Za mną okropny dzień.

Dzisiejszy wpis miał być o czymś zupełnie innym. Artykuł weekendowy, który miałyście dzisiaj zobaczyć w swoich skrzynkach jest już oczywiście napisany, opatrzony odpowiednią datą w folderze wrzesień 2014 i wystarczyłoby go opublikować – czyż nie byłoby to dobre zarządzanie czasem skorzystać z tego, co już jest gotowe?

A jednak dziś rano poczułam, że muszę Wam napisać o czymś zupełnie innym. Poczułam, że muszę Wam napisać o swoich błędach, porażkach i wszystkich tych rzeczach, które czasami mi nie wychodzą. O tym, co się dzieje, gdy plan nie jest zrealizowany.

Nie jestem bowiem maszyną zaprojektowaną do idealnego działania – jestem Kobietą z krwi i kości, której czasem coś nie wychodzi.

Wczoraj miałam naprawdę zły dzień. Cały dzień w pośpiechu i cały dzień “do tyłu”. Związane to było oczywiście z tym, że to, co zaplanowane wzięło w łeb i w taki czy inny sposób nie mogło być zrealizowane. Trzeba było wymyślić coś innego. Nie tak dobrego i przemyślanego. A na dodatek później niż zakładałam. Postanowiłam więc wyjechać szybciej na szkolenie, żeby nadrobić czas. Kosztem mojego czasu z rodziną – to był wielki błąd. Wszystkie okoliczności zewnętrzne „pokazały” mi, na czym warto oszczędzać czas, a na czym nie.

Po pierwsze korki w mieście zniwelowany cały zaoszczędzony wcześniej czas. To samo zrobiły korki na autostradzie.

W wielkim mieście, w którym akurat jestem, odbywają się wielkie remonty. GPS zwariował, a ja jeździłam jak krowa na sznurku wciąż dookoła. W końcu wyłączyłam GPS i jako tako dojechałam. Do jednego hotelu. Potem jechałam do drugiego. Znów błądziłam. 23.00 się zbliżała, a ja nie miałam pojęcia gdzie jestem! W końcu okazało się, że już 3 razy byłam obok hotelu, w którym miałam nocować.

Wjeżdżając na parking porysowałam samochód – no po prostu słupka nie zauważyłam! Wjazd wąski, a słupek mały!

W pokoju działy się sceny dantejskie, które zamierzam opisać osobno, bo są spowodowane faktem, że często technika nam utrudnia zamiast ułatwiać.

Rano zorientowałam się, że nie mam spodni i butów. Zapomniałam po prostu. Musiała szkolić w tym, w czym przyjechałam. Zamiast herbaty nalałam sobie kawę, potem zamiast Earl Grey nalałam herbaty miętowej. Ze stresu nic nie mogłam zjeść i do czasu obiadu umierałam już z głodu.

W hotelu, w którym szkolę, recepcjonistka na wszystkie moje pytania, uwagi i prośby odpowiadała „ja nic nie wiem, ja nie jestem odpowiedzialna za konferencje”.

O 8.30 – na pół godziny przed rozpoczęciem szkolenia myślałam już tylko o tym, że przy takim splocie okoliczności jest duża szansa, że zamiast posiłku wegetariańskiego dostanę soczysty stek.

Znacie takie sytuacje? Macie takie dni kiedy wszystko, co zaplanowane bierze w łeb, nie udaje się, idzie pod górkę i pod prąd?

Ja też tak czasem mam – ok może niecodziennie rysuję, czy rozwalam samochód i raczej zawsze mam na szkolenie odpowiedni ubiór, a jednak zdarza się. Jak każdemu.

Cóż z tym można zrobić – głęboki wdech – dobrze, że w ogóle mam jakiekolwiek spodnie, głęboki wdech – herbata miętowa dobrze zrobi mi na nerwy, głęboki wdech – wielka rysa na samochodzie to jednak nie wypadek, głęboki wdech – soczysty stek można oddać, najwyżej zjem same ziemniaki.

Głęboki wdech – będzie dobrze. Bo jak ma być inaczej?

Nie jestem super Kobietą. Mam złe dni. Niezrealizowane plany. Zdarza się – świat się od tego nie zawali. Jutro będzie lepiej prawda?

A jak u Was? Zdarzył się kiedyś taki dzień, kiedy wszystko szło nie tak? Jak na to reagujecie?