Dzisiaj głos na blogu oddaję redaktorce mojej książki, czyli Eli. Dlaczego?
Bo dwa tygodnie temu, gdy kończyła się przedsprzedaż książki, a ja w Zwierzyńcu podpisywałam tysiące książek, które zamówiłyście, Ela mi dzielnie w tym procesie towarzyszyła.

Zapewniała towarzystwo, rozrywkę, wybuchy śmiechu, prowiant i napitki (nie pytajcie jakie!!!), a nawet spacery po dzikich lasach.
A później transmitowała proces na swoim Instagramie. I robiła to w taki zabawny sposób, że poprosiłam ją o opublikowanie tego na moim blogu. Co właśnie robi 🙂
Według mnie Ela spokojnie może zacząć dorabiać pisaniem tekstów, bo robi to po prostu genialnie!!!

Autorstwo tekstów i zdjęć: Elka Korektelka

——-

2 kwietnia 2017

Melduję. Stop. Że pani ze zdjęcia. Stop. Przyjeżdża jutro. Stop. Podpisywać swoje książki. Stop. Niedaleko mnie. Stop.
Mam taki niecny plan. Stop. Zatrzymać ją dzień dłużej. Stop. I przeczołgać przez okoliczne lasy. Stop. W tym celu. Stop. Potrzebuję Waszej pomocy. Stop. Musicie kupić więcej książek. Stop. Żeby nie zdążyła podpisać wszystkich jednego dnia. Stop. I została. Stop.

3 kwietnia 2017

Dotarłam!
To dzieje się naprawdę!!!

Ola w akcji

Końca nie widać!

Boższsz, co ona tam wypisała…!

5 kwietnia 2017

Skutecznie zatrzymaliście Olę w poniedziałek liczbą zamówionych książek!

Po pierwszej przerwie zmieniła kolor na niebieski.
Ciepłe bułki z budyniem (dacie wiarę?! Upieczone specjalnie dla Budzyńskiej!) nieco rozleniwiły Olę, więc z pewnym wahaniem przekraczała próg magazynu.
Widok dziewczyn uwijających się chyżo między paletami a blatem z książkami oraz radiowe hiciory podziałały jednak mobilizująco. Nie było na nią mocnych!
Szalała z serduszkami przy Offspring i wyciągała zawijasy przy buźkach, gdy słyszała Chambawambę. To wtedy powstały — jeszcze niewyrażone werbalnie — unikalne dedykacje “Kobiecie-Rakiecie — Ola Budzyńska”.

Różowi nie towarzyszyły żadne szaleństwa.
No, może tylko filmik udostępniony w grupie Pań Swojego Czasu na FB, w którym Ola wygina śmiało ciało.
No, może jeszcze wchodzenie na stół, kładzenie się na książkach, przytulanie książek, mówienie do nich: “Nareszcie was mam! Nareszcie jesteście z mamusią!”. I takie tam… Przy okazji dowiedziałam się, jaki związek ma róż z Olą, a jaki z jej marką, jej synem i jej mężem. I jakie skarpetki lubi Mister B. I w ilu kolorach ma spodnie. I że Ola nie lubi czarnego. Ale to nie ma związku z różem…

Relacji ciąg dalszy. Muszę przyszybczyć, bo książek ubywa i zaraz zapadnie zmrok, który będę mogła zilustrować jedynie wcześniejszymi fotkami (rozumiecie, to nie może wyjść na jaw w innej formie niż opowieść słowami: Ola, ja, dwie butelki wina, składane zapiekanki, las, rundka wokół hotelu, czkawka Oli, czkawka Oli, “ale o szo chodzi?” — też Oli). No to ruszamy!

Tak wyglądała Ola po powrocie z obiadu.

Jechałyśmy i jechałyśmy, i jechałyśmy, wreszcie po pięciu kilometrach dotarłyśmy do celu.
Nie zamówiła ani pierogów, ani makaronu (choć obstawiałam pierogi albo makaron), tylko poprosiła o grzybki. I bardzo się po nich śmiała. Potem niespodziewanie stwierdziła, że więcej nie da rady, bo zaraz pęknie i nie będzie w stanie nawet maznąć cienkopisem.

Podczas obiadu rozmawiałyśmy o życiu, o domu, o rodzinie, o priorytetach, o przyszłości. Nie plotkowałyśmy i nie komentowałyśmy jakże wymownym: „No co ty…?! A słyszałaś…?!”. Tak, to był udany i zjawiskowy obiad przy dźwiękach wiolonczeli. Powietrze roztoczańskie bardzo nam służyło.

Wtorek – cały dzień woziłam ze sobą książki, które upolowałam w poniedziałek w magazynie (dziewczyny Krzyśka odwracały uwagę Oli, Krzysiek wynosił pudła do mojego bagażnika.
Mamy podzielić się później łupem). Na niektórych jest napisane: „Kochanemu Zdzichowi – Aleksandra”, ale co tam! Liczy się sztuka! O szczegóły będziemy martwić się potem. Niektóre były również wymazane różową szminką, ale Krzysiek uznał, że da sobie z tym radę.
Na jeden dzień mój profil zamienił się w profil psychofanki PSC, gwarantuję jednak, że najlepsze dopiero przed Wami!
PS. Informacja z ostatniej chwili: po tym jak Ola trzykrotnie odrzuciła petycję Krzyśka o możliwość dołączenia do grupy „Panie Swojego Czasu”, z okolicznych sklepów znikają różowe ubrania. I wstążki. Zapewne nie ma to żadnego związku. Żadnego.

O pakowaniu książek nie mogę wiele napisać, nie mogę też go pokazać, bo część kobiet jeszcze nie wie, a część już dostała i się chwali. Tym, które nie dostały, nie chcę psuć niespodzianki, bo sama lubię być zaskakiwana. Szczególnie w taaaaaki przyjemnie różowo-kartkowo-liścikowo-zakładkowo-kalendarzowo-bilecikowy sposób. Gdy obejrzałam precyzję, z jaką dziewczyny zawijają, oklejają, zawiązują, wkładają do kartonów i kopert książki Oli, przestała mnie dziwić obrazkowa instrukcja pt. „Książka PSC” wisząca nad kilkoma roboczymi blatami.

Ale połowiczny efekt możecie zobaczyć na zdjęciu. Połowiczny, bo nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności i nakręciłam również Olę, która z kolei kręciła Anię/Kasię/Asię/Justynę pakującą książki. „Kręciła” to za dużo powiedziane. Ola wyciągała ręce, tańczyła „Kaczuchy” do każdej muzyki, jaka właśnie leciała z głośników, i podnosiła nogę. Chyba dla utrzymania równowagi, bo gdyby wiedziała, że zamiast nagrywać, zrobi tylko jedno zdjęcie, na pewno stałaby spokojnie w miejscu.

Zrobiła zatem tylko jedno zdjęcie, ale przynajmniej się porozciągała (bo w lesie odbyłyśmy rodzaj szybkomarszu połączonego z galopem na ostatnim odcinku, gdy zyskałyśmy pewność, że to na pewno jest ulica i na pewno nasz samochód). Ja z kolei nagrałam Olę, jak podnosi nogę, choć chciałam nagrać dziewczynę pakującą książki.

Gdy po podpisaniu ostatniego egzemplarza postanowiłyśmy zrobić drugie podejście, okazało się, że cała ekipa zawinęła się do domu. Owszem, nakręciłam na spokojnie filmik z pakowania książki, ale przez… Olę. A co. Niech się uczy.
Ale co się wcześniej nawierciła, to moje.

A takie cudo odkryłam na jednym ze stołów w magazynie eKomercyjnie. Przed podnoszeniem przez Olę nogi albo po podnoszeniu. Nie pamiętam.
Książki są zapakowane za-chwy-ca-ją-co!

Reportaż o Pani Swojego Czasu. Odsłona ósma.
Tak wyglądała Ola po podpisaniu ostatniej książki.

Żartowałam!
Wyglądała dokładnie tak! Jak Bogini Zwycięstwa. Nie tylko nad czasem.

To już przedostatnia część minireportażu.
Droga do Biłgoraja nadspodziewanie minęła. Przed wyjazdem Ola zagroziła, że jeżeli pojadę szybciej niż 80 km/h lub wyprzedzę jakiś rower, traktor czy furmankę – zgubi mnie i więcej jej nie zobaczę.

No więc jechałam sobie. I jechałam. I jechałam. I jechałam. Za każdym zakrętem oddychałam z ulgą, gdy w lusterku bocznym pojawiał się choćby zarys samochodu Oli.

Tym razem po 26 kilometrach dotarłyśmy na miejsce. Czyli do mnie. Ale najpierw odstawiłam Olę do hotelu. Potem poszłyśmy na zapiekanki. Składane. I zahaczyłyśmy o sklep monopolowy.

A potem był las. Ciemny las. To znaczy ciemny zrobił się, gdy tylko do niego weszłyśmy.

O przebiegu reszty wieczoru już wiecie. Albo się domyślacie. Co mogę dodać? Chyba tylko tę oczywistość, że Ola jest najbardziej zawalistą osobą, jaką poznałam.
Mogę słuchać jej godzinami. I nie ma znaczenia, czy opowiada mi fragment swojego życia, przekazuje patent na uporządkowanie priorytetów, czy zdradza kolor szminki.

Na zdjęciu dwie zjawy, jakie pojawiły się na leśnej drodze trzeciego kwietnia. Widziano je obie następnego dnia przed południem. Jedna z nich latała jak szalona wśród drzew, druga udawała przy biurku, że skupia się na pracy.

I ostatnia, naprawdę ostatnia już odsłona opowieści o pierwszym spotkaniu z Olą B., czyli Panią Swojego Czasu, czyli Boginią Zarządzania Sobą w Czasie.

Mój egzemplarz. Tylko mój. Jeden z dwóch. Bo po jednym będę mazać, kreślić, zaznaczać, drugi postawię na półce.
Napisała, że jestem najcudowniejsza, najzabawniejsza i takie tam. I że zacznie sprzedawać mój śmiech na minuty.

Książka już jest w regularnej sprzedaży, a zobaczyć możecie ją TUTAJ. Przy okazji obejrzyjcie film, który powstał przy okazji kręcenia filmu o książce!