Na początek przyznam Ci się do dwóch rzeczy

 

Po pierwsze procesowe zarządzanie czasem to nie jest moja nazwa lecz Basi Dziobek – Mamy, wspaniałej i mądrej Kobiety, która zawodowo zajmuje się relacjami rodzice – dzieci. Wywiad z Basią możecie przeczytać TUTAJ.

Po drugie – prawdopodobnie taki termin nie istnieje w żadnej literaturze dotyczącej zarzadzania czasem. Ja przynajmniej nigdzie tego nie znalazłam

Bo wyobraźcie sobie taką sytuację – siedzę z grupą wspaniałych dziewczyn na spotkaniu, na którym omawiamy nasze biznesy. Rozmawiamy, chciał nie chciał, o zarządzaniu czasem. I Basia opowiada jak ona zarządza czasem. A ja myślę sobie, że to co Basia mówi jest dla mnie kwintesencją kobiecego zarządzania czasem. A Basia nazywa to procesowym zarządzaniem czasem. Więc niech już tak zostanie 🙂

Gdy zaczęłam o tym mówić szerzej, to okazało się, że temat procesowego zarządzania czasem wzbudził żywe zainteresowanie Kobiet, które znam. Czym jest? Czy ja takie stosuję? Czy można takie stosować? Jak je stosować?

Okazuje się też, że wiele Kobiet zupełnie nie wie, że stosuje procesowe zarządzanie czasem! Czasem nawet są przekonane, że One w ogóle nie zarządzają czasem, nie są zorganizowane, nie robią list itp. Na przykład Ania Piwowarska, moja osobista idolka, twórczyni Autentycznego Copywritingu, która spowodowała, że inaczej zaczęłam myśleć o sobie i swoim biznesie mówi tak:

Stosuję różne strategie mobilizacji do pracy. Staram się być dla siebie wymagająca i dobra jednocześnie. Czasami w środku dnia idę na spacer albo na rower – i wtedy przypominam sobie, dlaczego tak bardzo chciałam tej wolności. Czasem później pracuję do nocy i wiem, że tak wybrałam

Nie ma tutaj planów, nie ma technik i metod. Ale jak najbardziej jest zarządzanie sobą w czasie. Tylko po Kobiecemu. I procesowo.

Dziś więc dziś artykuł na temat procesowego zarządzania czasem, by już nie było więcej wątpliwości czym ono jest.

Jak już wiecie jestem trenerką – prowadzę szkolenia, a więc proces jest dla mnie czymś oczywistym. Gdy dłużej o tym myślałam, to doszłam do wniosku, że proces na szkoleniu i proces w zarządzaniu czasem mają ze sobą bardzo wiele wspólnego.

Otóż do szkolenia trener zawsze jest przygotowany (a przynajmniej ja jestem więc zakładam, że inni trenerzy również:)) Tak samo jak drobiazgowo przygotowuję program realizacyjny na szkolenie, tak samo drobiazgowo przygotowuję swoje listy zadań. Na ten dzień, na ten tydzień, na ten miesiąc, do tego biznesu, do tego bloga, do tej czy innej inicjatywy.

Uważam, że planowanie ma duży sens. Nawet jeśli wszystko mi się wywróci, zepsuje i zmieni to warto wiedzieć dokąd zmierzam i gdzie chcę być. A planowanie to ułatwia.

Ale…

Życie nie zawsze układa się zgodnie z planem. Wiedzą to na pewno wszystkie z Was, które mówią:

nie ma sensu planować bo życie i tak wszystko wywróci do góry nogami

Na przykład na szkoleniu zaplanowałam sobie, że prezentacja teorii Pareto zajmie mi 15 minut, bo to przecież taki stary “odgrzewany kotlet” i każdy go już zna (ale firma chce, żeby jeszcze, żeby się utrwalił itp. Firma płaci – firma ma. Niestety :() a tu nagle jakaś dyskusja, emocje buchają, słowa wypowiadane są szybko i w emocjach. Pareto okazuje się najgorętszym punktem programu rozpalającym serca i rozumy.

I co ma zrobić trenerka? Trenerka zarządzająca sztywno i regulaminowo po 15 zaplanowanych minutach powie „Dość. Czas na dyskusję się skończył i idziemy dalej

Jednak trenerka pracująca procesowo zobaczy, że właśnie ten element programu jest dla tych ludzi kluczowy, ze nie pójdą dalej, nie zechcą pracować dalej i nie otworzą się, jeśli właśnie teraz o tym nie porozmawiają trochę dłużej.

Tak samo jest z czasem.

Zaplanowałam sobie w poniedziałek wieczorem (bo zawsze zadania na następny dzień planuję wieczorem tak, by iść spać z pustą głową), że cały dzień będę siedzieć nad promocją swojego bloga. Jednak we wtorek budzę się z przeogromnym i obezwładniającym bólem brzucha zwiastującym PMS (no co – jestem normalną Kobietą). Jak się nie zwijam w bólu, to leżę i gapię się w sufit. Żadna komórka mojego ciała nie ma ochoty realizować planu. Każda komórka mojego ciała mówi mi „nie rób tego, odpocznij, idź spać”.

Jak sądzicie co robi w tym momencie Pani Swojego Czasu? Myślicie, ze zakasuję rękawy, daję sobie mocnego kopa w tyłek, jakiegoś super turbo mobilizatora i idę dalej – do przodu?

Gdybym zarządzała swoim czasem formalnie i po żołniersku, to tak bym właśnie zrobiła. Co tam ból brzucha, co tam chwilowy problem. Przypomniałabym sobie motto przeciętnego macho „Co mnie nie zabije to mnie wzmocni” i ruszyłabym do przodu. Nie myśląc o tym, że ten jeden krok do przodu może być tak naprawdę dwoma w tył. Nie myśląc o tym, że czasem trzeba się zatrzymać by się ruszyć; czasem trzeba spojrzeć w tył, by móc potem lepiej widzieć to, co przed Tobą.

W takich chwilach daję sobie odpocząć. Czasem mi się udaje, a czasem nie, bo dopiero uczę się tej cudownej sztuki słuchania swojego ciała, które jest bardzo mądre i najczęściej wie, czego chce. Jeśli jest zmęczone chce odpocząć, jeśli jest chore chce wyzdrowieć, jeśli jest zdrowe, to działa tak jak trzeba i odwdzięcza się efektywną i wydajną głową.

Czego i Tobie życzę

Ola (Pani Swojego Czasu)

 11