Wczoraj 821 kobiet rozpoczęło przygodę z organizacją swojego życia.

Codziennie przez 21 dni będą uczestniczyć w kursie, który krok po kroku, moduł po module pokaże im, co zrobić, by przestać czuć się jak chomik w kołowrotku i zacząć brać życie w swoje ręce.

Prawda jest jednak taka (i o tym też często mówię w trakcie kursu), że nauka organizacji powinna być traktowana jak każda inna umiejętność. A mimo to nie jest.

Nie wiem dlaczego, ale umiejętność organizacji, planowania i generalnie zarządzania sobą w czasie obrosła jakimiś dziwnymi mitami.

Że niby wszystkie powinnyśmy to umieć.

Że niby niektóre z nas mają to we krwi – albo wyssały z mlekiem matki – a inne po prostu nie, więc trudno.

Wiele kobiet żyje w przeświadczeniu, że nigdy się tego nie nauczy; sarkastycznie śmieją się same z siebie, z góry skazując swoje próby na porażkę.

Nie wiem, dlaczego ta umiejętność nie jest traktowana tak jak – na przykład – umiejętność rozmawiania w języku obcym.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: siedzisz ze znajomymi. Mówisz im, że oprócz języka angielskiego, który biegle znasz, chciałabyś nauczyć się również niemieckiego. Bo to przydatne, bo chciałabyś przeczytać Goethego w oryginale, bo to Ci pomoże znaleźć pracę.

Jakie będą reakcje Twoich znajomych?

„Wow! Goethe w oryginale? No nieźle!”, „Ambitnie!”, „Brawo!”, „Zazdroszczę!”.

Mniej więcej w tym stylu, prawda?

A teraz wyobraź sobie inną sytuację: siedzisz w grupie tych samych znajomych i mówisz im, że chciałabyś nauczyć się organizacji i planowania. Bo to przydatne, bo dzięki temu łatwiej znajdziesz pracę, bo będziesz miała czas na malowanie/wyszywanie/bieganie/śpiewanie/więcej seksu (lub jakąkolwiek ilość seksu)/piwo ze znajomymi itp.

Jaka w tym przypadku będzie ich reakcja?

No właśnie.

Gdy zaczniesz uczyć się organizacji, nie tylko będziesz miała na głowie opanowanie pewnych czynności (jak na przykład planowania, by miało ręce i nogi i umożliwiło późniejszą realizację planów, porządkowania skrzynki mejlowej i dzielenia swojego dnia pracy na takie odcinki, by zrobić wszystko, co ważne, a jednocześnie nie zaharować się na śmierć), lecz także zmierzysz się z czymś o wiele trudniejszym.

Pozwól, że pokażę Ci, jakie kłody będziesz musiała pokonać, by to osiągnąć.

Od razu wspomnę, że nie piszę tego po to, by Cię zniechęcić. Uważam, że nie ma większej frajdy niż praca nad własnym życiem. Ale jestem też zdania, że trzeba to robić realnie, twardo stojąc na ziemi. Oczekiwanie, że wszystko będzie cudowne i kolorowe, a ludzie będą się uśmiechać i klepać Cię po ramieniu, jest według mnie i nierealne, i szkodliwe. Bo pierwsze, co Cię zastopuje we wdrażaniu zmian, to właśnie zdziwienie, że „przecież miało być tak pięknie”, a nie jest.

Będzie pięknie. Ale w pięknym życiu jest jak w sztuce: to, co piękne, niekoniecznie jest łatwe, miłe i kolorowe. Bywa paskudne, trudne i wywołuje masę emocji (często negatywnych). A jednak jest piękne!

To co? Gotowa na listę tego, co będzie Cię ściągać z Twojej drogi do zorganizowanego życia?

Śmiech, szyderstwo i niedowierzanie znajomych

Ja już się uodporniłam.

A może tak: na śmiech, szyderstwo i niedowierzanie ZNAJOMYCH nie ma miejsca w moim życiu, bo nie mam takich znajomych. Moje życie jest zbyt krótkie, by utrzymywać znajomości z osobami, które nie wspierają mnie w tym, co robię. Nie muszą mnie wspierać aktywnie; mają prawo nie zgadzać się, ale nie mają prawo podkopywać tego, co sprawia mi radość. Takich ludzi po prostu wycinam ze swojego życia.

Ale zostają nieznajomi. Tacy, którzy wetkną szpilę, choć nikt ich o to nie prosił. Tacy, którzy w przebraniu życzliwej osoby napiszą: „Hej, z chęcią spotkam się z Tobą i powiem Ci, dlaczego to, co robisz, jest kiepskie, beznadziejne i nikt nie ma na to ochoty”.

Skąd to wiem? Bo gdy prowadzę sprzedaż moich kursów, regularnie reklamuję je na FB. I zawsze znajdzie się ktoś (najczęściej jest to kobieta), kto wykpi moje działania lub rzuci ironiczną uwagę typu: „OMG, przecież to się powinno już dawno wiedzieć/umieć/znać! Nie ma potrzeby uczyć tego podczas kursu!”.

Bardzo się cieszę, że masa kobiet to umie, zna i stosuje, podobnie jak masa kobiet zna język hiszpański. Ja nie znam, więc gdybym chciała się nauczyć, wolałabym słyszeć (od znajomych i nieznajomych): „Ale fajnie!” zamiast: „Chyba zdurniałaś! Po co ci to?”.

Brak wsparcia najbliższych

Najtrudniej jest wtedy, gdy najbliższe nam osoby nie rozumieją, dlaczego robimy to, co robimy. W zasadzie nie chodzi nawet o zrozumienie, ale o akceptację i przyzwolenie.

Ja na przykład nie tylko nie rozumiem, dlaczego mój mąż robi to, co robi, lecz także ani w ząb nie rozumiem tego, co robi. To mi jednak nie przeszkadza zaakceptować fakt, że potrzebuje na to czasu i że sprawia mu to radość.

Z mojego doświadczenia wynika, że brak zrozumienia dla naszych zmian (lub chęci do wprowadzenia zmian) często wynika zwyczajnie z braku komunikacji. Nie rozmawiamy o naszych marzeniach i planach. Stwierdzamy, że gdzieś trzeba wyjechać na wakacje, że spłuczka się popsuła, że wywiadówka jest u dzieci, ale nie dzielimy się informacjami na temat tego, jakie są nasze marzenia i jakie mamy ambicje, kim chcemy być i co według nas oznacza szczęśliwe życie. Dlatego gdy w końcu zaczynamy spełniać swoje marzenia i realizować dążenia, nie dziwmy się, że nasza druga połowa tego nie akceptuje.

Opór ludzi dokoła

Opór to coś innego niż tylko brak wsparcia. Opór jest bardziej czynny. Opór polega na tym, że nie chcę słyszeć o zmianach i w żaden sposób nie chcę ich wprowadzać.

Z oporem mają do czynienia te kobiety, które aktywnie zabrały za działanie. Zorientowały się, że nie dadzą rady same, więc próbują włączać innych: członków rodziny, kolegów, współpracowników.

I nagle okazuje się, że dzieci nie chcą sprzątać po sobie i nie chcą mieć obowiązków domowych, bo dotąd ich nie miały. Nagle okazuje się, że mąż/partner/gach (zwał jak zwał) dobrze się czuje w roli wykonującego zadania, które Ty mu przygotujesz, i zupełnie nie pasuje mu współdzielenie się odpowiedzialnością za to, co dzieje się w rodzinie, w związku z tym opiera się wspólnemu planowaniu itp.

Twoje dawne nawyki

To przeszkoda, z której często nie zdajemy sobie sprawy dopóty, dopóki nie chcemy ich zmienić. Do czasu, gdy mówimy sobie: „No tak, jestem leniwa i powinnam coś zmienić, ale chyba nie ma sensu, bo po co”, negatywne nawyki nie doskwierają nam tak bardzo.

Jeśli jednak stawisz im czoło i będziesz chciała je zmienić, wręcz fizycznie poczujesz ich moc. Poczujesz, jak ciągną Cię w stronę Twojego „dawnego życia”, dotychczasowych strategii i torów, na które Ty już nie chcesz wracać.

Twoja ambicja

U kobiet, które w końcu postanowiły: „Tak, zmienię to!”, zauważam ciekawą prawidłowość – wiele z nich latami czekało na to, by coś zmienić w swoim życiu. Latami odkładało ważne dla siebie zadania i realizację celów. Latami odkładało swoje życie na później. I gdy w końcu zdecydują się to zmienić, chcą to zrobić już, od razu, w tym momencie. A najlepiej, aby wszystkie zmiany – i w nas, i w innych, i w świecie – dokonały się jednego dnia.

Niestety, tak się nie da. Trzeba działać krok po kroku, co dla kobiet, które podjęły decyzję o zmianie, często jest zbyt wolnym działaniem. Zawsze wtedy przypominam, że i tak jest szybsze niż wczoraj/ tydzień temu/ miesiąc temu, kiedy nie działo się nic, bo nic nie robiłaś, prawda?