Nadszedł okres, w którym mamy pracujące w domu czekają ciężkie chwile (no dobra, tak naprawdę powinno być: rodziców pracujących w domu; w końcu ojcowie mają podobnie).

Nadszedł okres, w którym nasze pociechy przedszkolno-szkolne – dotąd grzecznie codziennie rano maszerujące do szkoły i przedszkola, dzięki czemu z zegarkiem w ręce mogłam planować swoją pracę i realizować wszystko ja ta lala – zostają w domu.

Wiele razy o tym pisałam, na przykład TUTAJ, jak wygląda mój standardowy dzień. Ale cóż, wakacje nie są standardowym czasem i przebiegają zupełnie inaczej, nawet jeśli, tak jak teraz, jestem jeszcze na 100% w pracy.

Nie jest to sielanka.

Uwielbiam pracować w trybie „nie przeszkadzać” i mam naprawdę brutalne metody, aby go włączać – gdy pracuję, nie można się do mnie dodzwonić, dopisać, dopukać; no po prostu Budzyńska nie istnieje. Ale z dziećmi już nie jest tak łatwo, bo chociaż faktycznie potrafią bawić się samodzielnie przez określony czas, wpadają, żeby o coś zapytać, żeby mnie zawołać, żeby coś mi pokazać itp.

Kilka dni temu wrzuciłam o tym post na FB. Okazało się, że wiele mam jest w podobnej sytuacji. Choć dla niektórych nie jest to nic nowego (bo na przykład non stop od 8 miesięcy w ten sposób pracują) przyznajmy: dla rodziców przedszkolno-szkolnych jest to wyzwanie.

Wpis brzmiał:

No to zaczynamy jazdę bez trzymanki, czyli wakacje mamy pracującej z dzieckiem w boku 🙂
Na razie tylko jednym (szkoła), ale za tydzień dołączy drugie (przedszkole). Któraś jeszcze jest w podobnej sytuacji?
Morza siły i cierpliwości życzę oraz podwójnie wzmocnionej umiejętności wybierania priorytetów.
Przyda się jak nic”.

Jak wiecie, czego jak czego, ale tekstu „wszystko jest kwestią organizacji” u mnie nie znajdziecie. Czasem nie jest to kwestia organizacji, bo dziecko to dziecko i choćbyś nie wiem, jakie priorytety miała ustalone, gdy dziecko rozwali kolano i przyleci do Ciebie z rykiem, wszystkie plany idą do kosza. I dobrze 🙂

Jedna z Pań napisała pod postem:

„Pani Swojego Czasu ma już w marcu zorganizowany czas wakacyjny dzieci, tak aby był przyjemnością, a nie udręką”.

No i, kurczę, zabolało, bo wiecie, to taka szpila: „No jak to, ty, Budzyńska, czasu dzieciom na wakacje nie zaplanowałaś i teraz marudzisz i jęczysz, że nie jest ci łatwo?”. W ten sposób odczytałam przekaz, choć może niekoniecznie taka była jego intencja, a potem pomyślałam: „No właśnie nie! Przecież od zawsze mówię, że w naszym życiu wakacji nie planujemy. Mamy doskonale zorganizowane i zaplanowane wszystko inne i nie znam drugiej takiej rodziny, która tak bardzo żyłaby z kalendarzem w ręce (nie oceniam, czy to dobrze czy źle; z powodu choroby syna my po prostu nie możemy inaczej i już), dlatego pewnych rzeczy nie chcemy planować. Pomyślałam więc, że właśnie ta część wakacji, którą moje dzieci spędzają w domu, niekoniecznie musi być zaplanowana.

Mamy też, oczywiście, przewidziane wyjazdy wakacyjne, jak na przykład do naszego ulubionego miejsca w Polsce, czyli Leśnych Apartamentów w Zieleńcu, które faktycznie znajdują się w lesie, dzięki czemu dzieci cały boży dzień śledzą mrówki, robaki, ślimaki, łowią cholera wie co w strumyku, odmrażają sobie różne członki ciała w tymże strumyku, taplają się, biegają i tarzają wszędzie, by wieczorem wrócić brudne jak nieboskie stworzenia i wsunąć kiełbachę z ogniska.

Tam również nie planujemy czasu – ani sobie, ani im. Przyzwyczaiłam się, że w Zieleńcu czas płynie inaczej i wszystko dzieje się na bieżąco. Moim celem jest odpoczywać – na leżaku, na hamaku, na trawie. Gapić się na drzewa, w niebo i wdychać powietrze, jakiego w Krakowie nie uświadczysz. Jedyne, co wówczas planujemy, to nasze aktywności sportowe – wspólne i oddzielne (bo jedno z nas działa, a drugie przebywa z dziećmi).

Drugą część wakacji spędzamy w Grecji, dokąd moje chłopaki (wszystkie trzy) jadą się wspinać. Podczas wspinania służę jako ozdoba lub kierowca skutera, ale tam również nie ma za bardzo czego planować. Czas płynie swoim rytmem i jest przyjemnie.

No a w domu?

Część tegorocznych wakacji spędzimy w domu, w dodatku zamierzam pracować, mimo że jedna z mam napisała mi, że powinnam dać sobie więcej luzu i zająć się dziećmi. Mogłabym, oczywiście, ale… nie chcę. Lubię swoją pracę, mam jej trochę do zrobienia i nie jest dla mnie udręką, lecz przyjemnością. Nie pracuję ani dwunastu, ani nawet ośmiu godzin dziennie, więc nie widzę powodu, dla którego miałabym rezygnować z niej tylko dlatego, że moje dzieci mają wolne.

Pierwsza część moich „wakacji” będzie poświęcona zmianom w kursie „Zorganizuj się w 21 dni”, którego sprzedaż startuje 12 września (muszę od nowa nagrać wszystkie filmy i pliki audio), druga – planowaniu kursu realizowanego w styczniu 2017 roku. Plus zakończenie rekrutacji na stanowisko menedżera projektów. Plus kalendarz Pani Swojego Czasu, który właśnie się tworzy. Plus książka, która właśnie się pisze.

Oprócz dzieci pod opieką mam całkiem sporo roboty, z premedytacją nie zaplanowałam więc w marcu wakacji domowych. Dlaczego? Bo wydaje mi się, że dzieci w tym wieku mają wystarczająco dobrze zaplanowane dzieciństwo. Codziennie muszą wstać o określonej godzinie i wyjść do szkoły/przedszkola. Codziennie muszą odrabiać lekcje. Często w ciągu tygodnia pędzą na zajęcia dodatkowe i – również o określonej porze – kładą się spać, żeby wyspać się przed kolejnym dniem. Wydaje mi się, że w wakacje zasługują na to, by nie musiały robić wiele. By mogły trochę się ponudzić, a nawet pomarudzić. By mogły pobawić się razem i zawrzeć nowe znajomości i przyjaźnie z dziećmi z okolicy.

Mamy to szczęście, że mieszkamy na parterze, więc chłopcy po prostu biegają po okolicy (z jednym ograniczeniem: nie mogą wyjść za bramę. Swoją drogą – kiedyś inteligentnie ominęli zakaz. Nie wyszli za bramę, lecz przeszli pod płotem, po czym słusznie stwierdzili, że zasady nie złamali) i wracają, gdy chcą pić/siku/piłkę/jeść/zabawkę/odpocząć. Nie wychodzę z nimi na dwór. Nie znoszę placów zabaw, bo wkurza mnie, że dzieci nie bawią się samodzielnie, tylko są otoczone wianuszkiem rodziców gotowych wkroczyć do akcji na pierwsze kwiknięcie swojego malucha.

Gdy byłam dzieckiem, na placach zabaw nie było widać dorosłych, bo w tym czasie zajmowali się sobą. Zetknięcie z dorosłym podczas zabawy na podwórku miało miejsce tylko wtedy, gdy przybiegałam się pod balkon z krzykiem: „Maaaamoooo…!”, tak aby usłyszała mnie na trzecim piętrze, lub gdy mama z kolei krzyczała, żeby przyjść na obiad.

O ile w standardowe dni, gdy pracuję, mając chłopaków w domu (bo na przykład chorują), często opracowujemy plan dnia i spisujemy, co, kto i w jakich godzinach będzie robił, o tyle w wakacje ma to miejsce niezwykle rzadko, bo nie chcę ograniczać ich zabawy – plan dnia wyznaczają nam wtedy pory posiłków, na które chłopcy wracają do domu.

Gdybyśmy jednak pokusili się o przygotowanie takiego planu, wyglądałby następująco: śniadanie – zabawa – drugie śniadanie – zabawa – obiad – zabawa – podwieczorek – zabawa – kolacja 🙂

Całkiem niezły, prawda? 🙂 

Ps. Do napisania tego artykułu zainspirował mnie wpis na blogu Anety (nie) Zając, który znajdziesz TUTAJ.