Zawsze byłam dobrze zorganizowaną osobą.

Większość rzeczy robiłam na czas, nie spóźniałam się, nie przekraczałam terminów. Kiedyś byłam nawet zorganizowana do tego stopnia, że wkurzało to wszystkich dokoła mnie. Doszło do tego, że znajomi nie chcieli ze mną spędzać wakacji, gdyż nie znosili mojego ciągłego planowania kilka kroków do przodu i absolutnej pewności co do tego, że jutro TRZEBA wstać o 8 rano, żeby zdążyć tam, gdzie chcemy jechać, żeby potem zdążyć zjeść taki obiad jak chcemy. Oni nie chcieli planować, oni chcieli po prostu wypocząć (co nie znaczy, że nie chcieli zwiedzać, aktywnie spędzać czasu i jeść obiadów:))

Można powiedzieć, że zarządzałam czasem w sposób perfekcyjny. A jednak nie byłam szczęśliwa, nie byłam zadowolona, nie czułam satysfakcji z tego co i jak robię.

Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Być może już wiesz, że mam mnóstwo rzeczy na głowie – mam męża i dwójkę dzieci, a Jaś ma cukrzycę co wymaga czasem stawania na głowie, by o danej porze zmierzył cukier, dostał zastrzyk z insuliną i zjadł posiłek odpowiednio zważony i zmierzony zawierający dokładnie taką a nie inną dawkę węglowodanów. Mam też pracę – jestem trenerem biznesu i jeżdżę po całej Polsce szkoląc kadrę kierowniczą (między innymi z zarządzania czasem). Dodatkowo posiadam Agencję i Szkołę Guwernantek i jestem blogerką (piszę tego bloga, którego czytasz oraz Mamę Cukiereczka).

Nieskromnie się przyznam, że mam bardzo dobre efekty w zarządzaniu czasem. Godzę te wszystkie role, obowiązki, przyjemności. Jest mi z tym dobrze. Jestem zadowolona i szczęśliwa. Jednocześnie mając tak dobre efekty nie mogłabym powiedzieć, że dzieję się to dlatego, że stosuję tę czy inną technikę zarządzania czasem. To nie słynne “20/80 Pareto”, czy też “ważne/pilne Eisenhowera” uczyniły ze mnie Panią Swojego Czasu.

Ba! Ja często postępuję wbrew tym technikom, a jednak efekty osiągam. Jak to możliwe?

Na pewno nie wynika to z braku znajomości zasad czy technik zarządzania czasem Znam je doskonale i na wyrywki:). Uczę innych tych zasad od 8 lat.

Myślę, że wynika to z faktu, że świat zarządzania czasem, który wszyscy znamy, jest światem wymyślonym przez mężczyzn i dla mężczyzn.

Dotychczasowy świat zarządzania czasem to bezduszne reguły, techniki i metody naszpikowane słowami „musisz”, „powinnaś”, „rób”, „nie rób”. To świat tabelek, sztywnych reguł, godzin i dyscypliny.

Nie ma w tym świecie miejsca na emocje, uczucia, beztroskie plotki w towarzystwie innych Kobiet (dam sobie rękę uciąć, że Pan Eisenhower zaliczyłby takie ploty do ćwiartki zadań typu D – nieważne i niepilne), ładowanie wewnętrznej energii poprzez patrzenie się na bawiące się dzieci i intuicyjne podążanie tam, gdzie chcemy być.

Nieskromnie myślę, że osiągam swoje małe sukcesy właśnie dlatego, że w swoim życiu, w swojej pracy i w swojej Rodzinie stosuję kobiece zarządzanie czasem. Staram się do niczego nie zmuszać (piszę „staram się” bo musiałam jednak niejako zmusić się do podania synowi pierwszego zastrzyku z insuliny), choć bardzo często się mobilizuję.

Nie zrozumcie mnie źle. Kobiecy styl zarządzania czasem nie oznacza braku reguł i totalne „róbta co chceta” (żeby zacytować Klasyka :)). Nie oznacza nie stosowania metod i technik, które często są przecież bardzo pomocne. Oznacza stosowanie ich w inny sposób niż dotychczas – z intuicją, z analizą własnych emocji (jak ja się czuję robiąc to, co mi to daje w sensie emocjonalnym) z szacunkiem do siebie i odczuć swojego organizmu.

Na wieczne pytania „Jak Ty to robisz” lubię odpowiadać:

„Stosuję zarządzanie czasem zanurzone w kobiecym sosie emocji, uczuć i intuicji”