Wszyscy lubimy zaglądać innym za firanki. Niektórym ukradkiem, niektórym bez skrępowania. Jeśli chodzi o mnie, możesz spokojnie robić to drugie, bo ja firanek nie mam. Zasłon również. Wiedzą o tym doskonale panowie budowlańcy, którzy są już w zasadzie naszymi dobrymi znajomymi.

Wie o tym także moja teściowa, która tego naszego „zwyczaju” serdecznie nie znosi i jeśli przebywa w jednym z pomieszczeń po zmroku, natychmiast zawiesza w oknach koce (koce w domu mamy, choć nie wieszamy ich w oknach).

Lubimy czerpać inspiracje od innych. Ja sama inspirację do prowadzenia swojego biznesu zaczerpnęłam od Amy Porterfield, o której często wspominam. Amy była kiedyś konsultantem do spraw social media – jeździła po USA i uczyła swoich klientów, jak wykorzystywać social media (głównie FB) w pracy. W końcu uznała, że w zasadzie nie za bardzo lubi podróżować, że woli siedzieć w domu – i przeniosła swój biznes do świata online.

Teraz opracowuje jedne z lepszych kursów online, w jakich uczestniczyłam. Są bardzo, bardzo drogie (kosztują tysiące dolarów), ale dzięki nim (między innymi) jestem tu, gdzie jestem. Jak dla mnie – dobrze zainwestowane pieniądze.

No ale wracam do inspirowania się.

Podczas moich kursów zawsze jestem pytana o to samo: jak wygląda mój dzień, jak dokładnie wygląda mój poranek, moja praca; jak wyglądają moje wieczorne rytuały.

Dzisiaj więc bez zasłon, bez firanek i bez koców w oknach serwuję Wam czarno na białym przebieg mojego dnia.

Uprzedzam, że są to nudy na pudy – prowadzę uregulowany tryb życia i bardzo to lubię. I jeśli oczekujecie, że każdego dnia robię jakieś super hiper fantastyczne rzeczy – rozczarujecie się.

RANO

Wstaję o 6.45 (chyba, że idę na kije, wtedy wstaję o 5.30). Wszyscy jeszcze śpią. Zapalam światło w pokoju chłopaków (zimą, gdy jest jeszcze ciemno), co powoli wybudza ich ze snu. Coś tam miaukolą, powoli wstając. Robię śniadanie, oni w tym czasie się ubierają. Na wszelki wypadek dodam (choć to dla mnie oczywiste), że mówiąc „chłopaki”, mam na myśli swoich synów, ale nie swojego męża. Mój mąż jest dorosły i sam się ubiera, sam sobie prasuje, sam siebie szykuje i przygotowuje, jak na dorosłego mężczyznę przystało. I nie śmiej się – wciąż miewam do czynienia z Kobietami, których mężowie pytają, gdzie znajdą swoje gacie. Moje drogie Panie, to nie jest wina męża, że taki „nieudolny”. To Wasza wina, bo na to pozwoliłyście!

Przy okazji zaznaczę, że wszystkie poranne rytuały wykonujemy z mężem za zmianę; gdy jedno z nas szykuje śniadanie, drugie jeszcze dosypia. Tak więc czasem to mąż wstaje wcześniej i robi śniadanie, a ja miaukolę. No chyba, że mam rano jakieś spotkanie – wtedy muszę jeszcze zrobić makijaż 🙂

W okolicach 7.30 zbieramy się do wyjścia do szkoły i przedszkola. Trzeba pamiętać o plecakach, kurtkach, strojach na wf, drugim śniadaniu, wodzie do picia, zabawkach do zabawy w przedszkolu (jeśli to piątek), kluczu do szatni i takich tam standardowych pierdołach. My dodatkowo zawsze musimy pamiętać o tym, żeby dać Jasiowi naładowany telefon do zawieszenia na szyję (telefon codziennie trzeba ładować) i żeby syn zabrał swój zestaw cukrzycowy.

Do domu wracam o godzinie 8.00 (mąż po odprowadzeniu dzieci jedzie do pracy) i od razu siadam do pracy. Podkreślę: OD RAZU. Odsuwam krzesło, siadam, przysuwam, otwieram komputer i zaczynam pracę.

BEZ KAWY.

BEZ MEJLI.

BEZ FEJSA.

I bez innych pierdół, które tylko zabierają czas i powodują, że myślami jesteś nie tam, gdzie powinnaś.

Mój pierwszy blok pracy trwa do 9.30 – w tym czasie ZAWSZE staram się wykonać jedno najważniejsze zadanie przewidziane na ten dzień. JEDNO NAJWAŻNIEJSZE ZADANIE. Dlaczego? Bo o 9.30 po raz pierwszy dzwonię do syna z pytaniem o wyniki pomiaru cukru we krwi. Czasem okazuje się, że są niedobre i wiszę na telefonie przez następne 2 godziny (oczywiście z przerwami, ale czasem zbyt krótkimi, żeby pracować). Czasem po prostu wsiadam na rower, pędzę do szkoły, by sprawdzić, co się dzieje. Po takiej akcji często następuje dla mnie koniec pracy. Jestem wrakiem – nawet nie fizycznym, bardziej emocjonalnym. O 9.30 rano! Oczywiście coś tam porobię: do kogoś napiszę, odpiszę na mejla, wypocę coś na FB, ale nic sensownego już nie stworzę, bo zwyczajnie nie mam na to energii.

Z tych powodów zasada „do 9.30 jedna najważniejsza rzecz zrobiona” jest dla mnie święta. Czy robię od niej wyjątki? Ależ oczywiście! Są dni, gdy nic mi się nie chce, a ja nie zwykłam zmuszać się do czegokolwiek. Są też takie, gdy zwyczajnie robię sobie wolne, bo zasłużyłam na odpoczynek wcześniejszą ciężką pracą. I są też takie, kiedy mam spotkanie, wyjazd itp.

Dlaczego jestem taka nieugięta w stosunku do powyższej zasady? Bo mój biznes nie jest biznesem wacikowym. Mój biznes nie jest moim hobby ani pracą dodatkową. Mój biznes jest biznesem, który utrzymuje mnie i moją rodzinę. Od jego powodzenia zależy standard życia mojej rodziny (i nie są to jakieś wzniosłe słowa, lecz fakt).

Gdy raz nie zrobię rano swojego priorytetu – nic się nie stanie, lecz gdy nie zrobię tego kilka razy z rzędu, powstanie opóźnienie, które spowoduje, że będę musiała więcej zasuwać. A będę musiała więcej zasuwać, jeśli chcę zrealizować cel, który przed sobą postawiłam. Tymczasem ja nie lubię zasuwać więcej! Wolę robić powoli, ale ciągle do przodu!

No dobra, idziemy dalej.

W okolicach 10.00 mam pierwszą przerwę na coś, co z reguły ludzie robią rano – to właśnie wtedy parzę sobie kawę i przy kawie przeglądam pobieżnie mejle oraz fejsa (wpis na fejsie na pewno został zaprogramowany).

Mejle selekcjonuję bezlitośnie, działając zgodnie z zasadą „czytaj dany dokument tylko raz”, więc wielu wiadomości w ogóle nie otwieram podczas tego przeglądu, bo nie ma sensu ich otwierać, czytać, odkładać, by później ponownie do nich wrócić i przeczytać (dla Twojej wiadomości: na 100% dotyczy to wiadomości, które w tytule zawierają słowo „współpraca”). Na takie, które warto odpowiedzieć natychmiast (zwróć, proszę, uwagę na słowo „WARTO”, zamiast „MUSZĘ” – wychodzę z założenia, że nie ma mejli, na które MUSZĘ odpowiedzieć natychmiast), odpowiadam dosyć szybko – choć niekoniecznie natychmiast. Jeśli wiadomości jest dużo, tworzę z nich zadanie do zrealizowania – „mejle” – i planuję albo na ten dzień, albo na następny.

O 12.30 mam kolejną przerwę na mierzenie cukru u Jaśka, a przy okazji robię sobie obiad. O 13.00 siadam ponownie do pracy i ok. 15.00 wychodzę po dzieci do szkoły i przedszkola.

Od tych zwyczajów miewam, oczywiście, wyjątki – w okresie tworzenia kursu, gdy potrzebuję kilku godzin nieprzerwanej pracy (na przykład na kręcenie filmów albo nagrania audio), telefony do Jasia przejmują mój mąż lub moja teściowa, a ja w 100% zajmuję się pracą. To ważne, bo choćby w przypadku nagrywania filmów trzeba wykorzystać dobre światło w ciągu dnia, z kolei wszystkie nagrania audio warto wykonać jednym ciągiem, by ustawienia głośności były podobne.

Mimo dosyć rutynowego planu dnia, jeśli chodzi o godziny, nie ma rutyny, jeśli mowa o blokach czasowych. Nie jest tak, że zawsze od 10.00 do 11.00 zajmuję się zadaniem A, a potem wykonuję zadanie B itp. Wszystko zależy od dnia, miesiąca oraz projektu, w którego realizację jestem zaangażowana.

Zupełnie inaczej wygląda mój dzień, gdy realizuję kurs „Zorganizuj się w 21 dni”, podczas którego w 100% jestem dostępna dla uczestników VIP, a zupełnie inaczej, gdy wymyślam nowy program.

Obecnie wprowadzam zmianę – co najmniej 4 razy w tygodniu znajduję godzinę na ruch właśnie w godzinach swojej pracy lub wcześnie rano, gdy wszyscy jeszcze śpią. Dla oszczędności czasu są to albo ruch i ćwiczenia wykonywane w domu, albo spacer z kijami. I o ile podczas spacerów z kijami uwielbiam słuchać podcastów, przyznam Ci się, że podczas ćwiczeń uwielbiam oglądać seriale. Strategia łączenia nawyków w pary działa 🙂

W okolicach 16.00, 16.30 (w zależności od tego, jak wyglądała droga powrotna, czyli czy znaleźliśmy dzięcioła na drzewie i gapiliśmy się na niego przez pół godziny) jesteśmy z powrotem w domu, gdzie czeka już na nas mój mąż. O 16.30 jemy podwieczorek. Później Jaś siada do odrabiania lekcji, a my z Frankiem z reguły bawimy się, grając w jakąś grę planszową (ostatnio rządzi „Looping Louie”). Do wieczora działamy wspólnie – bawimy się, gramy w ping ponga (ostatni zakup siatki mocowanej do stołu był strzałem w 10!).

O 18.30 chłopaki idą się kąpać – zazwyczaj pluskają się sporą ilość czasu. Potem kolacja, mycie zębów, czytanie bajek i usypianie, czyli wieczorny standard każdej rodziny. W naszej rodzinie zawsze odbywa się to na zmianę, czyli jedno z nas zajmuje się całym wieczornym majdanem, a drugie ma wolne i z reguły w tym czasie odpoczywa (na przykład czyta książkę 🙂 Ja dodatkowo czytam także podczas kąpieli, na co mój mąż przewraca oczami, bo wtedy kąpiel zajmuje mi wieki).

A wieczorem? Wieczorem robimy to, co normalne małżeństwa robią wieczorem. Eee, chyba jednak nie, bo z tego, co wiem, normalne małżeństwa oglądają telewizor, którego my nie mamy. No nieważne – wiedza na temat tego, co robię wieczorem z mężem, w żaden sposób nie wpłynie na poprawę Twojej efektywności, więc ten fragment możemy sobie podarować 🙂

Potem „tylko” o godz. 22.00, 1.30 i 4.30 trzeba zmierzyć Jasiowi cukier (oczywiście to też robimy ma zmianę) i odpowiednio zareagować – i już! Koniec roboty 🙂 Aha, jeszcze co 3 dni trzeba Jasiowi zmienić wkłucie, ale najpierw znieczulenie, na które zwykle trzeba przewidzieć trochę czasu, bo zawsze jest z tym trochę „zabawy”.

Generalnie dzień jak co dzień – nudy na pudy. Bywały takie chwile (w zasadzie – całe lata), gdy miałam „cudownie ekscytujące” życie – ciągle podróżowałam, żyłam na walizkach i każdego dnia znajdowałam się w innym miejscu Polski (lub świata). Czułam się wtedy bardzo nieszczęśliwa. Teraz, wykonując te swoje nudne i zwyczajne sprawy, czuję się najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Taki mały paradoks 🙂

A jak wygląda Twój dzień i jego organizacja? Jest uporządkowany czy chaotyczny?

Zrob to dziś leadpages

Ola (Pani Swojego Czasu)