracuje mi się w miejscach publicznych; ogromne części książki powstały w kawiarniach, IKEI, na dworcach PKP, no i, oczywiście, w pociągach, które dla mnie są idealnym miejscem do pracy. W okresie pisania książki kilka razy odwiedziłam Warszawę, co po odpowiednich przygotowaniach (brak książki i gazet do czytania, brak mobilnego internetu) stwarzało mi możliwość pisania przez 6 godziny w ciągu dnia (podróż na trasie Kraków – Warszawa trwa około 3 godzin).

Niewątpliwie najbardziej intensywnym czasem był dla mnie lipiec 2016 roku. Spędzaliśmy wtedy pierwszą część wakacji, które potraktowałam jako wakacje pracownicze: uprzedziłam wszystkich (czyli rodzinę i przyjaciół), że głównie będę pisała książkę.

I w zasadzie pisałam non stop – od świtu do nocy, z przerwą na posiłki, sen i wypady na rowerze. Na szczęście w Leśnych Apartamentach, gdzie przebywaliśmy, dzieci miały towarzystwo innych dzieci i do dyspozycji prawdziwy las, więc szczególnie mocno nie domagały się mojej obecności.

Muszę przyznać, że pod koniec lipca miałam już odruch wymiotny, gdy siadałam do pisania. Serio. Deadlajn zbliżał się nieubłaganie i nie był tylko terminem na papierze, lecz datą, której faktycznie musiałam dotrzymać, jeśli później chciałam pojechać na prawdziwe wakacje i prawdziwie wypocząć. 1 sierpnia wyjeżdżaliśmy bowiem do Grecji i nie miałam najmniejszego zamiaru czegokolwiek dopisywać!

Terminu dotrzymałam i ostatniego dnia lipca książka pofrunęła do redakcji Elki Korektelki, która zajmuje się opracowaniem mojej książki.

Jeszcze dwie sprawy, jeśli chodzi o proces pisania.

JAKICH PROGRAMÓW UŻYWAĆ DO PISANIA?

Jedno z pierwszych pytań, jakie zadają mi osoby, które chciałyby napisać książkę, brzmi: „Jaki program polecasz do pisania książki?”. Mogę odpowiedzieć jedno: „Nie wiem, bo nie korzystam z żadnego”.

Książkę zaczęłam pisać na komputerze z Windowsem, a więc pisałam w Wordzie. Mniej więcej w połowie przerzuciłam się na iOS, a więc pisałam w Pages.

Nie korzystałam ze specjalnych programów, ponieważ nie czułam takiej potrzeby. Choć przyznaję, że na Macu pisze się duuużo wygodniej.

JAK SOBIE PORADZIĆ Z CHAOSEM?

Szybko okazało się, że mój sposób pisania książki powoduje, niestety, bałagan (zaraz to rozwinę), co wymogło na mnie nieco inny sposób zapisywania treści.

OD CZEGO ZACZĘŁAM?

Pisanie zaczęłam od planu, czyli stworzenia zarysu spisu treści. Wiedziałam, o czym chcę pisać, więc nie był dla mnie problemem. Wiedziałam też, że na 100% nie będę się go wiernie trzymać i zapewne zacznę modyfikować go w trakcie pisania.

Spisanie planu wydawało się zupełnie naturalne. Do tej pory pamiętam swoją pewność i przekonanie, że doskonale wiem, co mają zawierać poszczególne punkty. Do tego stopnia, że nie przyszło mi do głowy zapisanie choćby 2–3 haseł i dołączenie ich do spisu treści w postaci fiszek.

Miało to swoje konsekwencje: do dzisiaj nie rozszyfrowałyśmy jednego podrozdziału. Ani w trakcie pisania książki, ani późniejszej redakcji, korekty, moich zmian i kolejnej korekty nie umiałyśmy określić, „co autorKA miał na myśli”. Do dzisiaj nam się nie udało, więc fragment został usunięty z książki.

Przez kilka tygodni trzymałam się swojego planu i nagle pojawił się pierwszy kryzys. Gdy usiadłam do kolejnej części – nic nie chciało popłynąć. Siedziałam, dumałam, zaczynałam pisać, potem kasowałam… To był jeden z tych dni, w które udało mi się wystukać raptem kilka zdań. Gdy w późniejszym czasie takich dni przytrafiło się jeszcze kilka, doszłam do wniosku, że jak tak dalej pójdzie, to nigdy w życiu nie dotrzymam terminu.

I w pewnym momencie opieprzyłam samą siebie za to, że tak sztywno trzymam się podejścia: „pisz po kolei”. Bo co się stanie, jeżeli nie będę pisać po kolei? Wybuchnie mi coś?

Decyzja okazała się trafiona, bo dzięki temu pisanie znowu stało się wartkie. Do tego stopnia mi się spodobało, że regułą stawało się pisanie tego, na co akurat miałam ochotę. Miało to duże znaczenie w momentach, w których pojawiała się wena: dochodziłam do wniosku, że koniecznie, bez względu na kolejność, muszę coś zapisać.

Przechowywanie całego tekstu w jednym pliku szybko okazało się bezsensowne przy moim stylu pisania, skoro wskakiwałam w dany rozdział i dopisywałam fragment, a później skakałam do następnej części.

Szybko przerzuciłam się na takie pisanie, aby każdy rozdział znajdował się w innym pliku.

Ma to swoje minusy; podstawowy jest taki, że podczas pierwszej redakcji okazało się, że w niektórych rozdziałach są powtórzenia i te same myśli (choć sformułowane w inny sposób), bez problemu jednak udało się to zmienić.

Takie wybiórcze pisanie powodowało, że szłam jak burza. Zamiast koncentrować się na zastojach, szukałam miejsc, w których mogłam popłynąć. To naprawdę mi pomogło, a przy okazji utwierdziło w przekonaniu, żeby zawsze poszukiwać najlepszych dla siebie rozwiązań i dopasowywać je do siebie, a nie ślepo kopiować cudze.

31 lipca skończyłam książkę, wysłałam do redakcji i korekty, a następnie udałam się na zasłużone wakacje.

KSIĄŻKĘ WYDAJĘ SAMODZIELNIE. DLACZEGO?

I wtedy (konkretnie po moich wakacjach), do akcji wkroczył Michał Szafrański – człowiek, który w 2016 roku samodzielnie (w modelu self-publishingu) wydał swoją książkę. Zrobił to w takim stylu, że wszystkim szczęki opadły aż po kolana (w pół roku sprzedał ponad 22 tysięcy egzemplarzy swojej książki).

Na bieżąco śledziłam jego projekt i doszłam do wniosku, że nie ma sensu wydawać książki z wydawcą, bo gdybym to zrobiła, po pierwsze – zarobiłabym o wiele mniej, po drugie – nie miałabym pełnej kontroli (na przykład nad projektem okładki), po trzecie – wciąż miałabym wrażenie, że piszę „dla wydawcy”, a nie dla siebie!

Jedyny argument, który gdzieś tam kołatał mi po głowie („gdy wydajesz z wydawcą, trafiasz do Empików i Matrasów i masz szansę dotrzeć do większej publiczności”) też został obalony przez Michała. Michał wyraźnie pokazał, że wydawcy, którzy zapraszają blogera, aby wydał u nich książkę, zwyczajnie liczą na to, że nie będą musieli jej reklamować, ponieważ bloger zrobi to za nich.

W międzyczasie rozmawiałam też z kilkoma kobietami, które wydały swoją książkę w prestiżowych wydawnictwach – do dzisiaj tego żałują. Zarobiły grosze, a spodziewanego efektu pod tytułem „dowie się o mnie większa liczba osób” nie odnotowały.

Oczywiście samodzielnie wydawanie książki to nie byle jaki projekt. Gdy podejmowałyśmy tę decyzję, nie miałyśmy zielonego pojęcia, co nas czeka (dziś już to wiemy, bo jesteśmy w samym środku procesu).

Na szczęście nie byłam z tym sama. Piszę „my”, mając na myśli #gangPSC, który dzielnie pracuje nad tym, aby książka była tip-top.

Pomyśl tylko, że proces zaczął się 1 sierpnia (bo pisania książki w to nie wliczam) i wciąż trwa, a mamy przecież luty. I trwa tak długo bynajmniej nie dlatego, że dłubałyśmy w nosie!

JESTEŚ CIEKAWA JAK TO WYGLĄDA?

Jeśli jesteś ciekawa, jak od kuchni wygląda proces pisania i wydawania, zapraszam Cię na kolejne części artykułu, które będą pojawiać się co tydzień. Napiszę o tym, ile czasu zabiera proces tworzenia i wydawania swojej książki, co trzeba wiedzieć, żeby się tym zająć, co można zrobić samej, a co wymaga sięgnięcia po fachową pomoc. Napiszę też o tym, jak działałyśmy w #ganguPSC i czym konkretnie się zajmowałyśmy.

Pokażę Ci też wstępne projekty książki (makietę, okładkę itp.), które zostały przez nas odrzucone, no i, oczywiście (jak to u mnie), poznasz listę wpadek, które przytrafiły się w międzyczasie.

A jeśli jesteś zainteresowana książką, możesz ją kupić TUTAJ

Książkę wydajemy i sprzedajemy w 100% samodzielnie, dlatego nie kupisz jej nigdzie indziej poza moim sklepem.