Napisanie tego artykułu cieszy mnie podwójnie.

Po pierwsze dlatego, że pisząc, „kim nie jest Pani Swojego Czasu” – piszę o sobie. Nie da się ukryć, że blog jest w dużej części o mnie. Nie dlatego, że taką mam strategię, bo gdzieś kiedyś przeczytałam, że jak będzie bardziej osobiście, to przyciągnę więcej czytelników, ale dlatego, że inaczej nie umiem. Zauważył to mój mąż już ogromną liczbę lat temu (nie był wtedy jeszcze moim mężem), gdy po pierwszym spotkaniu stwierdził, że jestem jak otwarta książka – żadnej tajemnicy, wszystko mam na wierzchu (to chyba nie był komplement…).

To prawda. Tak mam i już. Rozumiem, że wielu osobom takie podejście może nie odpowiadać. Wkurzają się szczególnie te z Was, które odwiedzają stronę w poszukiwaniu „suchych rad” i nie mają ochoty czytać o moich prywatnych sprawach, a które również kierują do mnie oburzone mejle z pytaniem, jak śmiem uważać, że „planowanie jest sexy”; chcą o narzędziach, a ja sprzedaję im dyrdymały o seksie i planowaniu.

No więc bardzo mi przykro… A nie, jednak nie. Nie jest mi przykro! Taka już jestem i zaakceptowałam ten fakt. Nie sądzę, że każda z nas musi być idealna. Uważam, że trzeba akceptować swoje niedoskonałości.

Napisałam, że pisanie artykułu cieszy mnie podwójnie. Gdzie jest więc drugi powód? Otóż pisząc o Pani Swojego Czasu, mam też na myśli każdą z Was – każda z Was może być Panią Swojego Czasu dokładnie w takiej odsłonie, jakiej zechce, bo przecież nie ma jednego przepisu, prawda? A przynajmniej ja twierdzę, że nie ma!

Pani Swojego Czasu nie jest Perfekcyjną Panią Domu.

Nie biega po sterylnym mieszkaniu ze szmatką, męcząc wszystkich i narzekając na to, że ośmielają się żyć i na przykład kruszyć. Nie zamieniłaby swoich brudzących w miarę standardowo mieszkańców domu na sterylne roboty, które podczas jedzenia nie otwierałyby ust i nie kruszyły wokół jak małe świnki.

No chyba, że zechce nią być, ponieważ Pani Swojego Czasu może mieć ochotę zostać Perfekcyjną Panią Domu (choć wiadomo, że perfekcjonizmu nie pochwalam), ale wtedy ma świadomość, że na innym polu nie będzie już tak doskonała, bo zwyczajnie nie starczy jej czasu. Jeśli więc już biega ze szmatką, to przynajmniej nie narzeka i nie marudzi, że brak jej czasu na coś innego. Taki wybór. Mamy prawo go dokonywać, ale liczmy się z konsekwencjami.

Pani Swojego Czasu NIE JEST fanatyczką planowania i życia z zegarkiem w ręku.

Planowanie – jak najbardziej. Ustalanie i realizowanie swoich celów – jak najbardziej. Ale także przyzwolenie na to, że świat nie żyje naszym rytmem i często miewa gdzieś głęboko nasze marzenia, a nawet, o zgrozo! – plany! Pani Swojego Czasu przekonuje się o tym boleśnie z reguły wtedy, gdy na świecie pojawiają się dzieci, które nic nie wiedzą o jej planach, a co więcej – które nie chcą o nich wiedzieć, bo na swoje i Twoje życie mają własne, niepowtarzalne opcje. To wtedy u Pani Swojego Czasu pojawia się myśl o tym, by „wyluzować”; o tym, że nie da się wszystkiego zaplanować, ale także o tym, by jednak tych najważniejszych rzeczy nie zostawiać przypadkowi, bo czas na nie przewidziany może minąć – i co wtedy?

Pani Swojego Czasu czasem leni się, zdarza jej się również wiele razy odpuszczać.

Zwróćcie uwagę, że nie napisałam – „relaksuje się”, „odpoczywa”, „ładuje baterie”. Nie. Napisałam: „leni się!”, bo uważam, że w naszym zabieganym świecie pełnym kultu „szlachetnego zarobienia” (dzięki, Magdo, za to sformułowanie!) zapominamy o tym, że czasem warto nie robić nic. Doskonale wiem, jakie jest pierwsze stereotypowe postrzeganie pani Swojego Czasu. Uświadomiła mi to dosadnie dziennikarka z Radia Kraków, gdy przyznała, że wyobrażała sobie mnie jako sztywną kobietę w garsonce, która linijką (!) wybija rytm pracy, tymczasem przyszła do niej zrelaksowana i uśmiechnięta dziewczyna (ha ha – lubię tak o sobie myśleć!) w dziurawych dżinsach, która mówi o tym, że „czasem trzeba wrzucić na luuz!”.

Bardzo zależy mi na tym, żebyś zrozumiała, że Pani Swojego Czasu to nie jest mega zorganizowane i poukładane zombie z zegarkiem zamiast serca!

Często woli przyjemność, niż obowiązki, choć jak trzeba, to się spręża.

To chyba normalne, że wolimy cieszyć się, niż ciężko pracować, prawda? Co nie oznacza, że ciężka praca nie może dawać radości. Mnie daje! Mam taką pracę, którą kocham, więc z wielką chęcią pracuję. Często jednak dochodzę do wniosku, że pracy jest już za dużo i trzeba wstać, wyjść, pobiegać, spotkać się z przyjaciółmi lub pomalować, nawet jeśli przez to zawalę część swoich obowiązków. Po wszystkim jednak okazuje się, że niczego nie zawaliłam, a nawet przyspieszyłam pracę – potrzebowałam tylko chwili regeneracji, by z powrotem wpaść w tory efektywnych działań.

To życie jest dla niej sensem życia.

Nie praca, nie dzieci, nie hobby, lecz życie. Po prostu. Życie się składa z tego wszystkiego. Ostatnio dostałam od kolegi biznesmena wyliczenia, pokazujące, jak wiele fantastycznych rzeczy zrobiłabym i jak dużo zarobiłabym, gdybym pracowała co najmniej 10 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu (on tak pracuje). Ale po jaką cholerę miałabym chcieć takiego życia? Po co mam spieszyć się i wariować teraz? Żeby później leżeć do góry brzuchem? To ja już wolę żyć sobie spokojnie, zarabiać spokojnie i nigdzie się nie spieszyć. A życie, w którym pracuje się 10 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu, jest dla mnie kiepskim życiem.