Była 3 w nocy. Siedziałam na środku ogromnego łóżka w pewnym hotelu, w pewnym mieście i pisałam do Was, czy też dla Was 🙂

Nie, Pani Swojego Czasu nie cierpi na bezsenność, czy też na depresję i wcale nie pracuje do aż tak późnych godzin nocnych.

Otóż hotel, w którym mieszkałam, jest przecudowny – nowoczesny, designerski, kolorowy i wygodny. Serwują tu świetnie śniadania i jeszcze lepszą kawę. Jest w centrum pięknego miasta – wszędzie blisko. Widok z okna cudny. W lobby hotelowym jest miejsce, gdzie można sobie wygodnie usiąść i tę kawę wypić, a przy okazji pooglądać przepiękne albumy o światowej architekturze wydane przez wydawnictwo Taschen – albumy, które uwielbiam (choć z architekturą nie mam nic wspólnego) i na które zapewne nigdy nie będzie mnie stać, by je kupować sobie ot tak po prostu dla przyjemności.

Ta więc powtarzam – hotel jest cudowny. Ale ma jedną wadę. Wcale nie małą – jak dla mnie wręcz olbrzymią. Otóż to miejsce jest naszpikowane techniką. Do zameldowania nie jest tu potrzebny żaden recepcjonista – na samym środku lobby stoi wielki stół, a na nim komputery – zameldować się gościu możesz sam. Jak już to zrobisz (miejmy nadzieję, że z sukcesem) to gdzieś z boku/dołu tego stołu nagle i znienacka „wyjeżdża” Ci twoja karta hotelowa, która jest czymś o niebo lepszym niż tylko kluczem do twoich drzwi.

Po pierwsze dzięki tej karcie napijesz się kawy lub herbaty, gdyż ekspresy do parzenia tych napojów również działają dzięki niej. Po drugie winda ruszy do góry (lub na dół). Po trzecie ta karta otworzy Ci drzwi do pokoju (to już akurat hotelowy standard). Po czwarte twoja karta uruchamia centrum dowodzenia Twojego pokoju, którego istnienia początkowo nie byłam świadoma.

Weszłam sobie bowiem do pokoju i zobaczyłam przyjemne światło różowo – niebieskie (wiem – dziwny dobór kolorów), które sączyło się spod sufitu, ale dodatkowo na ścianie zobaczyłam jakieś źródło światła. Się jarzyło. Podeszłam. Na ścianie wisiał mini komputerek – w zasadzie taki mały ekran LCD, coś a’la tablet.

Niestety jeśli chodzi o nowości techniczne to jestem osobą z gatunku „doświadczających” – nie zastanawiam się ani chwili tylko zaczynam macać, dotykać i przyciskać. Nieco na oślep dotykałam co chciałam i nastąpiło feeria kolorów i dźwięków – światło w pokoju, światło w łazience, światło w przedpokoju, radio, telewizor. Udało mi się nawet zadzwonić do recepcji zupełnie przez przypadek (a recepcją okazał się ten wielki stół w lobby), bo oczywiście w pokoju telefonu nie było – ten komputerek również służył za telefon.

I powiem Wam, że jak udało mi się jako tako to cholerstwo zrozumieć, to byłam już spocona, zmęczona i miałam wszystkiego dosyć. Próbowałam odpalić telewizor, bo jak wiecie nie mam go w domu, więc na wyjazdach nadrabiam zaległości, ale gdzie tam – uparcie włączało mi internet, a telewizor uruchomić się nie chciał. Światła w łazience nie bardzo mogłam zapalić w taki sposób, żeby paliło się non stop. Jak się przestawałam ruszać – to gasło, jak machałam rękami to się zapalało. (Rankiem na delikatne ruchy ręki malującej oko nie reagował, więc jedno oko malowałam normalnie, a drugie niestety „na oko”)

Zrezygnowana poszłam spać. Ale zanim to zrobiłam musiałam podjąć nierówną walkę z tym komputerkiem o to, żeby zechciał mi zgasić światło. Walkę tę niestety przegrałam i w przypływie rozpaczy rzuciłam się na łóżko i pomyślałam sobie, że to wykorzystam i po prostu poczytam sobie książkę. Po kilku minutach czytania światło zgasło. Domyśliłam się, że zadziałał tu jakiś czujnik ruchu więc nie ruszając nawet powieką poszłam spać.

Niestety (i tu już dochodzimy do przyczyny pobudki) w okolicach 3 w nocy coś mi strzeliło do łba i postanowiłam się napić więc usiadłam na łóżku. A tu światło pstryk.

I masz babo placek – siedziałam więc i pisałam, bo to światło wybiło mnie ze snu całkowicie.

Ale nie piszę Wam tego, żeby opowiedzieć o moich przygodach hotelowych, tylko dlatego, że mam bardzo silne skojarzenia z używaniem techniki w zarządzaniu czasem.

Zdarza się, że jakiś zdenerwowany uczestnik szkolenia krzyczy do mnie tak „O kant d…. roztrzaskać te metody. To w ogóle nie działa!

Inni z aprobatą (coś się w końcu dzieje!!!) kiwają głowami i nagle wszyscy jak jeden mąż wyciągają: planer nr 1, planer nr 2, kalendarz osobisty, kalendarz firmowy, który trzeba mieć, bo firma zmusza, kalendarzyk taki malutki, gdzie tylko daty się zmieszczą, notesik na wszystkie uwagi, które mogą przyjść do głowy, stos pomiętych karteczek, żółte post-ity poprzyklejane tu i ówdzie, komputery, telefony, tablety, netbooki, a w nich oczywiście mnóstwo aplikacji do zarządzania czasem. I stos czegoś, co dla mnie jest śmieciem i od razu bym to wyrzuciła, ale według słów posiadacza to są „Bardzo Ważne Notatki”, które przypominają co też on ma zrobić.

Gdybym była w trakcie indywidualnych konsultacji z taką osobą i miała jej wcześniejsze pozwolenie na to, to na pytanie „I jak to wszystko poukładać?” zrobiłabym tylko jedną rzecz – wyrzuciłabym to wszystko do kosza.

Bo zarządzanie czasem zaczyna się w głowie. I tam się kończy.

To Ty zarządzasz sobą w czasie. To nie technika decyduje, co jest dla Ciebie najważniejsze, to nie aplikacja ustawia Twoje wartości, od których zależy Twoja lista priorytetów i działań, to nie program komputerowy decyduje, jakie emocje masz teraz w sobie i na co one Ci w tym momencie pozwalają, czy też nie.

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem przeciwnikiem tych metod; sama korzystam z kilku i uważam, że w dużym stopniu ułatwiają mi organizowanie mojego czasu. Wkrótce zamierzam zresztą napisać artykuł o programach i aplikacjach pomagających w zarządzaniu czasem. Uwielbiam robić listy zadań w moim pięknym notatniku i planować strategię rozwoju mojego bloga w innym zeszycie specjalnie do tego przeznaczonym. Nie jestem przeciwniczką metody, jestem przeciwniczką używania techniki, jako celu samego w sobie.

Pamiętaj – programy, aplikacje, planery i komputery NIE ZARZĄDZAJĄ Twoim czasem! Jeśli ich ogarnięcie zajmuje Ci za dużo czasu, to może czas najwyższy przejść na minimalizm? Jeśli masz problem z zarządzaniem sobą w czasie, to najpierw trzeba się zastanowić, gdzie leży sedno tego problemu – jeśli w braku odpowiedniego narzędzia, to z chęcią podpowiem Ci z jakiego skorzystać. Jeśli jednak sedno leży w braku zastanowienia się nad swoimi priorytetami życiowymi – to tutaj żadna aplikacja Ci nie pomoże.

Pamiętaj – techniczny porządek we własnej głowie jest dużo ważniejszy niż jakakolwiek technika w Twojej torebce.

I z tą myślą o prawie 4 nad ranem udałam się spać życząc ci w głowie miłego dnia.

A Ty rano napisz proszę co sądzisz o używaniu techniki w zarządzaniu sobą w czasie.

Ola (Pani Swojego Czasu)

11