Dzisiejszy artykuł na pierwszy rzut oka niewiele ma wspólnego z zarządzaniem czasem, bo dotyczy innej dziedziny efektywności osobistej, czyli asertywności, a konkretnie umiejętności odmawiania. Jednak, jak wiecie, ja jestem zwolenniczką kobiecych sposobów zarządzania czasem i uważam, że asertywność jest jedną z technik zarządzania swoim czasem. Na co ci bowiem choćby najlepsze kalendarze, listy zadań i plannery, jeśli w odpowiednim momencie nie potrafisz komuś odmówić i zgadzasz się na zrobienie czegoś, czego na Twojej liście nie ma. Wszystkie techniki możesz wrzucić do kosza jeśli nie potrafisz w odpowiednim momencie powiedzieć NIE.

No i powstał problem bo temat mam – zapisany, jak zwykle, na wyraźne życzenie jednaj z Was (swoją drogą o tematy to się martwić nie muszę – mam już ich tyle, że mi do końca roku chyba starczy), ale ja do weekendowych artykułów potrzebuję natchnienia i refleksji. Jak ma być inaczej skoro mają one natchnąć i Was tą refleksją na cały weekend. Jak ma być inaczej, skoro nie są to techniczne artykuły, lecz są trochę o mnie, o moich przemyśleniach i moim życiu? O tym, co robię, umiem i lubię, a także o tym, czego nie – robię, umiem i lubię.

A tu dziś jak na złość nic, zero, nul. Kompletna kicha i pustka w głowie.

Być może po prostu jestem „pisareczką”, być może nie umiem wycisnąć z dobrego tematu wszystkiego, co by można z niego wycisnąć. Nie wiem jak działają rasowi pisarze – nie znam żadnego (jeśli ktoś zna lub sam takim jest to proszę o informacje w tej sprawie) – być może dostają temat i sruuu – lecą z tym koksem. Ja muszę mieć jednak jakąś dawkę inspiracji.

Przez cały tydzień jednak nic się nie zadziało. No nic myślę sobie – będę wracać pod koniec tygodnia z Warszawy pociągiem. Czeka mnie trzy godziny siedzenia – nie ma mowy, żeby w pociągu coś się nie zrodziło. Pociągi, jak wiecie, działają zbawiennie na moją wenę twórczą i w zasadzie na jakąkolwiek pracę. W czasie trzygodzinnej podróży relacji Kraków – Warszawa potrafię wcisnąć 8 godzin pracy.

Wsiadłam więc dziś do pociągu i zamiast pisania, poczułam nieprzepartą chęć stanięcia przy oknie, założenia słuchawek i posłuchania Marii Peszek, a konkretnie jej albumu „Jezus Maria Peszek”
I tak słuchając sobie, stojąc przy otwartym oknie i łapiąc moje włosy wylatujące przez to okno, pomyślałam sobie, że taka Maria Peszek bardzo kojarzy mi się z asertywnością.

Mówi co chce i robi co chce, śpiewa co chce i idzie pod prąd.

Tak na maksa w zasadzie. Wyśpiewuje swoje życie. Bardzo otwarcie i bardzo mocno. I dostaje na ten temat rożne informacje zwrotne. I nie wiem co z nimi robi – nie wiem czy się nimi przejmuje czy je olewa. Czy jakoś ją bolą? Odpowiada na nie? Dotykają jej? (Maria jeśli to czytasz to daj znać proszę – z chęcią poznam Twoją opinię :))

Dlaczego o tym piszę?

Bo zostałam wychowana na grzeczną dziewczynkę. Mówiono mi, że „mądrzejszy ustępuje” lub, że trzeba „ustąpić dla świętego spokoju”. Mówiono mi też, że „kto to widział, żeby dziewczyna nie umiała gotować/sprzątać/robić rolady z kurczaka”.

Odmawianie było i jest moją piętą achillesową. Odkąd wyprowadziłam się z domu i zaczęłam mieszkać, z wtedy jeszcze moim nie mężem, uczę się usilnie sztuki odmawiania i idzie mi raz lepiej, a raz gorzej.

Umiem już bardzo dużo. Przejawia się to po prostu odmawianiem – technicznym odmawianiem. Ktoś mnie o coś prosi, a ja odmawiam bo wiem, że jeśli zrobię to, o co mnie prosi, to zwyczajnie nie starczy mi czasu na inne zobowiązania – nie starczy go na inne zadanie, dla kogoś innego, na moje rozrywki, na mój czas wolny, dla moich dzieci i męża.

Asertywności uczyłam się i dalej się jej uczę. Być może taka moja dola i będę to robić przez całe życie.

Jak się jej uczyłam?

Po pierwsze na pewnym etapie swojego życia przestałam obracać się w środowisku kobiet, dla których naturalne jest zgadzać się na pewne układy, role i oczekiwania. Trafiłam do Krakowa na studia socjologiczne, gdzie każdy był coraz to większym dziwakiem i robił swoje rzeczy na swój sposób 🙂

Po drugie miałam okazję spotkać mojego męża, który oczywiście jeszcze wtedy moim mężem nie był. Nie ma co ukrywać, że to właśnie on jest moim największym nauczycielem asertywności. Przez te wszystkie lata mój mąż doskonale wie, czego chce i konsekwentnie do tego dąży nie oglądając się na innych.

Patrząc na niego widziałam i uczyłam się, że warto mieć swoje zdanie, swój wygląd, swoje poglądy. Często za nie obrywał w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób – od znajomych, dyrektorów, nauczycieli, rodziców, a czasem nawet ode mnie, ale dalej myśli swoje i robi swoje.

Nasi synowie przejmują zachowania Taty, z czego jestem niesłychanie dumna, bo bardzo nie chciałabym by się borykali z takimi problemami jak ja (pamiętam jak mnie niesłychanie ucieszyło, gdy Jaś po raz pierwszy w przedszkolu poszedł pod prąd i zamiast Pani Jesień narysował robaka. Robak był fajny, miał wiele odnóży, no ale cóż – Pani Jesieni nie przypominał, co przez Panią wychowawczynię zostało skwitowane stwierdzeniem, że „rysunek jest brzydki”).

Nie ma co ukrywać Pani Swojego Czasu nie byłaby sobą, gdyby nie jej mąż.

Po trzecie trafiłam w takie środowisko zawodowe, które asertywnością zajmowało się na co dzień, więc miałam okazję uczyć się jej od strony teoretycznej i praktycznej właśnie.

Ale na początku było ciężko.

Z dzisiejszej perspektywy myślę sobie, że nie umiałam postawić na swoim i dawałam się wykorzystywać. Pretensję mogę mieć tylko do siebie. Zabrakło dojrzałości i doświadczenia, godzin przemyśleń, trochę wiedzy i praktyki po prostu.

Siedziałam po godzinach bo nie potrafiłam odmówić, jeździłam na spotkania integracyjne bo nie potrafiłam odmówić, zamieniałam się grafikiem i pracowałam w święta bo nie umiałam odmówić, zgadzałam się na pracę po nocach i w niedzielę, bo nie umiałam odmówić, jeździłam na koniec Polski choć nie musiałam, bo nie umiałam odmówić, brałam na siebie zadania, których nie chciałam robić, bo nie umiałam odmówić. Robiłam to kosztem siebie i swojej rodziny. Swojego czasu.

W pewnym momencie zaczęłam jednak dostrzegać co jest ważne. A co ważniejsze. Kto przy mnie będzie, a kogo nie. Kto mi w przyszłości pomoże, a kto nie. I zaczęłam odmawiać.

Teraz odmawiam dosyć często.

Wciąż jest to jednak dla mnie przykrą koniecznością. Koniecznością, bo bez tego nie mogłabym mówić o sobie „Pani Swojego Czasu” – dziennie dostaję kilkaset mejli (przypominam, że piszę dwa blogi, prowadzę szkolenia, mam Agencję i Szkołę Guwernantek, a każda z tych działalności to co najmniej jeden osobny adres mejlowy), są w nich różnego rodzaju prośby, polecenia mniej lub bardziej służbowe, wymagania, a nawet roszczenia!

Nie mam problemu z technicznym aspektem odmawiania – umiem to zrobić grzecznie i kulturalnie. Umiem to zrobić stanowczo. W związku z tym raczej nie mam też problemu z nachalnymi prośbami, bo takie odmawianie powoduje, ze ludzie wiedzą gdzie jest granica, której nie powinni przekraczać.

Ale wciąż mam problem z odczuciami i myślami już po. Gdy już dawno nie ma tej sytuacji, w której odmówiłam, ona wciąż jest we mnie. Czasem naprawdę długo biję się z myślami. Jak dużą przykrość wyrządziłam? Jak duży problem spowodowałam? Gdzie indziej ten ktoś znajdzie pomoc? Czy ktoś inny mu pomoże?

Oczywiście uczę się też tego, w jaki sposób sobie z tym radzić.

Mówię sobie wtedy tak (sprawdź czy Tobie też pomoże):

  • Mówiąc “nie” komuś lub czemuś, mówisz “tak” komuś lub czemuś. Jeśli odmawiasz przyjaciółce, by zostać ze swoim mężem, to mówisz “tak” mężowi. Jeśli mówisz „nie” szefowi na nadgodziny, to mówisz „tak” swojej rodzinie. Jeśli mówisz „nie” swojej siostrze, to być może mówisz „tak” swojemu czasowi wolnemu i relaksowi (który też ci się należy)
  • Masz prawo odmawiać. Po prostu. Nie musisz robić wszystkiego. Nie jesteś herosem. Nie musisz być super babką. Możesz czasem powiedzieć nie. Nawet bez przyczyny. Bo po prostu chcesz. Lub nie chcesz czegoś zrobić.
  • Nie jesteś w stanie zadbać o cudze potrzeby, jeśli nie zajmiesz się najpierw swoimi. Nie nauczysz innych szacunku do swojej pracy i swojego czasu, jeśli Ty sama go nie szanujesz. Jeśli Ty wykorzystujesz sama siebie, pracujesz ponad miarę, nie relaksujesz i się i nie regenerujesz, to jak mają ci na to pozwalać inni? Skąd mają w ogóle wiedzieć, że tego właśnie potrzebujesz?
  • Pomyśl, że to dobrze, że czujesz. Gdybyś nie czuła się źle z powodu odmówienia komuś lub czemuś, to może byłabyś nieludzką i bezduszną istotą. Pomyśl sobie – czuję wyrzuty sumienia, bo jestem człowiekiem – istotą czującą, pomocną i życzliwą. Tym razem moja sprawa była w moim odczuciu ważniejsza niż sprawa tego kogoś. Jemu ma prawo być przykro, bo nie dostał pomocy, której oczekiwał. Mnie też ma prawo być przykro. (Ostatnio doszłam do wniosku, że za rzadko pozwalamy sobie na przykre uczucia. Rządzą nami teraz takie „amerykańskie standardy” – bądź szczęśliwy i bądź radosny. Tak jakby smutek był czymś strasznym i przykrym. To również normalne uczucie. Ma prawo być ci przykro, jeśli ktoś się czuje przez ciebie gorzej niż chciał. Choć nie musisz się z tego powodu załamywać.
  • Zaakceptuj fakt, że inni też odmawiają. Często zdarza się, że same odmawiamy, ale chciałybyśmy by nam nie odmawiano. A to oczywiście tak nie działa. Gdy ty kogoś o coś prosisz, to spodziewaj się, że ktoś ci może odmówić bo jego priorytet będzie ważniejszy niż Twój. Postaraj się to zrozumieć i zaakceptować, a przede wszystkim nie strzelaj tzw. „focha”, bo ani się obejrzysz, gdy ty będziesz dostawać fochy, gdy spróbujesz komuś odmówić.
  • Otocz się życzliwymi Ci osobami, które Cię wesprą w Twojej nauce odmawiania. Najlepiej takimi, które zrozumieją Twój punkt widzenia. Uważam, że idealnie do tego są inne Kobiety. O ile widzę po zachowaniu mojego męża, jak dużo się mogę od niego nauczyć w zakresie asertywności, to jednak wiem, że pewnych rzeczy nie przeskoczę, gdyż mam inny punkt widzenia. Znajdź grupę innych Kobiet, które wiedzą, co czujesz, bo same też się borykają z takim samym problemem i wspierajcie się wzajemnie w tych momentach, gdy tego potrzebujecie. To może być wirtualna grupa – nie musicie się nawet spotykać w tzw. realu. Ja mam taką grupę i jest mi ona bardzo potrzebna (wiecie Dziewczyny, że to o Was i bardzo Wam dziękuję za to, że jesteście). Gdy któraś z nas ma problem to zaraz wyskakują inne i wspierają, pomagają, trzymają kciuki za Twój sukces. A TY trzymasz za ich. To naprawdę działa!

Jeśli więc następnym razem Pani Swojego Czasu powie ci „nie” (mejlem, osobiście czy telefonicznie) to wiedz, że jest to dla mnie niesamowity wysiłek energetyczny. Wiedz, że uczyłam się tego latami i dalej się uczę. Wiedz, że myślę o Tobie i o ewentualnej trudności, jaką ci sprawiłam swoją odmową. Jednak w tym momencie „moje” było ważniejsze niż „Twoje”. Zrozumiem, jeśli następnym razem „Twoje” okaże się ważniejsze niż “moje”.

A jak u Ciebie z odmawianiem? Napisz koniecznie!

Ola (Pani Swojego Czasu)

11