Czasami zastanawiam się, czy niektóre z Was, patrząc na tytuły artykułów, myślą sobie: „Ja cię kręcę, Olka, a jaki to ma związek z zarządzaniem czasem? Weź nam lepiej machnij jedną czy dwie techniki i będzie z głowy, a nie o jakichś porażkach, feminizmie czy pewności siebie nam sadzisz!”

Nie lubię takiego gadania. Głównie dlatego, że nie lubię, gdy się mówi do mnie Olka 🙂

Ale też dlatego, że kobiece zarządzanie czasem wcale nie polega na metodach i technikach. One są zawsze tylko wisienką na torcie. Oczywiście – warto je znać i jeszcze bardziej warto je stosować, jeśli jednak my, kobiety, nie rozprawimy się ze swoimi wewnętrznymi myślami, demonami i przekonaniami – każda technika zda się na nic, bez względu na to, jak fantastyczna by nie była.

Moje życie zawodowe to konsultowanie życia Kobiet (bo twierdzę, że czas to Twoje życie); tego, jak wykorzystują czas w swoim życiu; tego, jak nim zarządzają; tego, na co go przeznaczają, gdzie go marnują itp. Bardzo często okazuje się, że Kobiecie, która przyszła na moje konsultacje, nie muszę mówić o żadnych technikach, bo zna je wszystkie. Co więcej – bardzo często je stosuje. Na przykład na początku tygodnia dostaję od niej cudowny grafik i listy zadań wypełnione dokładnie, tak jak należy – nieprzeładowane, z zaznaczonymi priorytetami – i są to faktycznie sensowne priorytety (oczywiście z jej punktu widzenia, nie mojego, bo moje zdanie się tutaj nie liczy).

Zadania są świetnie zaplanowane, godziny precyzyjnie określone i podzielone na bloki czasowe, nawet jest już przygotowany budzik do pilnowania tych bloków czasowych!

Mija tydzień. Pytam konsultowaną Kobietę, co zrobiła ze swoich planów. Dowiaduję się, że nic i że do bani z tym całym planowaniem, bo to chyba nie działa.

Oczywiście ja wiem, że to nieprawda. Co więcej – ta Kobieta również wie. Co się w takim razie stało? Rozmawiamy i rozmawiamy i okazuje się, że plan, który sobie założyła na ten tydzień, mógł odnieść wielki sukces. Mógł być krokiem milowym na drodze do zrealizowania wielkiej, fajnej rzeczy, która spowoduje, że wiele osób o tej Kobiecie usłyszy.

Ale mógł też okazać się porażką, o której dowie się równie dużo osób. A prawdopodobnie nawet więcej, bo porażki zawsze odbijają się większym echem, niż sukcesy.

W związku z tym Kobieta nie spróbowała. Bo a nuż się nie uda? A nuż ktoś się o tym dowie? Albo a nuż się uda, a jednak usłyszy, że to był przypadek? Albo że wcale na to nie zasłużyła? Albo że jest niekompetentna? Nierozsądna? Że nie przemyślała sprawy i porwała się z motyką na słońce? Jak takiej później zaufać – skoro raz się nie zastanowiła, następnym razem może to powtórzyć, prawda?

Moje Drogie Panie i Kobiety – ja doskonale rozumiem tę sytuację, bo również mam ją na co dzień.

Tytuł tego artykułu brzmi: „Nie bój się porażek”, ale tak naprawdę wcale nie do tego chcę Cię namawiać. Wręcz przeciwnie – chcę, żebyś bała się tej porażki jak cholera, a jednocześnie robiła swoje. Chcę, żebyś myślała o tym, co się stanie, jak się nie uda i wymyśliła sobie plan B i C i D i nawet E, jeśli będzie taka potrzeba.

Chcę, żebyś się bała tego, co ludzie powiedzą, gdy Ci się nie uda i zaplanowała, co im odpowiesz.

Może to, że gdybyś nie spróbowała, to byś się nie przekonała? Może to, że kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje? Może to, że teraz już wiesz, żeby tamtą drogą nigdy nie pójść? A może to, że właśnie dopiero teraz odkryłaś, że to jest droga, którą trzeba iść, tylko pewne rzeczy należy poprawić?

Mój syn powiedział mi ostatnio, że odważny człowiek nigdy się nie boi. Nie wiem, od kogo usłyszał taką bzdurę. Uważam, że odważni ludzie bardzo się boją. Bo są realistami i wiedzą, jak się sprawy mają. Ale mimo strachu działają i dzięki temu realizują swoje życie tak, jak chcą.

I odnoszą porażki.

Nie dajcie sobie nigdy wmówić, że ktoś, kto ma fantastyczne życie, ktoś, kto się realizuje – nigdy nie odnosi porażek. Według mnie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. To właśnie Ci, którzy posiadają na swoim koncie dużo sukcesów, zaliczyli też mnóstwo porażek.

Powiem Ci coś o sobie – nienawidzę porażek i bardzo źle je znoszę. Wie o tym głównie mój mąż (a teraz także i Ty), bo przez tydzień potrafię wtedy płakać w rękaw. Tak było, gdy nie dostałam się na dziennikarstwo, a moim marzeniem było zostać dziennikarką wielkiej klasy. Tak było, gdy nie ukończyłam studiów polonistycznych, choć przekonywałam mamę, że praca nauczycielki polskiego jest tym, czego w życiu pragnę. Tak było, gdy nie zostałam zatrudniona w British Airways, choć miałam za sobą etat w arabskich liniach lotniczych. Tak było, gdy nie udało mi się utrzymać Centrum Mądrze Kochać – miejsca stworzonego z przyjaciółką, którego nie potrafiłyśmy rozwinąć. Tak było, gdy zostałam wyrzucona z projektu szkoleniowego za powiedzenie brzydkiego słowa na sali wykładowej. Tak było, gdy podjęłam decyzję o zamknięciu Governess Lane, żeby zrobić miejsce na nowe rzeczy w moim życiu. Tak wreszcie było, gdy dowiedziałam się, że mój syn jest chory, a ja nie wiem, co z tym zrobić i jak będzie wyglądało moje życie.

Nie wstydzę się tego, że przez pewien czas nie radzę sobie z porażką. Rozpamiętuję ją. Próbuję tworzyć alternatywne scenariusze; bezsensowne, bo przecież to się już wydarzyło. Daję sobie tydzień. Później zbieram się do kupy. Czasem siłą. Wychodzę na zewnątrz. Wychodzę do ludzi. Proszę ich o pomoc i dobre słowo. Proszę, żeby mi przypomnieli, za co mnie cenią i czym się zajmuję.

Planuję od nowa. Z każdą kolejną porażką jestem na nie coraz bardziej odporna. Coraz bardziej przygotowana. Coraz bardziej przekonana, że porażki są i będą częścią mojego życia.

Ps. Ten tekst dedykuję Santi, od której uczę się, jak być profesjonalistką, nawet jeśli coś nie wychodzi.

A jak Ty znosisz porażki?

Ola (Pani Swojego Czasu)

Pani Swojego Czasu