Kilka dni temu w moim sklepie pojawiły się kolorowe naklejki z „obowiązkami dla dzieci”.
Zarówno słowo „obowiązki”, jak i słowo „dzieci” celowo zostały wzięte w cudzysłów. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Gdy mówiłam o tych naklejkach, uświadomiłam sobie, jakim wciąż niepopularnym tematem (a może raczej: rzadkim) jest w polskich domach kwestia obowiązków/zadań/odpowiedzialności. Ta myśl połączyła się z faktem, że bliska mi osoba – wykształcona, pewna siebie i mądra kobieta – nagle zorientowała się, że jej dzieci nie mają w domu… żadnych zadań poza odrabianiem lekcji. I na dodatek ona we wszystkim je wyręcza: w założeniu kurtki, w rozpięciu buta, w odniesieniu piżamy na miejsce, w umyciu kubka.
A jej dzieci nie mają już 3 lat.

Z racji tego, czym się zajmuję, spotykam tysiące kobiet. Większość z nich to matki i żony lub matki i partnerki/konkubiny itp.; osoby mające dzieci i żyjące z nimi i z kimś jeszcze w pewnym układzie, który tutaj będę nazywać systemem. I te kobiety nigdy… nie mają czasu.

Gdy się przyjrzeć, dlaczego nie mają czasu, czarno na białym wychodzi, że są zajęte ogarnianiem swojego życia oraz ogarnianiem życia wszystkich innych osób.

Dlatego myślę sobie, że tak długo, jak długo w Polsce za normalny będzie uznawany model, w którym mama zapiernicza ze wszystkim (opędzając się od dzieci, bo przeszkadzają i plączą się pod nogami), a tata siedzi sobie wygodnie w fotelu (bo jedynym jego zadaniem jest zmienianie kanałów na pilocie), tak długo będę mówić to, co mówię (bo od samego faktu, że chcemy zrobić coś inaczej, nic się nie zmieni!!!).

Dlatego, Drodzy Rodzice, apeluję do Was: weźcie sprawy rodziny w swoje ręce i zmieniajcie krok po kroku sposób, w jaki działacie! Z premedytacją piszę „Drodzy Rodzice” zamiast „Drogie Mamy”, bo nie uważam, aby ogarnianie było zajęciem dla Mam. Jednocześnie widzę na co dzień, że mamy z wielką chęcią biorą we władanie ten obszar działania systemu; zagarniają go w 100%, nikomu nie pozwalając nic robić, a potem są zdziwione, że muszą robić wszystko!

Mówiąc o dzieleniu się obowiązkami w systemie zwanym rodziną, tak naprawdę dokonuję bardzo dużego uproszczenia. Tu w zasadzie nie o obowiązki chodzi. Fakt, że w rodzinie każdy ma zadania do zrealizowania, nie jest – i według mnie nie powinien być – kwestią zrobienia tablicy obowiązków i naklejenia na nią (choćby i moich) naklejek oznaczających pranie, ścielenie łóżka i podlewanie kwiatków, a potem dodania chmurek, gwiazdek czy cholera wie, czego jeszcze.

Realizowanie zadań w rodzinie nie polega na tym, że rodzina ma szefa (najczęściej ta rola przypada mamie), który rysuje plan i deleguje obowiązki, aby reszta mogła je pokornie wykonywać, i który przykleja buźkę, gdy ktoś z rodziny nakarmi psa, lub chmurę burzową, gdy nie umyje wanny.

Takie „wzmacnianie” dzieci i innych członków rodziny tak naprawdę niczego nie zmienia w Waszym układzie – wciąż to Ty jesteś odpowiedzialna za podział zadań i wciąż to Ty jesteś szefem, który pilnuje, nagradza i karze!

A co zrobią Twoje dzieci, gdy Ciebie zabraknie, gdy wyjedziesz na tydzień?
Powiem Ci, bo jako postronny obserwator widziałam to całkiem niedawno w zaprzyjaźnionej rodzinie: poczują, że szef ma wolne, i zrobią w domu bajzel na kółkach! Nikt im niczego nie nakazuje, nikt im nie rozkazuje, nie nakleja, nie wymaga, więc czują się jak na wakacjach! Nie mają żadnej odpowiedzialności, skoro nikt ich z tej odpowiedzialności nie rozlicza!!!

I właśnie o tę odpowiedzialność w rodzinie wszystko się rozbija! I o świadomość, że akcja wywołuje reakcję. I o pamięć o tym, że każde działanie ma konsekwencje.

Postaram się to opisać na przykładzie.

Moje dzieci nie mają listy obowiązków. Nie istnieją tablica obowiązków Jasia ani tablica obowiązków Frania. Ale oczywiście są zadania, które chłopcy regularnie wykonują, tak jak ja regularnie wykonuję w domu pewne zadania. Robię to nie dlatego, że na ścianie wisi lista moich obowiązków, tylko dlatego, że to mój/nasz dom i chcę te zadania wykonać (choć zdarza się, że czasami mi się nie chce).

Każdy z chłopaków ma natomiast checklistę, czyli listę zadań, które wykonuje po powrocie ze szkoły. Dlaczego powstały te checklisty i jakie zadania się na nich znajdują?

Powodów było kilka.
Po pierwsze chciałam, aby moje dzieci po powrocie ze szkoły myły ręce. Nie jestem gigantyczną strażniczką higieny, ale mycie rąk to dla mnie absolutne minimum.
Po drugie Jaś, ze względu na swoją chorobę, ma 3 razy więcej zadań na głowie, niż mają jego rówieśnicy (pamiętać o telefonie do szkoły, czymś słodkim, kanapkach, rzeczach cukrzycowych itp., mierzyć regularnie cukier, pamiętać o regularnym jedzeniu, pamiętać o insulinie), a ma dopiero 10 lat i zwyczajnie zdarza mu się zapomnieć. Lista mu o tym przypomina. Jest takie powiedzenie: „Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Dobre nawyki żywieniowe i generalnie nawyk dbania o zdrowie są KLUCZOWE w cukrzycy, więc jeśli teraz Jaś sobie ich nie wyrobi, to w przyszłości będzie mu tylko trudniej!
Po trzecie znam siebie i wiem, że szlag mnie trafia, gdy powtarzam coś po raz trzeci, i że za czwartym razem zaczynam krzyczeć. Znacie mnie i wiecie, jak mogę krzyczeć. Lista minimalizuje to moje niezbyt miłe zachowanie.
Ostatnim powodem był fakt, że ja również… zapominałam! No bo, do jasnej cholery, odrobienie lekcji, sprawdzenie, jakie przedmioty chłopcy mają jutro w szkole, co mają przynieść, co odnieść, co zanieść, co wypożyczyć, co założyć, a czego nie, umycie rąk, spakowanie się NIE JEST przecież MOIM obowiązkiem!!! Dlatego JA NIE MUSZĘ o tym pamiętać! Wystarczy lista, którą będą mieli przed oczami.

Oczywiście JA TEJ LISTY NIE ROBIŁAM!!! To bardzo ważne, bo podejrzewam, że masa mam pomyślała: „O, jaki świetny pomysł! Gdy moje dziecko pójdzie do szkoły, to ja mu zrobię taką listę zrobię!”. NIE!!! To jest lista dziecka, nie Twoja! To dziecko ma zrobić tę listę, nie Ty!

Chłopcy mają też swoje plany miesiąca. Tak naprawdę plan miesiąca przydaje się głównie Jasiowi, bo Franek jest w pierwszej klasie i wpisuje tylko jakieś wyjścia do teatru i zajęcia pozalekcyjne. Jaś, który chodzi do czwartej klasy, musiał zmierzyć się z nowym systemem uczenia się i odrabiania lekcji.

Nie wiem, jak jest w szkołach Waszych dzieci, ale w szkole Jasia w klasach I–III prace domowe były zadawane na bieżąco, czyli z poniedziałku na wtorek, z wtorku na środę itp., a w weekend w ogóle nie było zadań. Od IV klasy system się zmienia, bo tych samych przedmiotów nie ma codziennie. Czyli np. w poniedziałek jest zadana praca domowa z historii, chociaż kolejna lekcja odbędzie się dopiero w piątek (czy innego dnia; tak naprawdę to ja nie wiem, jakie lekcje ma danego dnia moje dziecko, bo to jego plan lekcji, nie mój). Dodatkowo w grę wchodzi sprawdzanie wiedzy z większych partii materiału, czyli sprawdziany, klasówki (nie mam pojęcia, czym się różni jedno od drugiego) i kartkówki (to akurat wiem – są niezapowiedziane), a przesunięcie w czasie jest większe (bo coś się wydarzy dopiero za 2 tygodnie itp.).

Co z tym zrobiłam?

Na początku roku szkolnego usiadłam z Jasiem, wyciągnęłam kalendarz i pokazałam mu, w jaki sposób można to sobie zaplanować i rozłożyć. Od babci (a nie od mamy, ha, ha) Jaś dostał kalendarz książkowy, ale w jego wypadku okazał się nieprzydatny (Jaś musi z lotu ptaka widzieć tygodnie i cały miesiąc). Nasz kalendarz miesięczny sprawdza się tutaj idealnie.

Pokazałam Jasiowi, że może stosować system kolorów: jednym kolorem może oznaczać wyjścia (kino, teatr, wycieczkę), innym – sprawdziany, jeszcze innym – zadania domowe. Pokazałam też, jak zaznaczać upływ czasu (Jaś wie, że jest piątek, ale czasem niekoniecznie umie powiedzieć, który to piątek w miesiącu – stąd zaznaczanie minionych dni). Swoją drogą między innymi dlatego nasz kalendarz miesięczny nie ma wpisanych dat; wprowadzanie dat to idealny sposób na uczenie dzieci upływu czasu! Ale – i to chciałabym podkreślić – NIE wypełniam za moje dzieci tych kalendarzy! Nigdy!!! Czasem zapytam chłopców, czy uzupełnili kalendarz, czasem im przypomnę, czasem faktycznie zainicjuję jego uzupełnianie, ale nigdy nie robię tego za nich! Bo to nie mój kalendarz, nie moje zadania, nie moje lekcje.

I tak na marginesie: jestem przerażona kierunkiem, w jakim zmierza świat, gdy widzę, jak mocno rodzice angażują się w robienie wszystkiego ZA dzieci. Tworzą grupy na What’s upie, żeby wymieniać się informacjami o pracach domowych dzieci, tematach kartkówek, sprawdzianów itp. Jestem mocno zdziwiona, gdy podczas wywiadówki jakiś rodzic pyta mnie, co dostał Jasiu, czy bardzo marudził w domu i czy dla niego sprawdzian z czegoś tam był równie trudny jak dla ich Krystynki, bo Krystynka dostała coś tam. Prawda jest taka, że ja nie mam pojęcia, że był jakiś sprawdzian, bo TO NIE BYŁ MÓJ SPRAWDZIAN!!! I zanim usłyszę zarzuty, że nie interesuję się swoimi dziećmi, jestem wyrodną matką itp., chcę napisać, że bardzo mnie interesuje życie moich chłopców. Z wielką chęcią wysłuchuję wszystkiego, co mają mi do powiedzenia w zakresie budowy czegoś tam i stylu życia kogoś tam miliony lat temu, jeśli akurat to ich fascynuje i chcą o tym pogadać.

Sama inicjuję rozmowy podczas popołudniowej gry w karty, gry planszowej albo w trakcie czytania książek. Często ich pytam, ale nie o to, co było w szkole albo co mają zadane, tylko o to, czego się dowiedzieli nowego, o czym ja mogę nie wiedzieć, i słucham z autentycznym zaciekawieniem. Ale nie ma to nic wspólnego z ocenami, sprawdzianami, kartkówkami itp.!!! I prawda jest taka, że moi synowie nie ekscytują się ocenami. Ani tymi dobrymi, ani tymi złymi. Natomiast ciekawi ich wiedza, ciekawi ich poznawanie świata. Oceny są tylko dodatkiem – i to takim z konieczności, no bo w szkole każą.

Ostatnio po tej cholernej wywiadówce, o której pisałam wcześniej, poczułam nawet lekkie ukłucie w sercu: „Boszsz, boszsz, wszyscy rodzice tak przeżywają te wywiadówki, a ja nawet nie wiem, o co chodzi! Może trzeba coś z tym zrobić?”. Zapytałam więc chłopców, jak postrzegają nasze zaangażowanie w życie szkoły i ich lekcje oraz czego chcieliby więcej, a czego mniej; jak postrzegają szkołę, do czego są lekcje, co jest w szkole ważne, gdzie rodzice powinni się udzielać, a gdzie nie. Rozmawialiśmy o samodzielności i o tym, jakie są nasze zadania i kiedy mogą liczyć na naszą pomoc.

Chcę położyć nacisk na słowo „ROZMAWIAMY”, bo wydaje mi się, że w tym tkwi sedno sprawy.

Dzisiaj ludzie coraz mniej rozmawiają. Dzieci z dziećmi, dzieci z dorosłymi, dorośli z dziećmi, dorośli z dorosłymi. Coraz mniej się znamy, coraz mniej się rozumiemy i coraz bardziej wydaje się nam, że wystarczy wydać rozkaz, przykleić naklejkę i wymagać, aby wszystko śmigało. A ponieważ w rezultacie nic nie śmiga (bo nie ma prawa), rodzą się w nas frustracja i przekonanie, że już do końca życia musimy wydawać te polecenia i krzyczeć, bo tylko w ten sposób zyskujemy jakąkolwiek szansę, żeby pojawiły się efekty. A to tak nie działa.

A na koniec jeszcze o naklejkach, bo w sumie chciałam napisać o nich artykuł.

Naklejki nie są po to, aby je nakleić i wymagać.

Naklejki są tylko narzędziem; nie zastąpią relacji, rozmowy, miłości, zaufania i odpowiedzialności, którymi obdarzamy nasze dzieci.

Naklejki i wszelkie kolorowe pomoce mają sprawiać, że planowanie, ustalanie, zapisywanie itp. staną się dla dzieci nie obowiązkami, lecz zabawą, czasem spędzonym z rodzicami, którzy również planują swoje zadania, obowiązki i przyjemności i którzy pokazują dzieciom, że to jest fajne, że dzięki temu wyraźnie widać, kiedy mamy czas na kino, na wspólną zabawę, na wyjście, na lody i cokolwiek tam jeszcze.

Pokazujmy naszym dzieciom, że życie nie składa się tylko z pracy i ze snu (czy też ze szkoły i snu), lecz jest czymś, co lubimy, czego nie możemy się doczekać i z czego czerpiemy pełnymi garściami.

A przynajmniej ja tak na to patrzę.