Żeby napisać ten artykuł musiałam dokonać wyłomu.
Bo wiecie – u PSC wszystko jest już zaplanowane. Mamy cały kalendarz publikacji, a z nim połączone są newslettery, posty na Ig i Fb, wspominki w grupach i takie tam.
To wszystko jest mega cudnie i sprawnie działającą maszyną, dzięki której nikt z nas nie musi się zastanawiać na ostatnią chwilę: O CZYM BY TU NAPISAĆ I latać jak kot z pęcherzem.

Ale

Przychodzi taka chwila, kiedy człowiek (w sensie ja) chce napisać coś spontanicznie i od serca i z chwili na chwilę, bo czasy takie, że co napiszesz dzisiaj, to jutro może być nieaktualne i … robi się problem.
Bo trzeba zrobić korektę (a to wymaga czasu), bo trzeba wrzucić na bloga, bo trzeba zmienić plan publikacji, posty na Ig, Fb, newslettery, a w związku z tym zmiany na asanie, nowe daty.
Zamieszanie

Doszło więc do tego, że w swojej własnej firmie, żeby opublikować tekst z godziny na godzinę muszę dokonać pewnego wyłomu i sabotażu i napisać go po cichu, nie dawać go do korekty (więc wybaczcie wszystkie błędy) i wrzucić go na bloga samodzielnie bez planu, bez przypisanych do niego postów, bez newsletterów z nim połączonych itp.

PROWIZORKA

I ta prowizorka jest jednocześnie trochę tematem tego wpisu, i już tłumaczę o co chodzi.

Jak nie zwariować w czasie izolacji? Pewnie część z Was myśli, że chodzi o to, co zrobić, by nie zwariować z nudów, ale niestety nie. Niestety dla mnie, bo uwierzcie mi – sama z wielką chęcią chciałabym być podmiotem właśnie takich treści.

Niestety treści o tym jakie seriale mogę nadrobić, w jakich schowkach mogę zrobić porządek, jakie pyszne dania jeszcze ugotować, jak ozdobić samodzielnie paznokcie i milion innych tego typu porad – nie współgrają obecnie z moim „stylem życia”.

Żeby było jasne – bo internetom przyszło już do głowy ocenić także i to – ja NIE OCENIAM osób, które teraz mają czas właśnie na to.
I te z Was, które mnie znają dłużej niż miesiąc wiedzą doskonale, że nigdy tego nie oceniałam.
Nigdy nie oceniam celów innych ludzi i uważam, że nikt tego nie powinien robić.
Nie twierdzę, że zdobywanie wiedzy jest lepsze od leżenia na kanapie. 

Nie twierdzę, że robienie kariery ważniejsze od posiadania dzieci. Albo odwrotnie.

Nie uważam, że podróżowanie po świecie jest fajniejszym celem niż dbanie o rodzinę.

Każda z nas ma prawo mieć swoje cele, swoje ambicje i swoje podejście do tego.

W czasie ogólnonarodowej izolacji moje podejście się nie zmienia.
Nie uważam, że Ci, którzy mają czas na kolorowanki są lepsi od tych, którzy muszą się zajmować dziećmi. Nie uważam, że Ci zajmujący się dziećmi mają być źli na tych, co mogą i oglądają Netflixa godzinami.

Mamy po prostu inne konteksty i inne sytuacje. Czy zazdroszczę innym ich kontekstu? Pewnie, że tak. Czasami. Czasami częściej. Co nie zmienia faktu, że mam jak mam i to się nie zmieni.

Przez pierwszy tydzień narodowej izolacji siedziałam cicho, bo potrzebowałam zamilknąć. Każdy mówił tak dużo i w tak wielu tematach, że poczułam się tym przytłoczona i przede wszystkim nie miałam ochoty niczego już dokładać.
W tym tygodniu wróciłam do pracy i zewsząd zaczęły dobiegać do mnie sygnały, że powinnam zrobić webinar o tym jak pracować z dziećmi w domu, #kawęzbudzyńską o tym jak planować dla dzieci (nie planuje się „DLA” dzieci, ani dla nikogo zresztą, planuje się co najwyżej „Z” kimś), serię instastory o zabawach kreatywnych dla dzieci oraz milion innych propozycji o tym co teraz ja POWINNAM zrobić.

Tymczasem ja chciałam Wam napisać co ja postanowiłam zrobić.

Otóż POSTANOWIŁAM NIE ZWARIOWAĆ!!!

Przeżyć tę izolację i nie zwariować to mój cel na najbliższy okres.
Nie wiem na jak długo, bo nikt tego nie wie.

Czy to jest SMART-ny cel? Nie, ale mam to w dupie.

Jest to cel, który służy teraz mnie i mojej rodzinie i realizuję go w bardzo różny sposób i w bardzo różnych obszarach.
Zaraz Wam pokażę jak i gdzie, ale najpierw chciałabym o czymś uprzedzić.
To nie jest tekst pełen trików na to co zrobić, żeby dzieci bawiły się same.
To nie jest tekst, po którym Twoje dzieci powiedzą: „o wow, mamo, ależ planowanie jest fajne, to Ty idź i zrób sobie ten „hołmofis”, a ja tymczasem zaplanuję poranek”

To nie jest wpis o tym, że powinnaś przekazać informację dzieciom, że mają się zająć cichymi zabawami.

To jest wpis o mnie i mojej rodzinie i o tym, co robimy, żeby nie zwariować.

HARMONOGRAM DNIA I PLANOWANIE

Tak jak napisałam wcześniej jako rodzina nie mamy możliwości oglądać cały dzień Netflixa. Ja pracuję i zarządzam firmą, która musi działać i sprzedawać jak zawsze, a Mister B jako nauczyciel akademicki zaczyna się odnajdywać w zdalnym nauczaniu, czyli nagrywać filmy na You Tube i prowadzić ze studentami ćwiczenia na zoomie.
Po pierwszych ciężkich dniach widzę, że docenia biznes online, bo nagle się okazuje, że to nie taka prosta sprawa

(Tak naprawdę cały świat teraz widzi, że to nie taka prosta sprawa i naprawdę nie wystarczy przenieść wszystkiego przed komputer, żeby mieć taką samą jakość jak wcześniej.
I nie chodzi tutaj o to, że to, co jest online jest niższej jakości, bo nie jest, tylko o to, że trzeba to odpowiednio przygotować i zbudować do tego odpowiednią metodykę, procesy i procedury – nauczania, pracy itp. Wszyscy widzimy jak to wygląda, gdy dzieje się to z dnia na dzień. Właśnie tak jak w naszej obecnej, polskiej rzeczywistości)

Musimy zorganizować sobie wspólne życie łącząc naszą zdalną pracę, zdalną naukę dwóch synów, spacery z psem, gotowanie, no i życie po prostu 🙂 

Tutaj wkracza do akcji harmonogram, który nam porządkuje wiele spraw. Nasz obecnie wygląda następująco:

Środek nocy – Mister B. wychodzi na poranny spacer z psem (nikt nie wie kiedy, bo wszyscy wtedy śpią)

8.00 – wstać i biegiem lecieć do komputera, żeby wykorzystać godzinę, kiedy dzieci jeszcze śpią

9.00 – wstają dzieci, śniadanie, ubieranie, ogarnianie poranne

Śniadanie każdy robi sobie sam!!!

10.00 – my do pracy, dzieci do nauki. 

Nasza praca przerywana ciągłym: „Mamoooo, a ten link nie działa”

„Mamooo a Pan tu napisał, że masz mi pomagać” (chyba w snach proszę Pana 😂)

„Mamoooo a gdzie jest Pomnik Kogoś Tam” (a poszukaj sobie Drogie Dziecko😂!!)

Ok. 11.30 dzieci radośnie wbiegają do gabinetu z okrzykiem: „SKOŃCZYŁEM!!!”, a ja nie mam ani siły, ani ochoty sprawdzać, czy tak faktycznie jest (zresztą w „normalnych” czasach też nic nie sprawdzam, więc dlaczego miałabym teraz)

11.30 – dzieci idą do książek (na szczęście uwielbiają czytać), a ja wracam do pracy

12.30- dzieci robią sobie 2 śniadanie, a ja i Mr B. idziemy na spacer z psem (jak to dobrze, że mieszkamy nad Wisłą i mamy odludne tereny tutaj)

13.00 – wracamy i robimy obiad. 

Na zmianę – raz ja, raz mąż. To, które nie robi najczęściej czyta memy na @make_life_harder i pokazuje drugiemu, żeby się trochę pośmiać.
Od jutra będziemy zamawiać, bo nie mamy już siły gotować. Choć lubimy.

Ok. 14.00 – obiad

Po obiedzie każdy robi co chce, ale dzieci są na siłę wypychane do ogródka, żeby się pobawić z psem. Na siłę – bo wolą oczywiście czytać! 😱

15.00 – obowiązki domowe. Pranie, zamiatanie, zmywara, gary i takie tam. Każdy swoje. Dzieci też

Od 16.00 robimy co chcemy: pieczemy ciasto, pieczemy drugie ciasto, oglądamy „Planetę Ziemię”, gadamy, czytamy.

18.00 wsiadam ma Zenona – to mój rower podłączony do trenażera. Nie chce mi się, nie mam ochoty, nie zrobię dzięki temu formy, ale wiem, że dobrze jest się poruszać. Zdrowy rozsądek po prostu

Potem kąpiel, kolacja, wyjście z psem, trochę nadrobienia pracy, może serial („Homeland” aktualnie), przy którym zawsze zasypiam.

Czy trzymamy się tego planu skrupulatnie? Nie

Czy codziennie jest taki sam? Nie

Czy dzieci go idealnie przestrzegają?

Kurs Czas na Insta!

Czy ratuje nam życie? TAK

Po pierwsze dlatego, że nasze dzieci (lat 8 i 11) są przyzwyczajone do planów i harmonogramów

Po drugie dlatego, że mają swoje obowiązki domowe i fakt, że mają sobie sami zrobić podwieczorek, sami odrobić lekcje, sami rozpakować i załadować zmywarkę, sami powiesić pranie nie jest dla nich niczym dziwnym, nie wzbudza sensacji, oporów itp.

Po trzecie plan wprowadza pewne ramy do życia, które są zwyczajnie potrzebne. Nie zawsze i nie wszędzie. Poprzedni tydzień na przykład był super fajny, bo ja miałam urlop i mieliśmy w domu totalną wolną amerykankę – wstawaliśmy kiedy chcieliśmy, chodziliśmy spać bardzo późno i robiliśmy różne dziwne rzeczy.
Jeśli jednak wkracza praca i obowiązkowa nauka to sytuacja się trochę zmienia i jeśli chcesz coś zrobić, to plan ułatwia.

Ułatwia, a nie załatwia. Pomaga, a nie wyręcza.
Jeśli masz za małe dzieci na plan (poniżej 4 roku), to on nie będzie działał
Jeśli masz starsze dzieci, ale nieprzyzwyczajone do planów – nie będzie działał i wprowadzanie go TERAZ (w dobry sposób) będzie inwestycją, która zaprocentuje za rok.
I nie miej do mnie pretensji o to, bo ja nie jestem Wróżką Zębuszką spełniającą Twoje życzenia. 

Każdy nasz dzień obecnie piera się na planie, ale każdy też to taka trochę prowizorka – szyta tu i teraz, na miarę możliwości i zmieniona, jeśli przyjdzie taka potrzeba. Musiałabym być szalona, żeby przerywać pasjonującą zabawę dzieci, bo akurat w planie jest coś innego!

SZKOŁA I NAUKA

Izolacja w zasadzie nic nie zmieniła w naszym podejściu do szkoły. Poza wyolbrzymieniem problemów, które do tej pory ze szkołą mieliśmy.
Otóż nasze podejście do szkoły jest … specyficzne.
Uważamy, że szkoła jest dla dzieci, a nie dla rodziców.
Szkoła jest odpowiedzialnością dzieci, a nie rodziców.
Zadania domowe są dla dzieci, a nie dla rodziców.

Obowiązki szkolne są obowiązkiem dzieci, a nie rodziców.

W związku z tym nie rozliczamy naszych dzieci z ocen, nie sprawdzamy im zeszytów, nie dowiadujemy się czy mieli piątkę z kartkówki, nie sprawdzamy czy dobrze spakowali plecaki. 

W naszej rodzinie uważamy, że celem szkoły powinno być zdobywanie wiedzy, pogłębianie wiedzy i rozbudzanie ciekawości ludzi. A nie ocenianie.

Z wielką chęcią pomagamy w tym naszym dzieciom. Prowadzimy w domu długie dyskusje na tematy wszelakie – gospodarcze, polityczne, geograficzne. Nasze dzieci uwielbiają się uczyć – w sensie zdobywania wiedzy i dowiadywania się nowego, a nie w sensie – zasiąść do podręczników i wkuwać na blachę.

Pomysł szkoły na to, by nauczyć dziecka układu kostnego? Przeczytać w książce jego opis z wyszczególnieniem wszystkich większych kości w człowieku?
Mój pomysł na to? Obmacać każdą kość w swoim ciele i uczyć się na własnym organizmie.

Nie mam tutaj zamiaru chwalić się Wam jakie to mam niesamowite pomysły na naukę moich dzieci, bo wcale ich nie mam! Nie prowadzę edukacji domowej i choć jestem zachwycona konceptem, to nigdy jej nie będę prowadzić, bo za bardzo kocham pracować, żeby wprowadzać edukację domową dzieciom.

Mam jednak takie wrażenie, że jeśli chodzi o szkołę to nasze podejście jako rodziców skupia się głównie na tym, żeby ta szkoła nam dzieci … nie zepsuła. Żeby nie zabiła tej ciekawości i radości, którą moje dzieci w sobie mają.

Takie podejście pomaga nam nie zwariować.
W sytuacji codziennej idzie nam dobrze, bo nie uważamy, że oceny są najważniejsze więc się nimi nie przejmujemy. Nasze dzieci też się nimi nie przejmują i uczą się dlatego, że lubią, a nie dlatego, że muszą. Wcale nie wszystkiego tak samo dobrze i z takim samym zapałem – żeby było jasne.

Izolacja z wielu powodów jest dla nas korzystna – jeśli chodzi o szkołę.

Nasze dzieci nie dostają uwag, że wchodzą na drzewo.
Nasze dzieci nie dostają uwag, że nie robią notatek na lekcji (co jest o tyle zabawne, że z każdego sprawdzaniu z tego przedmiotu przynoszą szóstki)

My jako rodzice nie dostajemy „uwag” (czyli mejli z pretensjami), żebyśmy przypilnowali dziecko, żeby NIE robiło materiałów z dalszej części książki, skoro nie było to realizowane na lekcji (straszne – dziecko chce wiedzieć więcej!!!)
My jako rodzice nie dostajemy uwag, że mamy spakować dziecku książki i ćwiczenia, bo nie przyniosło ich na lekcję (dodam jeszcze może, że chodziło o 10 latka, a nie 6 latka)

Plus brak stroju na apel, plus brak granatowych spodenek na wf, plus informacja do rodziców, że cała klasa nie miała ekierek (a co mnie k&*$a obchodzi cała klasa?!?!? i czemu to ja dostaję tę wiadomość!!!)

Dzisiaj mamy 25 marca – pierwszy dzień obowiązkowej nauki zdalnej w Polsce.
Godzina 8.00 – Librus nie działa

Godzina 10.00 – Librus nie działa

Godzina 12.00 – Librus nie działa

Godzina 15.00 – LIbrus zaczął działać.

Bardzo się cieszę, ale Panie Premierze nie mam najmniejszego zamiaru wysyłać dzieci do „zdalnej szkoły” na 2 zmianę, właśnie w tym momencie, gdy wszyscy skończyliśmy swoje zajęcia i nie mamy najmniejszej ochoty dłużej siedzieć przed komputerami.

DOSKONALE rozumiem, że nauczyciele MUSZĄ robić swoje. Muszą wysyłać te zadania, muszą kombinować, pewnie za chwile będą musieli robić testy i sprawdziany. Wszystko zdalnie.
Ale my nie zamierzamy w tym uczestniczyć. Nie za wszelką cenę

Dzieci siadają rano do pracy przy swoich komputerach (mamy ten komfort, że mają, a ile rodzin nie ma?) i realizują zadania, jeśli mogą otworzyć Librusa.
Na szczęście nie jest ich dużo i nie są trudne. Te idiotyczne – w stylu ile brzuszków dasz radę zrobić w ciągu iluś tam minut – pomijamy wzgardliwym milczeniem.

Dajemy dzieciom dostęp do popularno naukowych kanałów na YT.
Mają założone konta na KhanAcademy, gdzie uczą się matematyki

Dużo rysujemy i malujemy. Jak zawsze dużo czytają.
Jeśli Librus nie działa, to realizują inne działania – niezgodne z podstawą programową (której nie mam obowiązku znać), ale rozwijające i ciekawe.
Nie uważam, żeby w obecnej sytuacji nauka szkolna była najważniejsza.
Nie uważam, żeby oceny były najważniejsze.

Rozmawiam z dziećmi i tłumaczę im co się dzieje. Tłumaczę co jest najważniejsze (i nie jest to piątka z matematyki). Tłumaczę i pokazuję, że uczenie się dla uczenia, a nie dla ocen, jest fajne. Dlatego to robimy, nawet jeśli Librus „nie każe”.
Nie interesuje nas czy ktoś to będzie sprawdzał czy nie.
Nie interesuje mnie czy moje dziecko będzie miało gorszą ocenę na świadectwie. Nasza rodzina wie, że ta gorsza ocena nie jest oceną wartości mojego dziecka.

To wszystko powoduje, że nie zwariujemy i nie damy się zwariować

Chciałabym też podkreślić, że nie mam za złe nauczycielom, nie obarczam ich winą i niczego do nich nie wymagam. Nie – w kontekście izolacji przynajmniej.
Pani, która mi każe 10 latka pakować do szkoły jak najbardziej mam za złe to, że pisze o tym do mnie, a nie do dziecka
Panu, który wysyła do mnie mejla z informacją o tym, co dziecko będzie miało na sprawdzianie, z chęcią przypominam, że to sprawdzian mojego dziecka, a nie mój i ja naprawdę nie potrzebuję tego spisu.
NIE MAM ŻADNEJ PRETENSJI DO NAUCZYCIELI O TEN BURDEL, KTÓRY MAMY OBECNIE.

Mam pretensje do rządu, ale od razu przypominam sobie dlaczego nie mam w domu telewizora. Bo codzienna obecność polityków w moim domu jest zaprzeczeniem tego, co chcę osiągnąć w ramach mojego celu: “NIE ZWARIOWAĆ”

RUSZAMY SIĘ

Wcale nie mamy ochoty. Wcale nie uważam, że muszę dbać o formę. Wcale się nie obawiam, że po izolacji będę grubsza (to znaczy na pewno będę, ale nie wzbudza to moich obaw po prostu).

Ruszamy się, bo wtedy człowiek się lepiej czuje i ma lepszy humor.
Mieszkamy nad Bulwarami Wiślanymi i mamy tu mnóstwo miejsca na spacery z psem. Bez problemu codziennie wyrabiać te 10 tysięcy kroków.
Mister B. sadza mnie też siłą na rowerze, żebym pokręciła.
Dzieci są „wyrzucane”: do ogródka na szaleństwa z psem.
Żeby nie zwariować

PRZYTULASY I DUŻO MIŁOŚCI

Na koniec najważniejsze.
Jesteśmy wszyscy świadkiem czegoś, czego nikt z nas nie doświadczył. 

Pandemia

Światowa izolacja

Gospodarcza zapaść

I cholera wie jeszcze co
Nikt z nas nie wie co będzie jutro

Nagle widać bardzo wyraźnie jak ważne jest to, że się kocha i jest się kochanym.
Jak ważne jest to, żeby się przytulać i całować. Miziać z psem. Spędzać czas ze sobą. Wieczorami kisić się w piątkę (my, dzieci i pies) w jednym łóżku.

Dla mnie nie ma nic ważniejszego. 

I tak właśnie będę działać, żeby nie zwariować.

Ps. Na koniec podkreślę – to moje sposoby i moje życie. Ten tekst miał na celu pokazać moją perspektywę. Nie nakłaniam Cię tu do niczego, nie uważam, że moje jest lepsze niż Twoje.
Jeśli masz inne zdanie i inną perspektywę – pogadajmy i podyskutujmy.

Umiejętność dyskusji w Polsce zanika. Może tu się uda ją odnowić