Zarządzanie czasem, time management, efektywność, produktywność, organizacja, ogarnianie. Zwał jak zwał. Prawda jest taka, że wszystkie te sformułowania kojarzą nam się z działaniem i realizowaniem jeszcze większej ilości rzeczy w jeszcze krótszym czasie. Jest to bardzo wygodne podejście służące “sprzedawaniu” tego typu przedsięwzięć – bo kto z nas nie chciałby mieć więcej, szybciej i lepiej?

Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale problem polega na tym, że… jest zupełnie odwrotnie.
Od baaardzo długiego czasu staram się Wam uświadamiać, że organizacja, efektywność, produktywność, zarządzanie sobą w czasie (znów: zwał jak zwał) to tak naprawdę… sztuka odpuszczania, nierobienia, rezygnowania i mówienia “stop”.

Gdy rozbierzesz ten problem na kawałki i rozłożysz swoje życie na części pierwsze, bardzo wyraźnie zobaczysz, że to OCZYWISTE!
Spójrz na swoją listę zadań – o ile taką masz. Jest na niej 5-10-20 punktów. Oznaczają one, że jeśli je zrealizujesz, to nie wykonasz innych. Jeśli będziesz na zebraniu w szkole, to nie będzie Cię w domu.
Jeśli będziesz w pracy, to nie będzie Cię na wakacjach. Jeśli będziesz z kochankiem, to nie będzie Cię z mężem – chyba że to ta sama osoba. Jeśli pojedziesz do Gdyni, to nie będzie Cię w Katowicach.

Całe nasze życie polega na wyborze. A to oznacza, że wybierając A, rezygnujemy z B. Oczywiście – nie zawsze. Czasem wybierając A, masz w pakiecie B. Ale wtedy rezygnujesz z C albo D, a może z Y – z czegoś na pewno.
Myślę, że im częściej patrzymy w taki właśnie sposób na swoje życie, tym łatwiej nam dokonywać świadomych wyborów i rezygnować z pewnych elementów, których być może wcale nie potrzebujemy.

Z rezygnacją mamy jeszcze taki problem, że żyjąc w epoce działania, realizowania, sukcesów i produktywności, jesteśmy przekonane, że rezygnacja oznacza bycie leniem i leserem. Że rezygnują tylko przegrane, leniwe “buły”, którym się nie chciało “spiąć tyła i zapierdalać” (nie mój zwrot).
W naszej świadomości rezygnacja oznacza przegraną i nie ma tu taryfy ulgowej. Nikogo w zasadzie nie interesuje i nikt Cię nie zapyta, czy miałaś dobry powód takiej decyzji, czy było warto, dlaczego zrezygnowałaś i co będziesz robić w zamian. Wystarczy, że nie podjęłaś tego extra wysiłku i jesteś spalona.
Jeszcze jakoś ujdzie, jeśli od razu powiesz, że zrezygnowałaś z jednej pracy, żeby podjąć inną – jeszcze bardziej absorbującą. Albo odpuściłaś ambitny projekt tylko dlatego, że czeka na Ciebie kolejny – super hiper ekstra wymagający. Oczywiście w społecznym odbiorze najlepiej by było, gdybyś zrealizowała OBYDWA – skoro już się tego podjęłaś i zdeklarowałaś, że to zrobisz.
Ale niestety, jeśli zrezygnowałaś tylko po to, żeby robić mniej lub odpocząć, zregenerować się i odetchnąć, to umówmy się – nie przejdzie. “I co niby teraz będziesz robić? Odpoczywać? Regenerować się? Resetować?”. Niby fajnie. Większość miło się uśmiechnie, ale: “Kurde blaszka, o czym tu teraz z Tobą gadać?”. Bo oni by chcieli rozmowę o tym jak jest ciężko, jak trudne wyzwania przed nimi stoją, jak mało śpią i ciągle zapierdalają, nie widząc swoich dzieci i bliskich, nie mając czasu na zdrowe jedzenie, a nawet na jakiekolwiek jedzenie – siku też tylko wtedy, gdy już naprawdę mocno przypili. A tymczasem z Tobą w trybie “zrezygnowałam-i-odpoczywam” nie da się o tym gadać, więc nie jesteś żadnym partnerem. Oczywiście można by porozmawiać o życiu, kondycji człowieka, społeczeństwie, zwyczajach, moralności, ale kto by tam o takich pierdach dzisiaj gadał?

Konsekwencja w realizowaniu swoich celów to w dzisiejszym świecie największa cnota. Choćbyś miała sobie żyły wypruć, a wieczorami rzygać żółcią i słaniać się ze zmęczenia, to tak długo, jak konsekwentnie realizujesz plany, o których poinformowałaś świat, jest dobrze – jesteś kryta i jesteś po jasnej stronie mocy.
Ale, nie daj Boże, zaczniesz rezygnować, zmieniać swoje cele i co chwila porzucać jeden, by sięgnąć po drugi. Wtedy przylepi się do Ciebie łatka “słomianego zapału” i już po Tobie, Kobieto.

Ja tymczasem od mniej więcej dwóch miesięcy mam wrażenie, że jestem non stop w trybie rezygnacji.
A w zasadzie miałam takie wrażenie dokładnie do końca czerwca, kiedy to wróciłam z wakacji, na których byłam w 100% offline. W mojej głowie w końcu rezygnacja, zostawianie i odpuszczanie zmieniły się w kolejne pomysły i działania. Piszę o tym, bo wiele z Was jest przekonanych, że osoby, które coś realizują i które co jakiś czas pokazują Wam efekty swojej pracy, działają non stop i na pewno z niczego nie rezygnują. Oczywiście to nieprawda. Ale nie ma też co się dziwić, że tego nie wiecie, bo ciężko zauważać sprawy, projekty i przedsięwzięcia, które nie zostały zrealizowane.

Warto w swoim życiu stworzyć własne normy i stosować je bez względu na to, co myślą inni.
Dlatego chciałabym Wam – na swoim przykładzie – pokazać, że rezygnacja jest normalna i należy traktować ją zwyczajnie.

Ja – osoba tworząca markę Pani Swojego Czasu i realizująca ogromną ilość projektów, mająca w swoim imperium bloga, podcast, webinary, grupę Pań Swojego Czasu, grupę biznesową, rozwinięte konto na instagramie, #kawęzbudzyńską, Klub Pań Swojego Czasu, zdalny i ciągle rosnący zespół, czyli #gangPSC, newsletter, sklep ze 150 produktami, serię produktów fizycznych, która non stop się rozrasta, bo nieustannie wymyślam coś nowego – CIĄGLE I REGULARNIE Z CZEGOŚ REZYGNUJĘ!!!

Choć przyznaję – ostatnio nawet ja miałam problem z ilością spraw, z których zrezygnowałam.
Zaczęło się od tego, że na wiosnę do naszej rodziny zawitał Tolek, czyli nasz pies. Gdy do nas trafił miał 9 tygodni. Jeśli masz szczeniaka, to wiesz, że jest jak niemowlę. Jedyna różnica jest taka, że nie karmisz go piersią albo butelką. Mamy, które nie mają szczeniaków będą oburzone – właścicielki psów zrozumieją. Ja – jako mama dwójki dzieci i jednocześnie właścicielka szczeniaka, który teraz ma 4 miesiące – mogę Ci z całym przekonaniem powiedzieć, że jest dokładnie tak samo. Nie śpisz w nocy, musisz przerywać wszystko, co właśnie robisz, bo coś się dzieje, angażujesz się w “wychowanie”, jesteś uziemiona w domu (bo szczeniaka trzeba nauczyć zostawania samemu w domu) itd. Innymi słowami – Twoje życie się zmienia i tyle.
Biorąc Tolka wiedzieliśmy, że tak się stanie i będziemy musieli…. rezygnować.

Pierwszą moją rezygnacją była sprawa zawodowa. Na wiosnę miałam zacząć pisać ebooka o budowaniu społeczności w biznesie online i blogowaniu. Ebooka, na którego czeka naprawdę dużo osób (wiem, bo pisałyście). I nawet zaczęłam, ale przyszedł Tolo i stwierdziłam, że… nie chcę. To znaczy pisać jak najbardziej chciałam, bo lubię to robić. Temat jest super i jara mnie jak mało co. Ale jednocześnie pisanie oznacza bycie non stop w pracy. Później ebooka się sprzedaje – czyli czekałaby mnie promocja i sprzedaż, która wypadłaby w wakacje.
A ja chciałam więcej czasu spędzać w domu, ale nie pisać. Ebook został odłożony. Co gorsza – dla niektórych, bo ja nie mam z tym problemu – został przełożony na bliżej nieokreślony termin. Czyli nie powiedziałam sobie: “Ok, będę go pisać jesienią”, po prostu odłożyłam go na później bez wyznaczenia daty.
Tak jak powiedziałam: nie mam z tym problemu, ale Ty – jako osoba czekająca na tego ebooka – możesz już mieć, bo nie wiesz, kiedy się go spodziewać. Co więcej, ja też tego w tym momencie nie wiem, bo dosłownie kilka tygodni temu przyszedł mi do głowy pomysł na kolejnego ebooka na zupełnie inny temat i teraz nie wiem, za który zabiorę się w pierwszej kolejności. Ale znając siebie, pewnie zapytam Cię o zdanie.

Drugą sprawą, z której zrezygnowaliśmy są wakacje. Co roku jeździmy do Włoch nad Jezioro Garda. To jedno z naszych ulubionych miejsc, bo każdy członek naszej rodziny znajduje tam coś dla siebie – wszyscy jeździmy na rowerach, a trasy są tam doskonałe.
Mister B dodatkowo uprawia coś w stylu alpinizmu kolarskiego, czyli jedzie rowerem po asfalcie tak długo, jak się da, a potem – z rowerem na ramieniu – wchodzi na szlak górski i przemierza góry. I właśnie w okolicach Jeziora Garda znalazł jakąś mega długą trasę, której kolejne etapy zalicza od dobrych kilku lat.
Ja z kolei nad Gardą znajduję satysfakcję pokonywania swoich rekordów. Właśnie tam po raz pierwszy na serio jeździłam “na szosie” po górskich drogach. A będąc na kolejnej wyprawie, odkryłam ze zdziwieniem, że mam coraz lepszą kondycję i te same trasy pokonuję coraz szybciej.
Poza tym zawsze rodzinnie jeździmy tam pod namiot, co bardzo lubimy. Jemy włoskie lody i w ogóle dolce vita.
Ale w tym roku zrezygnowaliśmy i zamiast tego pojedziemy na kompletne zadupie na Mazurach. Dlaczego? Bo Tolek jest za mały, bo jest takiej rasy, która nie lubi upałów, bo jeszcze nie jest na tyle wyszkolony, by bez problemu zniósł dużą ilość ludzi wokół siebie (a nad Gardą jest ich naprawdę sporo).

W ogóle rowery to kolejna sprawa, którą trochę odpuściliśmy i choć wracamy już na stare tory, to początkowo nie było łatwo.

Przyszedł czerwiec i sprawy powoli się unormowały. Tolek nauczył się już zostawać w domu samodzielnie na około 3 godziny – mamy tę cudowną możliwość z naszym nienormowanym czasem pracy, że nie musimy zostawiać psa samego na dłużej.
A jednocześnie jestem wyrąbana. Nie ma innego słowa, które opisywałoby mój stan.

Mam za sobą połowę 2019 roku. Przychody PSC z tego półrocza dawno już przekroczyły te, które osiągnęłyśmy w całym 2018 roku. #gangPSC ma za sobą sprzedaż nowego rodzaju planerów (Mini Planery Pełne Czasu) – 2636 sprzedanych sztuk, #kursoksiążki – 5955 sprzedanych sztuk, Klubu Pań Swojego Czasu – planowałyśmy sprzedać maksymalnie 200 pakietów, a sprzedałyśmy ich ponad 1800!!!!, otwarcie nowego sklepu – dla Ciebie to nic nie znaczy, ale dla naszego “zaplecza” oznacza setki godzin przed komputerem i milion problemów do rozwiązania. Wreszcie stworzenie od podstaw zupełnie nowej kolekcji #dżunglove, w której znajduje się ponad 20 produktów fizycznych.
To, co wymieniłam jest OGROMNYM przedsięwzięciem.

Jeśli nie prowadzisz biznesu, nie uruchamiasz własnych kolekcji, nie tworzysz własnych produktów, to – śmiem twierdzić – nie masz pojęcia, jak wielki to projekt. Kilkanaście współpracujących z nami osób, kilkudziesięciu dostawców, producentów, setki faktur, setki tysięcy złotych zainwestowanych w produkty, miliony problemów ujawniających się w trakcie i stres sięgający sufitu.
Nie wiem, czy wiesz, ale mój stres w biznesie już dawno nie pochodzi z obszaru “czy się sprzeda”? Ja wiem, że się sprzeda, bo nauczyło mnie tego doświadczenie. Pochodzi on z zaplecza i tych sytuacji, których Ty jako klientka zwyczajnie nie widzisz. I dobrze, bo nie powinnaś.
Jednocześnie do tego wszystkiego dochodzi nowa kolekcja, nad którą już pracujemy – nowe rodzaje produktów, które już tworzymy, nowe osoby, które zatrudniamy, nowi podwykonawcy, z którymi podejmujemy współpracę.

Tak wkroczyłam w czerwiec…

Piszę o tym, ponieważ właśnie w czerwcu miałam zacząć pracę nad stworzeniem zupełnie od nowa kursu “Zorganizuj się w 21 dni”, którego sprzedaż miałyśmy uruchomić we wrześniu. To mój jedyny kurs, którego nie znajdziesz w stałej ofercie. Miałyśmy go przygotować od początku i wypuścić jesienią z zupełnie nowym wyglądem, programem i jakością. Ale żeby to zrobić, trzeba by nad nim popracować. Nie dopieścić go, odświeżyć czy odnowić, tylko stworzyć zupełnie od nowa. Tymczasem mamy taką sytuację, że ja już jestem szara na gębie i przestaję wiedzieć, jak się nazywam.
I będąc z #gangiem PSC na wakacjach na Sycylii, doszłam do wniosku, że nie dam rady – nie chcę, nie mam siły i nie będę robić tego kursu. Nie stworzę go od nowa w czerwcu ani nie będę miała siły go prowadzić jesienią – wiedząc, co nas wtedy czeka. A – jak każdej jesieni – czeka nas sporo!
Postanowiłyśmy zrezygnować. Wiedząc, że zawodzę te z Was, które liczyły na jego reaktywację oraz te z Was, które chciały go kupić i zobaczyć w nowej odsłonie (bo obecnie macie dostęp do starej). Trudno – to również poszło pod mój nóż cięć!

Innym obszarem, z którego zrezygnowałam – choć nie w całości, a tylko częściowo – był Klub PSC, a w zasadzie jego doskonała wersja. Przez pewną dyskusję na FB – nie wiem dlaczego – stworzyłam zarówno w sobie, jak i w Gangu przekonanie, że na Klub PSC nie będzie zapotrzebowania. Nastawiłyśmy się na maksymalnie 200 klubowiczek. Do tej pory pamiętam, jak mówiłam moim dziewczynom (zapytajcie je, jeśli chcecie), że: “Spokojnie, jeśli abonament kupi tylko 40 osób, to będziemy sobie przez pół roku z nimi pracować i dopieszczać to, jak klub ma działać i wyglądać”.
Bo naszym założeniem od startu było to, że wypuszczamy wersję beta, która będzie tańsza. Następna edycja na 100% będzie droższa, bo lepsza, dopracowana i bardziej wypasiona. Mając więc przekonanie, że Klub kupi 40 kobiet, nie stresowałam się tym, że wypuszczam produkt niedoskonały.
Nie mam pojęcia, jakby to wyglądało, gdybym wtedy wiedziała, że do klubu przystąpi prawie 2 tysiące osób!!!
Zrezygnowałam z doskonałości, bo wiedziałam, że nie jesteśmy w stanie w pierwszym okresie działania spełnić wszystkich obietnic, które musiałyby być złożone w perfekcyjnym klubie dopracowanym od A do Z. Dlatego postanowiłam uruchomić wersję beta i ewentualnie – jeśli damy radę – uruchomić pewne funkcje jako bonus dla tych z Was, które już mi zaufały, zamiast obiecać coś, czego nie byłabym w stanie zrealizować albo musiałabym wypruwać sobie żyły, żeby to zrobić.
Dzięki takiemu podejściu już jesienią – osoby, które wykupiły pakiet na 6 miesięcy – będą miały dostęp do tajnej grupy Klubu PSC na FB, gdzie wspólnie będziemy decydować o tym, co się w niej oraz w klubie będzie działo!

Artykuł, który czytasz, piszę już chyba dwa miesiące. W sumie to zabawne, ale wiele razy podczas siadania do pisania tego tekstu – jakby nie było o rezygnacji – nachodziła mnie myśl, żeby… zrezygnować i zostawić go w cholerę. Nie zrobiłam tego, bo wiem, że temat jest ważny i baaaardzo duża część z Was ma z tym problem.
Tak czy siak, rezygnować musicie, bo prawa fizyki są nieubłagalne. Nie możecie być wszędzie i robić wszystkiego, ale często robicie coś na chybił trafił – albo nieświadomie, albo (i to chyba dzieje się najczęściej) z ogromnymi wyrzutami sumienia. I chyba one są dla nas najcięższe. Ja ich nie mam. Dlaczego? Bo rezygnacji dokonuję bardzo świadomie analizując to, czego chcę, co czuję i co zrealizuję dzięki temu, że zrezygnuję.

Z rezygnacją jest jak z mówieniem “nie”. Jeśli czemuś mówisz “nie”, to czemuś innemu mówisz “tak”. Jeśli rezygnujesz z czegoś, to robisz miejsce na coś innego.

Nawet jeśli to nic nierobienie, odpoczywanie i pustka. To też jest “coś” i – wbrew pozorom – jest to “coś” dla ludzi bardzo istotnego, a nawet kluczowego.
Rezygnując z projektów zawodowych, o których Wam napisałam, wiedziałam, że część z Was będzie niezadowolona, cześć rozczarowana, a część sobie pomyśli: “Boszsz… ależ kobieta ma dylematy. Gdyby miała prawdziwe problemy, toby tak nie narzekała”. Moja odpowiedź na to: “Trudno. To moje życie i moje wybory. To ja będę ponosić konsekwencje takich, a nie innych decyzji”.

Na koniec jeszcze jedna uwaga: za każdym razem, gdy mówię o rezygnacji w kontekście zawodowym, zdarza mi się słyszeć wypowiedzi osób, które twierdzą mniej więcej coś w tym stylu: “Ty sobie możesz na to pozwolić, bo masz już dobrze rozwinięty biznes. Ja dopiero zaczynam, więc muszę robić wszystko”. Według mnie osoba, która tak myśli – a co gorsza, tak działa – nie zajdzie za daleko.
Umiejętność skupienia się i realizowania tego, co ważne oraz pomijania i rezygnacji ze wszystkiego innego, to jedna z ważniejszych umiejętności w biznesie. Ale jeśli miałabym wybierać okres, w którym się ona przydaje, to wybrałabym pierwszy rok – dwa lata istnienia firmy. Dlaczego właśnie ten okres? Bo jest kluczowy dla działania firmy w ogóle. Pierwsze dwa lata zdecydują o tym, czy firma będzie się rozwijać czy wciąż będziesz się zastanawiać, czy starczy Ci na ZUS.

Pierwsze dwa lata to są według mnie właśnie lata rezygnacji. Ze wszystkiego, co mało istotne i mało opłacalne. Z klientów, którzy nigdy nie będą u nas kupować. Z tematów, które nigdy nie chwycą. Z pomysłów, które na tym etapie nie mają szans realizacji albo nigdy nie będą opłacalne. Z mediów społecznościowych, których nie umiemy albo nie widzimy sensu obsługiwać.
Gdy przypomnę sobie swoje początki, to wtedy głównie REZYGNOWAŁAM. Wybierałam 1-2 obszary, na których się skupiałam i odpuszczałam wszystko inne. Przez 3 miesiące pisałam najlepsze artykuły, na jakie było mnie stać i olewałam pozostałe rzeczy. Przez rok skupiałam się na rozwoju FB, by poznać go od podszewki i ignorowałam inne media społecznościowe. Stworzyłam swój produkt, a potem przez kilka kolejnych cykli sprzedaży – wciąż tego samego produktu – rozwijałam go i ulepszałam. Przy okazji uczyłam się innych wariantów i możliwości sprzedaży, REZYGNUJĄC z nowych produktów, które mogłabym w tym czasie wymyślić. Oparłam się pokusie tworzenia miliona rzeczy naraz i stworzyłam jedną. Na niej uczyłam się, jak działa przygotowywanie produktu fizycznego, jego sprzedaż, promocja i dystrybucja – REZYGNUJĄC ze wszystkich innych pomysłów, które miałam w głowie po to, by obecnie – mając w sklepie 150 produktów – czerpać z tamtych doświadczeń.

Nie daj sobie wmówić, że na początku drogi masz robić wszystko. Wręcz przeciwnie – masz uczyć się, jak skupiać się na najważniejszym i bezwzględnie rezygnować ze wszystkich pozostałych rzeczy.