Premiera książki “Dzieci i czas. Jak zorganizować życie w rodzinie?” coraz bliżej – dokładnie 25 maja zaczynamy oficjalną sprzedaż. Jest to książka dla każdego – rodzica, nauczyciela czy dziadka – kto ma do czynienia z dziećmi i chciałby wiedzieć, jak je nauczyć, by sensownie działały, organizowały i korzystały z życia.

Ale już teraz musisz wiedzieć, że to nie jest książka, dzięki której Twoje dzieci jakieś będą albo jakieś nie będą.

Jeżeli chcesz przekonać się, co dokładnie znajdziesz w książce “Dzieci i czas”, poniżej możesz przeczytać obszerne wprowadzenie do niej. Pod spodem znajdziesz także formularz zapisu na listę zainteresowanych, który umożliwi Ci pobranie spisu treści oraz pierwszego rozdziału mojej książki. Życzę Ci udanej lektury i zapraszam do wspólnej przygody z dziećmi i czasem!


Wprowadzenie

Ta książka, podobnie jak większość moich publikacji, miała nie mieć wprowadzenia. Nie lubię wprowadzeń, uważam je za nudne. Jednak czas, w którym ją pisałam, pokazał mi, że nie ma nic pewnego, i zmieniłam zdanie.

Pisałam tę książkę jak każdą inną – na początku było zbieranie materiałów, potem burza mózgów, wstępna koncepcja, wstępny plan zagadnień, wstępny opis. Później pisanie – mniej więcej godzina dziennie, do czasu gdy praktycznie każdy obszar książki został jako tako zagospodarowany. Ostatni tydzień to moment, w którym idę krok po kroku, rozdział po rozdziale – czytam, zmieniam, dopisuję itp. Ten ostatni tydzień w przypadku tej książki to 9–15 marca 2020 roku, gdzie 15 marca to deadline, a moim zadaniem w tym tygodniu jest wyłącznie pisać. To moja strategia pisania. Każdą książkę, każdego e-booka tworzę w taki sposób.
I tutaj miało być tak samo.

Oczywiście nie było tak samo, bo jeśli pamiętasz ten tydzień, to wiesz, że właśnie wtedy w Polsce zaczęto ogłaszać dzień po dniu coraz większe ograniczenia – najpierw w zgromadzeniach masowych (powyżej 1000 osób), potem zamknięto szkoły, a na końcu wszystkim Polakom przykazano: „Jeśli tylko możecie, #zostańciewdomu”. Oczywiście mogłam udawać, że się nic nie dzieje – powiedzieć sobie, że to idealny moment do tego, żeby usiąść na tyłku i dokończyć książkę, ale tak naprawdę – jako matka dziecka nieuleczalnie chorego, dziecka z chorobą autoimmunologiczną, którego odporność jest na starcie dużo niższa niż nas wszystkich, jako szefowa odpowiedzialna za 15-osobowy zespół – zaczęłam się przejmować, myśleć o tym, co dalej, zastanawiać się, czy to już moment na zmianę strategii.

Jednocześnie zobaczyłam, że cały świat online się mobilizuje. Nagle wszyscy zaczęli pisać e-booki o tym, jak radzić sobie z kryzysem, robić kursy online o tym, jak pracować z domu i jak zdalnie zarządzać zespołem, pisać artykuły o tym, jakie są najlepsze sposoby na to, by siedzieć w zamknięciu i nie zwariować.

Ja jakoś nie mogę i nie do końca wiem czemu. Ze smutkiem, rozczarowaniem samą sobą i w sumie z niedowierzaniem stwierdzam, że ostatnie, na co mam teraz ochotę, to wspieranie innych. Czuję, że nie mam siły pisać pomocnych artykułów. Czuję, że zaczynam się obawiać prowadzenia kawyzbudzyńską, podczas której będę musiała pocieszać, motywować i mobilizować kobiety, bo przecież tego się ode mnie oczekuje – z tego jestem znana i zawsze to robię.

Z niedowierzaniem i wręcz podziwem patrzę na moje koleżanki i kolegów, którzy nagle codziennie robią live’y i Q&A, zaczynają doradzać innym, jak rozwijać biznesy, piszą e-booki o tym, jak przejść z offline do online, robić webinary o tym, jak wychowywać dzieci w czasie kryzysu, i generalnie realizują milion innych pomysłów.

Czuję, że ludzie mają energię, pomysły i zapał. A ja nie mam. A ja nie chcę. A ja nie mam siły. Myślałam, że nic gorszego nie może się przydarzyć.

A jednak mogło.
W piątek po południu mój młodszy syn wbiegł pod samochód. Karetka pogotowia i jazda na sygnale do szpitala. Szpitala, który tego ranka został zamieniony na szpital zakaźny dla całego województwa, do którego będą kierowani zakażeni koronawirusem. Z młodszym synem pojechał mąż, a ja zostałam ze starszym, który wpadł w histerię, że umrze mu brat.

Frankowi nic się nie stało – był poobijany, posiniaczony i kuśtykał, ale tego samego wieczora został wypisany do domu. Raz, że trzeba go było „tylko” obserwować, a dwa, że w tamtej sytuacji lekarze jednogłośnie stwierdzili, że dla dobra całej naszej rodziny ta obserwacja powinna odbywać się w domu, a nie w samym centrum szpitala zakaźnego.

Można więc powiedzieć, że się nic nie stało. W piątek dziecko ląduje w szpitalu i tego samego dnia wraca do domu.

Ale we mnie w ten piątek coś pękło.
Z jednej strony byłam przygnieciona ogromną odpowiedzialnością – jako właścicielka biznesu, który przecież musi zarabiać, bo jak przestanie, to padnie. Z drugiej strony jako szefowa kilkunastoosobowego zespołu, który składa się przecież z ludzi z krwi i kości, ludzi, którzy mają dzieci i pracują z domu w tych trudnych czasach i też im ciężko, też czują się źle. Z jeszcze innej strony jako matka, która ostatnio wciąż się martwi, która jest bardziej nieobecna, która rozwinęła biznes na taką skalę, że kręci się on już właściwie sam, która w czasie, gdy dzieci siedzą w domu na kwarantannie, musi pracować jak gdyby nigdy nic, kończyć książkę (o dzieciach i czasie, nomen omen) nagrywać podcasty, prowadzić #kawęzbudzyńską itp.

W ciągu 5 minut podjęłam decyzję, że zawieszam wszystko. W 100% oddałam stery mojemu zespołowi, czyli #GangowiPSC. Mają wszelkie kompetencje do tego, żeby poradzić sobie beze mnie. Zdecydowałam o tym z ogromnymi wyrzutami sumienia, wiedziałam jednak, że jeśli tego nie zrobię, to się rozpadnę i długoterminowo będzie to miało dużo gorsze skutki niż moja kontrolowana nieobecność.

Postanowiłam zawiesić wszelkie swoje działania. Zdecydowałam, że nie będzie mnie w mediach społecznościowych, nie będę prowadzić #kawyzbudzyńską, nie nagram podcastu, nie przeprowadzę #kwadransazbudzyńską,webinaru, live’a o tym, jak sobie radzić w kryzysie, nie poinformuję o nowym koncie na Instagramie i nie załatwię miliona innych spraw, które powinnam.

Przez kilka dni nie robiłam absolutnie nic poza myśleniem i spędzaniem czasu z rodziną i była to dla mnie zupełnie nowa jakość… bycia. Bardzo, bardzo, bardzo dawno nie przebywałam tak długo sama ze swoimi myślami i ze sobą tu i teraz. Pod koniec tygodnia wróciłam do pisania tej książki i prześledziłam od nowa wszystko to, co napisałam, dokonując koniecznych zmian z obecnej perspektywy.

PS Jeśli w czasie lektury tej książki znajdziesz w środku zdania wciśnięte: „Mamo, a dlaczego?”, „Mamo, a on mnie…”, „Mamo, a ja chciałbym”, to wiedz, że nie jest to błąd czy nieuwaga korekty naszego wydawnictwa. Część tej książki pisałam w warunkach totalnie hardkorowych – na łóżku, na podłodze, na parapecie, na balkonie, na kocu, z jednym dzieckiem, z dwójką dzieci, z dwójką dzieci i psem. Ze śpiewającym mężem w tle i dziećmi walącymi do upadłego strzałkami z nerfa i całą masą innych atrakcji, których myślę, że nie muszę Ci szczegółowo opisywać, bo jeśli jesteś mamą i przyszło Ci w tych dniach pracować w domu, to miałaś dokładnie tak samo.

TO NIE JEST KSIĄŻKA O WYCHOWANIU DZIECI

Chciałabym wręcz napisać, że to zupełnie nie jest książka o dzieciach, ale to byłaby już zbyt duża przesada, bo jednak rodzicami stajemy się wtedy, gdy mamy dzieci, więc pominąć je tutaj byłoby trudno.

Jednak pisząc, że nie jest to książka o wychowaniu dzieci, mam na myśli to, że nie znajdziesz tu odpowiedzi na pytania: „Co mam zrobić, gdy moje dziecko…” albo „Co mam zrobić, żeby moje dziecko…” itp. To nie jest książka, dzięki której Twoje dzieci jakieś będą albo jakieś nie będą. To jest książka dla Ciebie – rodzica. Dla mamy albo taty. A nawet babci i dziadka, jeśli jaka jest aktualna sytuacja rodzinna. Albo i wujka, ciotki, konkubenta, partnera i kogokolwiek tam jeszcze, kto ma do czynienia z dziećmi i chciałby wiedzieć, jak je nauczyć, by sensownie działały, organizowały i korzystały z życia.

Pierwszym miejscem, w którym dzieci uczą się, jak ogarniać siebie i świat, jest ich dom rodzinny. Czy tego chcesz, czy nie, Ty i Twoje wzorce działania będą miały największy wpływ na Twoje dziecko. Śmiem też twierdzić, że jest to książka dla nauczycieli, wychowawców i opiekunów, którzy mają z dziećmi do czynienia w swoim życiu zawodowym. Bo to właśnie szkoła jest drugim i najważniejszym miejscem, w którym dzieci uczą się ogarniać swoje życie.

I niestety będę brutalnie szczera – polska szkoła jest w tym bardzo, bardzo kiepska.

Nie brakuje dobrych nauczycieli mających fantastyczne podejście do organizacji u dzieci, ale szkoła jako system to porażka.

TO NIE JEST KSIĄŻKA TYLKO DLA MAM

Z racji tego, jak wygląda moja grupa docelowa, większość osób, z którymi mam do czynienia, to kobiety. Jestem więc pewna, że tę książkę kupią głównie kobiety, jednak z bardzo wielu różnych i ważnych dla mnie powodów ta książka nie ma podtytułu „dla mam”. Fakt, że kupią ją przede wszystkim kobiety, nie oznacza, że są to treści tylko dla kobiet albo nawet głównie dla kobiet.

Jest zupełnie inaczej – uważam, że wychowanie dzieci to sprawa wspólna obu osób, które miały wpływ na to, że dziecko pojawiło się na świecie, i to te osoby powinny się nim zająć. Oczywiście nie jest moim zamiarem zrobić z tej książki jakiś ideologiczny przewodnik po systemach moralności, które wspieram bądź nie, ale chciałabym, żeby moje stanowisko było jasne: NIE uważam, że wychowanie dzieci to domena kobiet, nie uważam, że jest to tylko nasze zadanie, nie uważam, że to głównie my powinnyśmy się tym zajmować, i nie uważam, że ta książka jest głównie dla kobiet.

Piszę ją w rodzaju żeńskim z szacunku dla mojej grupy docelowej, której 98% stanowią właśnie kobiety (robiłyśmy badania ankietowe na członkach naszej społeczności) i z tego powodu we wszystkich swoich treściach używam rodzaju żeńskiego.

MOJE ZAŁOŻENIA ZWIĄZANE Z RODZINĄ

Naprawdę nie sądziłam, że ten wstęp będzie zawierał aż tyle elementów, ale wszystko to jest potrzebne, żeby już na początku określić, że stoimy po tej samej stronie i podobnie rozumiemy pewne sprawy.

Ważne, żebyś wiedziała, że mam pewne ogólne założenia co do tego, czym jest rodzina i jak powinna działać. Te założenia bardzo mocno wpływają na treści przedstawione w tej książce. Jest duża szansa, że się z nimi nie zgodzisz, i to jest okej – znam sporo osób, które ich nie podzielają, i tak długo, jak długo potrafimy się wciąż szanować, wiedząc, że mamy inne zdanie, to jest w porządku.

Myślę, że uczciwe będzie powiedzieć Ci zaraz na początku, jak ja do tego podchodzę, żeby nie było między nami żadnych nieporozumień:

  1. Uważam, że każdy z nas ma prawo być inny i tak długo, jak nie czyni swoją innością krzywdy drugiemu człowiekowi, jest to okej. Wychodzę z założenia, że mamy prawo inaczej myśleć, inaczej kochać, inaczej się bawić i inaczej wychowywać swoje dzieci – i nikt z nas nie jest z tego powodu gorszy lub lepszy. Na poziomie teoretycznym pewnie wszystko jest tu dla nas oczywiste, ale jednak gdy się zaczyna wchodzić w szczegóły, to często już tak nie jest.
  2. Rodzina to dla mnie zbiór osób żyjących pod jednym dachem, decydujących się żyć wspólnie i iść przez ten świat razem. Nie ma dla mnie znaczenia, jakiej płci są te osoby, czy są ze sobą związane formalnie, czy też nie, czy łączą ich więzy krwi itp. Rodzina to dla mnie zobowiązanie, które ludzie wzięli na siebie, a nie papierek.
  3. W rodzinie nie ma miejsca na przemoc – ani fizyczną, ani psychiczną. Rodzina robi wszystko, by się wspierać, wzmacniać i chronić. Rodzina dla każdego jej członka powinna być bezpiecznym miejscem, w którym się rośnie, dojrzewa i do którego można zawsze wrócić i będzie się zawsze przyjętym z otwartymi ramionami. Jeśli rodzina tak nie działa, to potrzebuje pomocy (albo jako całość, albo poszczególne jej jednostki).
  4. Decyzje w rodzinie podejmuje się wspólnie. Rodzina nie jest autokracją sprawowaną przez jedną czy dwie osoby stojące na szczycie „hierarchii”, ale wspólnym zobowiązaniem, i każdy z nas powinien działać dla rodziny jak najlepiej.
  5. W rodzinie się rozmawia i szanuje innych jej członków.
  6. Dziecko to mały człowiek. Nie jest gorszy i bezrozumny, nie czuje mniej.
  7. „Dzieci i ryby głosu nie mają” to jedno z głupszych polskich powiedzonek stworzone zapewne przez kogoś, kto nie miał wystarczającej dojrzałości, żeby zrozumieć, że dzieci są istotami ludzkimi zasługującymi na taki sam szacunek jak każdy dorosły.
  8. Rodzina to system, za którego jakość i dobrostan są odpowiedzialni wszyscy jej członkowie. To, co się dzieje w rodzinie, jest odpowiedzialnością wszystkich członków rodziny, tak samo jak to, co się dzieje w domu, jest odpowiedzialnością wszystkich osób zamieszkujących ten dom. Za wychowanie dzieci jest odpowiedzialna rodzina, a nie tylko matka. Za sprzątanie w domu nie jest odpowiedzialna tylko kobieta, lecz wszystkie osoby, które w domu brudzą. Za posiłki jest odpowiedzialna nie tylko matka, ale wszystkie osoby, które te posiłki jedzą.

JAK PRACOWAĆ Z TĄ KSIĄŻKĄ?

W procesie tworzenia tej książki starałyśmy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby Ci się z nią dobrze pracowało. Jeśli jesteś rodzicem, to jest bardzo mało prawdopodobne, że czytasz ją w spokoju, bo masz akurat czterogodzinne okienko na rozwijanie pasji czytelniczej.

Założę się, że raczej czytasz ją w czasie 15-minutowej drzemki swojego dziecka, a może na spacerze, trzymając książkę w jednej ręce, a drugą pchając wózek. A może siedzisz na skraju piaskownicy, modląc się, żeby zabawa babkami była dla Twojego dziecka na tyle zajmująca, żeby dało Ci spokój przez najbliższe 15 minut (tak, tak, wiemy doskonale, że wszyscy najlepsi rodzice świata powinni się z dziećmi bawić tymi babkami, ale my najlepsi nie jesteśmy, my jesteśmy tylko wystarczająco dobrzy i dzisiaj sobie odpuszczamy bycie rodzicami-herosami. Każdy rodzic kiedyś był w takiej sytuacji, że robiąc coś swojego, modlił się o to, żeby zaabsorbowanie dziecka zabawą trwało choć chwilę dłużej. I o ile nie jest to gryzienie kabli, to wszystko jest z Tobą w porządku).

Nie wiem, czy wiesz, ale nie masz obowiązku przeczytać tej książki w ciągu dwóch dni ani nawet w ciągu dwóch tygodni czy nawet dwóch miesięcy. Jeśli o mnie chodzi, możesz czytać sobie nawet po pięć zdań dziennie – wtedy będziesz pewnie czytać ją jakieś pół roku i dla mnie to też jest okej! Żyjemy w świecie, w którym ludzie rywalizują ze sobą o wszystko, a już przechwalanie się tym, jak dużo i jak szybko czytają, stoi bardzo wysoko w hierarchii. TY NIE MUSISZ BRAĆ W TYM UDZIAŁU! W zasadzie hasło „Ty nie musisz brać w tym udziału” będzie często pojawiało się w tej książce i dotyczyło różnych obszarów – niekoniecznie książek. Bo taka jest prawda. Nikt nie powiedział, że naszym obowiązkiem jest czytać bardzo dużo. Nigdzie nie jest napisane, że ci, co nie czytają, to złe matki i ojcowie. Za to, że będziesz czytać tak szybko jak Twoja sąsiadka Krystyna, naprawdę nie pójdziesz do nieba, Twoje dziecko nie
dostanie dodatkowych punktów w rekrutacji przedszkolnej, a pan listonosz nie będzie Ci przynosił lepszej korespondencji.

To jest TYLKO książka. To Ty decydujesz, co z nią zrobić, jak szybko czytać, kiedy z niej skorzystać. Masz dwie godziny dziennie? Świetnie – czytaj dwie godziny. Masz tylko 20 minut? Cudownie, skorzystaj i z tego. Wczoraj udało Ci się przeczytać fragment, ale dzisiaj padasz na twarz i nie masz już siły? NIE DOWALAJ sobie jeszcze bardziej wyrzutami sumienia i poczuciem winy – po prostu idź spać, odpocznij, zregeneruj się – książka nie zając, nie ucieknie (chyba że ją zostawisz w pobliżu żarłocznego dziecka, to wtedy faktycznie może się wydarzyć wszystko!).

Kalndarz na rok 2021

KOLEJNOŚĆ CZYTANIA

Kolejność czytania tej książki ma znaczenie. To, co jest na początku, ma być na początku i należy się z tym najpierw zaznajomić, bo to pomoże Ci łatwiej zrozumieć i przyswoić dalsze treści. Razem z książką otrzymujesz dostęp do platformy. Znajdziesz tam materiały, które pomogą Ci organizować czas w rodzinie, oraz takie narzędzia, które pomogą Ci ukraść trochę czasu dla siebie. Mam tu na myśli e-book o zabawach uwalniających czas, artykuł, w którym opowiadam jak to się stało, że moje dzieci pochłaniają tyle książek, dostęp do webinarów Mama ma czas, czyli jak uczyć się od dzieci zarządzania czasem i Mama ma czas, jak mieć czas, będąc mamą.

Tak, dobrze czytasz – to kolejny moment, w którym rozumiemy oczywiście, że spędzanie czasu z dzieckiem jest bardzo ważne, ale jako rodzice wiemy też, że spędzanie KAŻDEJ wolnej chwili ze swoim dzieckiem doprowadzi nas do szaleństwa, a szaleństwa staramy się unikać.

Jeśli potrzebujesz chwili dla siebie, a wszelkie standardowe zabawy i zabawki są już Wam doskonale znane, to zachęcam Cię, żebyś zaczęła właśnie od tego e-booka na platformie o zabawach uwalniających czas. Jest duża szansa, że dzięki temu w spokoju przeczytasz tę książkę.

KIM JESTEM I DLACZEGO NAPISAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ?

Tak jak wspomniałam powyżej – to nie jest książka o wychowaniu dzieci, a ja nie jestem ekspertką w tej dziedzinie. I nie mam absolutnie żadnych ambicji, żeby nią być. Stworzyłam od zera markę Pani Swojego Czasu, która skupia wokół siebie setki tysięcy kobiet. Wcale nie zajęłam się tematyką dzieci, bo uważam ją za fascynującą.

Sama mam dwóch synów, którzy w chwili, gdy piszę te słowa, mają osiem i jedenaście lat, i kocham moje dzieci oraz moją rodzinę nad życie, ale nigdy nie byłam osobą kochającą dzieci jako takie – jako zjawisko. Nigdy nie zaglądałam obcym ludziom do wózków, nie miałam ochoty tulić obcych dzieci, nie interesowały mnie zdjęcia bobasków moich kolegów i koleżanek i nie uważam za fascynujące rozmów o kupkach i zupkach. To się nie zmieniło w momencie gdy zostałam matką (wbrew temu, co życzliwi mówili: „Zobaczysz, jak urodzisz, to Ci się nie zmieni”. No nie zmieniło się – sorry). Nie uważam tego za wadę, nie uważam tego za coś, czego powinnam się wstydzić, choć jak kiedyś powiedziałam o tym głośno, to dostałam setki gratulacji i odpowiedzi od innych kobiet, jak to im ulżyło, bo one też tak mają, ale bały się, że coś jest z nimi nie tak. Po prostu jest, jak jest.

Ta książka nie jest o mnie i wcale nie mam zamiaru szczególnie się tu rozpisywać na swój temat, natomiast myślę, że dobrze, żebyś wiedziała, z kim masz do czynienia i jakie podejście do dzieci ma autorka, bo być może nie będziesz chciała czytać dalej.

I dla mnie to jest okej, bo jeśli miałabym wymienić jedną wartość, którą sobie cenię ponad wszystko, to byłoby nią zrozumienie, że wszyscy jesteśmy inni i zachowujemy się inaczej, ale tak długo, jak tą swoją innością nie krzywdzimy pozostałych ludzi, nikt z nas nie jest gorszy ani lepszy.

W taki sposób podchodzę do swojego życia, w taki sposób wychowuję dzieci i w taki sposób jest napisana ta książka. Wcale nie uważam, że moja metoda organizacji czasu w życiu dziecka jest najlepsza. Sądzę, że każda z nas może sobie wypracować taki sposób, który dla niej i dla jej rodziny będzie idealny, i tak długo, jak Ci to pasuje, nikomu nic do tego i w ogóle spadówa.

Jedyny problem, jaki widzę, polega na tym, że decyzji o tym, by to wyglądało tak, a nie inaczej, nie podejmujemy świadomie. Wręcz przeciwnie – w większości przypadków kierujemy się przekonaniami na temat tego, jak być powinno, a co gorsza kompletnie nie zdajemy sobie sprawy, że to są nasze przekonania, i traktujemy je jako fakty!

PRZEKONANIA I ICH WPŁYW NA NASZ CZAS

„Matka powinna poświęcić się wychowaniu dzieci”.
„Dzieci nie powinny chodzić do żłobka”.
„Dzieci powinny chodzić do żłobka”.
„Matka powinna poświęcić swoją karierę dla dziecka”.
„Matka powinna jak najszybciej wrócić do pracy”.
„Podróżowanie z dzieckiem jest bez sensu, bo i tak nic nie zapamięta”.
„Podróżowanie z dzieckiem poszerza jego horyzonty”.

Wszystkie powyższe stwierdzenia NIE SĄ faktami, ale właśnie przekonaniami, pewnymi obiegowymi opiniami krążącymi w społeczeństwie, z którymi masz do czynienia w taki lub inny sposób w zależności od tego, w jakich kręgach się obracasz. I żeby było jasne – mamy prawo mieć wszelakie przekonania, jakie sobie tylko chcemy (tak długo, jak długo nie krzywdzimy nimi innych ludzi), jednak to, co najważniejsze, to zdawać sobie sprawę z tego, że są one właśnie PRZEKONANIAMI, które pojawiają się po to, żeby nam się łatwiej i wygodniej żyło.

Jeśli masz świadomość, że to jest Twoje przekonanie, dobrze Ci z nim i ono Ci w życiu służy, to super – nie ma najmniejszego problemu – idź sobie z nim przez życie, ale pod warunkiem, że:

  1. Weźmiesz na siebie konsekwencje posiadania takiego przekonania (jeśli uważasz, że najważniejszą rolą kobiet jest wychowanie dzieci, to jego konsekwencją jest to, że po urodzeniu dziecka Twoje życie sprowadzi się do wychowania dzieci) i je zaakceptujesz, a nie będziesz szukać wyimaginowanych rozwiązań (typu: „Chcę siedzieć w domu i full time wychowywać dziecko, a jednocześnie chciałabym full time rozwijać biznes. No kurczę, albo rybki, albo pipki.)
  2. Zrozumiesz, że to Twoje przekonanie, a nie fakt, i inni ludzie mają prawo mieć zupełnie inne zdanie na ten temat, odmienne od Twojego, a w związku z tym także inne konsekwencje (nagminne jest patrzenie na osoby mające zupełnie odmienny kontekst życiowy – np. ja z dwójką dzieci uważająca, że rolą kobiet jest wychowanie dzieci, a Ty – singielka niemająca żadnej potrzeby posiadania potomstwa – i zastanawianie się, jak to zrobić, żeby mieć tak jak inni, a jednocześnie nie naruszać swojego zestawu przekonań. Czyli chciałoby się mieć ciastko i zjeść ciastko. A to niemożliwe!)

Jako osoba mająca do czynienia z czasem, a więc też z osobami, które tego czasu nie mają, widzę ogromne wręcz zapotrzebowanie na metody i techniki, które zadziałają JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST! W tym momencie! Ponadto większość osób uważa, albo raczej ma chyba nadzieję, że wszystkie metody i techniki działają jakby w oderwaniu od życia. Czyli wydaje im się, że metoda X powinna zadziałać tak samo bez względu na to, czy osoba ją stosująca jest singielką pracującą od 8.00 do 16.00, czy matką trójki dzieci na etacie i jeszcze rozwijającą swój biznes.

Takie podejście jest poniekąd zrozumiałe, bo współcześnie wmawia się nam, że wszystko możemy zrobić już teraz, osiągnąć już teraz, a na efekty nie trzeba czekać.

Ja sama nie mam telewizora, ale gdy czasem zawitam do moich rodziców czy teściowej, gdzie telewizor „chodzi” non stop, to jestem w ogromnym szoku, jak wielkie bzdury wkłada się nam podprogowo do głów. Przodują w tym oczywiście reklamy, w których grypę leczy się już nawet nie w ciągu dwóch dni, ale dosłownie dwóch godzin (źle się czujesz, a za godzinę jest ognisko, weź tabletkę i od razu będziesz zdrowa), albo jak się obżerasz badziewiem w święta i boli Cię brzuch, to zamiast przestać, powinnaś wziąć kolejną tabletkę, żeby ten brzuch przestał boleć, i możesz jeść dalej. Ludzie „karmieni” takimi treściami zaczynają postrzegać swoje problemy jako podobne do tych z reklam, a metody i techniki, które mają im pomóc, są jak te tabletki, które wystarczy połknąć i to zadziała.

Piszę o tym w taki obszerny sposób, bo ZDECYDOWANA WIĘKSZOŚĆ kobiet-matek, które się do mnie zgłaszają z problemem z organizacją i czasem, uważa, że ten problem bierze się „nie wiadomo skąd”, a fakt, że właśnie zmieniła im się sytuacja życiowa i urodziły dziecko, nie ma wpływu na rozwiązanie. Tymczasem ma, i to ogromny. Jeśli w Twoim życiu prywatnym zaczyna w dużym stopniu brakować czasu, a tak się składa, że jesteś lub zostałaś rodzicem, to jest bardzo prawdopodobne, że ten rodzinny kontekst będzie znaczącym czynnikiem, który na to wpływa, i NIE DA SIĘ znaleźć rozwiązania w tej sytuacji, nie przyglądając się mu.

Od razu Ci napiszę, że nie jest to łatwa sprawa, bo to właśnie w stosunku do naszych najbliższych mamy najgłębsze, najtrwalsze, a jednocześnie najmocniejsze i najbardziej uwierające nas przekonania, które trudno zmienić. To wpływa na sposób, w jaki działamy jako rodzina, a to z kolei warunkuje, ile mamy czasu.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład (lecz pamiętaj, proszę, że takich przykładów będzie w książce dużo więcej) – znam sporo osób (choć przyznajmy – głównie kobiet), które żyją w przekonaniu, że jednym z obowiązków rodzica, ba – jednym ze sposobów na okazywanie miłości dziecku – jest… odrabianie z nim lekcji, czyli siadanie przy jednym stole i przez godzinę, dwie, trzy wspólne czytanie zadań, podpowiadanie, a w przypadku niektórych nawet pisanie i rozwiązywanie za dziecko. Dlaczego tak robią? Najczęściej dlatego, że albo tak sami zostali wychowani, albo… przeciwnie – w ich dzieciństwie ważni dla nich dorośli kompletnie nie poświęcali na to czasu. Na zasadzie przeciwwagi takie osoby zdecydowały, że same jako rodzice zrobią wszystko, co w ich mocy, by w taki sposób okazywać swoim dzieciom miłość i zainteresowanie.

Posiadanie takiego przekonania MUSI wpływać na ilość czasu jaką dysponujesz, bo siłą rzeczy spędzasz te dwie godziny przy biurku z dzieckiem, podczas gdy ja (osoba zdecydowanie NIEPOSIADAJĄCA takiego przekonania) spędzam te dwie godziny w inny, wybrany przez siebie, sposób. Tak długo, jak długo nie widzisz związku swoich przekonań w stosunku do dzieci, rodziny, wychowania itp. z ilością Twojego czasu, tak długo będzie Ci trudno ten czas „znaleźć”.

Uwaga, jeśli chcesz więcej, zapisz się poniżej i odbierz rozdział mojej książki.